Droga zaczyna się piąć pod górę. Wbiegamy na stok Klimczoka. Droga się pnie leniwie. Mijamy samochód, który nas pilotował i wydostajemy się spod świateł miasta. Niebo staje się rozgwieżdżone. Pomiędzy drzewami widzę konstelację Oriona, która o tej porze pojawia się na niebie.

Kręta ścieżka po kamieniach i korzeniach szybko wspina się w górę. Piękny las. Mchy, porosty, paprocie. Mijamy wodospad Pośny. Osiągamy płaskowyż. Biegniemy leśnymi duktami. Pomału odstępy pomiędzy zawodnikami robią się coraz większe. Mijamy pierwszy punkt kontrolny. Wbiegamy na teren Parku Narodowego Gór Stołowych. Radkowskie Skały, Skalne Grzyby. Szlak wije się pomiędzy skałkami. Niesamowite, wyrzeźbione przez wodę i wiatr formy skalne wyłaniają się spomiędzy drzew.

Staram się jak najdłużej utrzymać wysoką kadencję. Oszczędzam siły na najbardziej strome miejsce. Przede mną wyrasta skała z na w pół wystającym rowerem. Tu się zaczyna ostra wspinaczka. Jadę powoli, dosłownie na granicy utrzymania równowagi.

Biegnę, po drodze mijam kolejne punkty. Wieczorem pojawia się ciekawe zjawisko inwersji. W dolinach robi się zimno, na liściach pojawia się szron, na kałużach lód, za to im wyżej tym cieplej. Na szczytach jest całkiem cieplutko.

Nadeszła jesień, koniec z triathlonem (w tym sezonie). Mam zamiar jeszcze trochę startować i bardzo bym chciał gdzieś wybrać się w góry. Trzeba jednak zacząć myśleć o kolejnym sezonie dlatego od września rozpoczynam treningi pływackie z Warsaw Masters Team.

W październiku 2012 stałem się prawowitym zawodnikiem kategorii M50, a 11 maja 2013 zgodnie z tradycją Lechitów (bieg powinien się odbyć w przeciągu roku) pobiegłem swoją „pięćdziesiątkę” wchodząc tym samym do elitarnej kategorii „Starszych Panów”.

Trzecia nad ranem. Ciemno, pada. Startuję w Biegu 7 Dolin.

Początek czerwca, Bieszczady, 3 nad ranem idziemy na start w Komańczy. To już mój szósty Bieg Rzeźnika.

W majowy długi weekend wybrałem się w Góry Świętokrzyskie by wziąć udział w VII Unijnym Rajdzie „Twardziel Świętokrzyski” na 100 km trasie z Gołoszyc do Strawczynka prowadzącej głównie czerwonym szlakiem.

To był najbardziej pracowity urlop w mojej biegowej przygodzie i najnudniejszy dla mojej żony. Szykowałem się do Spartathlonu. Miałem przed sobą nie tylko 246 kilometrów do pokonania, ale też duże przewyższenia. Po konsultacji z Darkiem wybór padł na Karkonosze.