17 czerwca 2005 roku Boguszów Gorce. Na stację dojeżdżam przed siedemnastą. Idę pod górę w stronę rynku. Malownicze miasteczko, śliczna okolica. Ratusz - biuro zawodów. Rejestruję się, odbieram numer, jak zwykle spotykam wielu znajomych. Ech! ta potęga Internetu. Widzimy się po raz pierwszy, a jakbyśmy się od dawna znali.

Po przeczytaniu relacji z pierwszej edycji Biegu "Rzeźnika" wiedziałem, że chcę wystartować w drugiej. Wiedziałem, że to nie lada wyzwanie. Trasę znałem. Większość odcinków pokonałem z plecakiem na obozie wędrownym, pozostałe przy różnych innych okazjach. Znałem dystans, wiedziałem jakie górki są po drodze. Mimo to ten bieg stał moim największym marzeniem i głównym celem na rok 2004. Udało mi się pomysłem zarazić kolegów z klubu i skompletowaliśmy dwie drużyny. Ustaliliśmy, że ja biegnę z Bogdanem, a Marek z Grześkiem.

Ostatecznie na rok 2005 postawiłem sobie dwa cele - pokonanie bariery 3:15 w maratonie i start w pięciu biegach na dystansie maratońskim lub dłuższym. Planując z Bogdanem start w biegu "Rzeźnika" wiedziałem, że wiosną muszę robić dłuższe wybiegania i dużą ilość podbiegów.

Do Poznania przyjechałem dzień wcześniej wieczorem. Zarejestrowałem się i poszedłem na pasta-party. Spotkałem Ojlę i wielu znajomych z forum biegajznami. Potem nocleg w Arenie i 10 października stanąłem na starcie maratonu w Poznaniu.

Kolejne treningi i mój pierwszy dystans ultra. Nie były to zawody tylko organizowana przez Lechitów wspólna wycieczka biegowa z Zielonki do Kamieńczyka, na działkę do Munka. Jak zawsze u Lechitów, każdy mógł pokonać trasę tak jak chciał. Można było pobiec całość lub wybrać różnej długości odcinki pomiędzy punktami w których jadący samochodami czekali na nas, dzięki czemu mieliśmy ruchome punkty odżywiania. Można było pojechać na rowerze. Część osób na zmianę biegła lub podjeżdżała samochodami. Ja postanowiłem pokonać biegiem całą trasę. Było gorąco. W pewnym miejscu trochę pobłądziliśmy i sumie wyszło ok 50 km.

24 lipca wystartowałem w III Półmaratonie Młocińskim, zorganizowanym przez SBBP. Kapitalna atmosfera, znakomicie oznakowane kilometry. Kibicowała nam Marzenka, a Bartek startował na dystansie ¼ maratonu. Pomimo, iż było gorąco udało mi się złamać magiczną barierę półtorej godziny i osiągnąć czas 1:29:48.

Bieg sztafetowy odbywa się na przemian w jednym roku z Cottbus, w kolejnym z Zielonej Góry. Na dystansie 103,1 km startują drużyny pięcioosobowe, w których składzie musi być co najmniej jedna kobieta i jedna osoba po pięćdziesiątce. Bieg odbywa się przy normalnym ruchu, tylko skrzyżowania są ubezpieczane przez Policję, która zapewnia biegnącym bezpieczeństwo i pierwszeństwo. Na trasie są wyznaczone punkty zmian.

16 maja 2004 roku biegłem maraton w Wiedniu. Impreza fantastyczna, perfekcyjna organizacja i niesamowite wrażenie, trudno to opisać. Wiedeń znam dość dobrze byłem tam już kilka razy, ale miasto z poziomu maratończyka biegnącego środkiem głównych ulic miasta to zupełnie co innego.

W roku 2004 postanowiłem przebiec dwa maratony – jeden na wiosnę, drugi na jesień. Co do jesieni nie miałem wątpliwości, to będzie Warszawa, ale na wiosnę miałem spory problem. W okresie od marca do maja jedyny termin jaki mi pasował to 16 maja. Pech, żadnego maratonu w tym terminie, przynajmniej w kraju. Na szczęście znalazłem maraton w Wiedniu i mogłem zrealizować marzenie. Do tego była to okazja do startu w dużej imprezie.

Gdy 14 września stanąłem na starcie miałem za sobą 30 km wybiegania, jedno nawet po górach. To jednak nie to samo co 42,195 km. Biegłem ostrożnie, pierwszą połówkę prowadził mnie Grześ kolega z Lechów, który mając przed sobą maraton w Berlinie biegł na luzie. Dla niego to było raczej długie rozbieganie.