Staw
Staw

Ruda nad Mienią

Pierwsze co usłyszeliśmy po wyjściu z pociągu we Wrzosowie to głos pierwiosnka. Wtedy uświadomiłem sobie, że ten sam dźwięk słyszałem tydzień temu nad Wisłą i nabrałem pewności, że został poprawnie oznaczony. Później jeszcze wiele razy słyszeliśmy tę pieśń, ale wykonawca zawsze starał się uniknąć naszego wzroku. W końcu udało mi się uchwycić go pośród zarośli. Idąc przez wieś dotarliśmy do starego parku pałacowego. W koronach drzew przemykały dzięcioły duże. Gdzieś niedaleko odezwał się dzięcioł zielony. W podszycie rosły łany zawilców gajowych, a na niebie zataczała kręgi samica błotniaka stawowego. Zapowiadał się cudowny dzień. Piaszczystą drogą doszliśmy nad stawy.

Ptaków niby niewiele, ale cisza i piękna, słoneczna pogoda sprawiły, że można było wspaniale odpocząć. Na jednym ze stawów było sporo łabędzi, które najwyraźniej próbowały rozstrzygnąć spory o miedzę. Poza tym trochę perkozów dwuczubych, trzymające się z dala płaskonosy, przemieszczające się ze stawu na staw rożeńce, trochę krzyżówek i łyski. Na śniadanie zatrzymaliśmy się nad Mienią obserwując pasące się na grobli gęgawy. Nad stawem w okolicy Teresława słyszeliśmy rozśpiewane kumaki, które wypełniły okolicę rechotem. Nie udało się ich wypatrzeć, za to żaby wodne chętnie pozowały do zdjęć.

W tej okolicy zaobserwowaliśmy też parę błotniaków stawowych. Najpierw spokojnie krążyły nad trzcinowiskiem, ale w pewnym momencie zbliżyły się do siebie i rozpoczęły zaloty. Wzloty, nurkowanie, zataczanie okręgów. Wirowały w swoim podniebnym tańcu. To oddalały się, to zbliżały do siebie, wykazując niezwykłą sprawność i mistrzowskie opanowanie sztuki latania. Bardziej doświadczeni koledzy mówili, że to dopiero wstęp i nieśmiałe początki toków. Byłem tak zafascynowany obserwacją tego spektaklu, że nie zwróciłem uwagi na technikalia i błąd w ustawieniu aparatu pozbawił mnie udanych ujęć.

Na stawach stosunkowo pusto, ale w gęstym sitowiu było trochę drobnicy. Głównie było je słychać. Gdzieś przemknął potrzos, a jeden z młodszych członków naszej ekipy wypatrzył śpiewającą na krzaku brzęczkę. Na wysuszonym stawie kręcił się kwokacz, a na drzewach przy drodze koncertował piecuczek – teraz już wiem jak go odróżnić od pierwiosnka. Ich śpiew jest tak różny, że nie pozostawia wątpliwości. Pomału wracaliśmy na stację. Zawilce, łyski i łabędzie na gniazdach sprawiły, że po wyjściu z parku musieliśmy ostro przyspieszyć by nie czekać godziny na następny pociąg. Wpadliśmy na peron w ostatniej chwili i dopiero w pociągu pakowaliśmy sprzęt do plecaków.