Bojko Trial - fot. Jacek Deneka

Zakarpacie, kraina Bojków

Lot do Lwowa był spełnieniem jednego z moich marzeń. Od zawsze chciałem zobaczyć to miasto. Miasto, o którym tak wiele słyszałem, które istniało we wspomnieniach moich bliskich, którego obraz z 1920 roku fascynował mnie od lat. 

Blachwitz - Lwów 1920
Blachwitz Lwów 1920

Dziewięćdziesiąt osiem lat później wczesnym popołudniem wylądowałem z Adamem i Tomkiem na lotnisku Daniela Halickiego.  Dalej trolejbusem pojechaliśmy do centrum. Trolejbus pomimo iż wyglądał jak z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku był wyposażony w darmowe wifi, dzięki czemu mogliśmy skontaktować się z rodziną przez Messenger. Jest istotna kwestia z uwagi na wysokie ceny w roamingu. Zameldowaliśmy się w hotelu przy ulicy Tadeusza Kościuszki naprzeciwko gmachu Uniwersytetu Lwowskiego i ruszyliśmy w miasto. Adam opracował trasę po najciekawszych miejscach i wgrał do zegarka. Dzięki temu poruszaliśmy się sprawnie i mogliśmy skupić się na podziwianiu secesyjnych kamienic oraz wypatrywaniu miejsca na obiad.

Lwów 2018
Lwów 2018
Lwów 2018
Lwów 2018

W sympatycznej restauracji zjedliśmy barszcz i pielmieni, drobne przypominające uszka pierogi z bardzo dobrym nadzieniem popijając Lwowskim piwem. Pomnik Tarasa Szewczenki. Kościół św. Piotra i Pawła. Bazylika Archikatedralna. Kaplica Bojmów. Pomnik Króla Daniela Halickiego. Rynek. Ratusz. Fontanny. Pałac Lubomirskich. Kamienica Bandinellich. Katedra Dominikańska. Pomnik Nikifora Krynickiego. Arsenał Królewski. Podejście na wysoki zamek. Panorama miasta. Cmentarz Łyczakowski. Cmentarz Orląt Lwowskich. Powrót na stare miasto. Pomnik Adama Mickiewicza. Pizza. I już po zachodzie słońca powrót do hotelu.

Lwów 2018
Lwów 2018
Lwów 2018
Lwów 2018

W nocy spałem dobrze, co było bardzo istotne przed startem. Niezbyt wczesnym rankiem ruszyliśmy zobaczyć katedrę, operę i jeszcze chwilę powłóczyć po starym mieście. W międzyczasie dotarło jeszcze czterech kolegów, którzy przylecieli w nocy.

Lwów 2018
Lwów 2018
Lwów 2018
Lwów 2018

Po obiedzie przyjechał po nas busem Władimir, u którego wynajmowaliśmy domek we wsi Paszkowice koło Żdenijewa. Pojechaliśmy na Zakarpacie. Pogoda zrobiła się fatalna. Duże zachmurzenie. Szalejące burze z ulewnym deszczem. Nienajlepsze prognozy na weekend. Wyglądało to naprawdę kiepsko.

W drodze na Zakarpacie
W drodze na Zakarpacie

Po drodze odebraliśmy pakiety i załatwiliśmy zakupy. Sklep wprawdzie był już zamknięty, ale Władimir zadzwonił do właścicielki i nim dojechaliśmy czekała na nas. To mi przypomniało czasy gdy z kolegami z liceum wędrowałem po Bieszczadach i nie raz właściciele otwierali sklepy specjalnie dla nas. To były inne czasy, które wspominam z sentymentem. Ludzie może bardziej uczynni, wyrozumiali, a może po prostu mniej zapracowani. Trudno to określić. Życie płynęło w innym tempie.

Cerkiew w Paszkowicach
Cerkiew w Paszkowicach

Oczywiście to nie jest tak, że czas się tu zatrzymał. W domku jest bieżąca woda oraz wifi i telewizja satelitarna.  Gdy dotarliśmy właśnie leciał mecz ćwierćfinałowy Francja – Urugwaj zakończony wynikiem 2:0.  Rozpakowuję się. Przygotowuję rzeczy na start. Krótki rekonensans po wsi i pomału zapada zmierzch.
Robię sobie kolację.   Tutejsze pomidory i jajka smakują znacznie lepiej, a chleb – po prostu poezja. Jego smak będę długo pamiętał.  Zwłaszcza ta skórka. Nie do opisania.  Później gdy Brazylia mierzyła się z Belgią przygotowywałem wyposażenie.  Izotonik, żele, batony. Kurtka i spodnie przeciwdeszczowe, wiatrówka,  mini apteczka, power bank, dwie czołówki, kubeczek. Jakim cudem to wszystko mieści w 12 litrowej kamizelce? Może trochę przesadzam, ale chcę się spakować tak jak na UTMB by wszystko przetestować. Pozostaje   doładowanie telefonu i zegarka. Kładziemy się spać. Jest jeszcze dość wcześnie.  Brazylia przegrywa 2:1. Staram się złapać jak najwięcej snu. Przed drugą pobudka. Lekkie śniadanie. Sprawdzenie ekwipunku. I w drogę na start. Od nas to ponad 4 kilometry. Na szczęście Władimir załatwił nam podwózkę. Wysiadamy przy bramie biura zawodów. Czas zaczyna przyspieszać. Spotykam Arka, udało mu się w ostatniej chwili  znaleźć nocleg.

Zbliża się 3:00. Odliczanie i start. Początkowo z eskortą samochodów drogą przez wieś. Dalej doliną wzdłuż potoku. Wyciągam kijki. Wspinamy się przez las na połoninę.

Bojko Trial - fot. Wiktor Bubniak
Bojko Trail, zdjęcie Wiktor Bubniak

Powyżej granicy lasu zimny, dość silny i porywisty wiatr zmusza do wyciągnięcia kurtki. Docieram do miejsca, w którym z naprzeciwka zbiegają zawodnicy. W pierwszej chwili pomyślałem, że zabłądzili i zawracają na właściwą trasę. Jednak nie. Gdy zbliżyłem się do tego miejsca wolontariusz skierował mnie w tamtą stronę.

Bojko Trial fot. Piotr Dymus
Bojko Trail, zdjęcie Piotr Dymus

To agrafka na szczyt Pikuja (1408). Pod szczytem kolejny wolontariusz wskazuje drogę. Stromą ścieżką pośród skał osiągam wierzchołek. Mijam posąg Chrystusa i szybko schodzę by schować się przed wiatrem.

Bojko Trial fot. Piotr Dymus
Bojko Trail, zdjęcie Piotr Dymus

Jeden z fotografów robi nam zdjęcia. Z sylwetki rozpoznaję Piotra Dymusa. To niesamowite, że są ludzie, którzy chcą uwieczniać takie wydarzenia. Bez względu na pogodę. W środku nocy muszą dotrzeć obładowani sprzętem w często trudno dostępne wysokie góry by zaczekać na biegaczy. Efekt ich pracy jest niesamowity. Warto spojrzeć na profil Bojko Trail na Facebook’u i przejrzeć galerie. Chowam kijki do kołczana przyczepionego do plecaka. Zbiegam. Ścieżka prowadzi grzbietem połoniny. Robi się jaśniej. Przez ciężkie ołowiane chmury prześwituje czerwone słońce. Biegnę za sznurem biegaczy. Droga odbiega od grani. Zegarek alarmuje zejście z traku. Zatrzymuję się. Sprawdzam. Kilka osób też się zaniepokoiło. Wracamy na grań. Odnajdujemy znaki. Wołamy tych, którzy polecieli w dół.

Bojko Trial fot. Jan Haręza
Bojko Trail, zdjęcie Jan Haręza
Bojko Trial fot. Jan Haręza
Bojko Trail, zdjęcie Jan Haręza

Kręta ścieżka. Kolejne wierzchołki i przełęcze. Lekkie podbiegi i zbiegi. Żurawka (1226). Punkt kontrolny. Troszeczkę ponad 22 km. Tutaj odchodzi trasa czterdziestki, a my dalej grzbietem na północ. Uzupełnieniam flaski. Wtrącę kilka słów wyjaśnienia. Flask, a w zasadzie Softflask jest rodzajem miękkiego bidonu. Nie znam na to polskiego określenia. Ja używam dwóch półlitrowych umieszczonych w przednich kieszeniach plecaka. Dla mnie są bardzo wygodne. Łatwo dostępne, dzięki czemu traci się mało czasu na ich uzupełnianie.

Bojko Trial zdjęcie Jan Haręza
Bojko Trail, zdjęcie Jan Haręza

Jest już całkiem jasno. Czołówka ląduje w plecaku. Biorę garść ciasteczek, popijam colę i w drogę. Wiatr nie odpuszcza przeganiając chmury. Przez chwilę kropi, ale prawie nieodczuwalnie. Mimo wszystko jest już za ciepło na kurtę. Oby tak dalej. Widoki są niesamowite. Te przestrzenie. Ta pustka. Daleko w dolinach jakiejś wsie. Mijam kolejne wierzchołki. Gdzieś tam przed nami pasmo graniczne, dalej Tarnica, Halicz, Rozsypaniec. Starostyna. Drohobyckij Kamień. Raczej nic nie powinno ich zasłaniać. Łagodnie tracimy wysokość. Osiągamy granicę lasu i schodzimy w dolinę. Wieś Husny. Najdalej wysunięty punkt na północ. Do granicy tylko jakieś 7 – 8 kilometrów. Nasza trasa zawraca na południe. Biegniemy drogą do Żdeniewa wspinając się na przełęcz dzielącą doliny potoków, płynącego na północ Husnego i płynącej na południe Żdeniewki.

Bojko Trial - fot. Wiktor Bubniak
Bojko Trail, zdjęcie Wiktor Bubniak

Kolejny punkt. Roztoka. 38 kilometr. Czas 6:11: 20. Jest dobrze. Rutynowo uzupełniam Izo, przegryzam rodzynki i wychodzę z colą w kubeczku i ciasteczkami w dłoni. Zawsze wolę jeść idąc niż stojąc. Zanurzam się w las. Wyciągam kije. Przede mną odcinek stromego podejścia. Powyżej lasu połonina. Rozpogodziło się. Wiatr zelżał.

Bojko Trial - fot. Jacek Deneka
Bojko Trail, zdjęcie Jacek Deneka

Widoki zapierają dech w piersiach. Muczel (1327) i Ostra Hora (1405). Chowam kijki. Zaczynam zbieg na przełęcz Perełuki. To jest kluczowy punkt. Rozejście tras na różne dystanse. Dobiegam. Wolontariusze kierują mnie w stronę charakterystycznego czerwonego namiotu. 47 kilometr. Przynajmniej oficjalnie, bo na zegarku ponad 50. Czas 8:17:32 zgodny z optymistycznym planowaniem.

Bojko Trial - fot. Marzena Mazij
Bojko Trail, zdjęcie Marzena Mazij

Szybko się zbieram. Znów rutynowo. Izo, cola, rodzynki, ciasteczka i w drogę na pierwszą pętlę. Wspólną z dystansem 80. Noga pobolewa, ale na tym etapie nie muszę podejmować decyzji. Nie jest tak źle bym musiał zejść z trasy, a pokonanie tej 20 km pętli umożliwi mi ukończenie przynajmniej krótszego dystansu (80). Po chwili dogania mnie Arek. Jestem zaskoczony, ale on stwierdził, że nie chce się forsować i biegnie spokojnie. Z wyników wiem, że wyprzedziłem go na ostatnim punkcie. Ja przeleciałem szybko, a on się zatrzymał na porządny posiłek.

Bojko Trial - fot. Marzena Mazij
Bojko Trail, zdjęcie Marzena Mazij

Biegniemy razem. Rozmawiamy. Nabieram otuchy i chęci do biegu. Droga wspina się doliną wzdłuż potoku. Las daje cień i chłód. Kijki wspomagają. Docieramy nad piękny ponad 6 metrowy wodospad. Przekraczamy strumień i kierujemy się za znakami wzdłuż niego. To bardzo trudny odcinek.

Bojko Trial - fot. Marzena Mazij
Bojko Trail, zdjęcie Marzena Mazij

Nazwano go później Runmageddonem. Powalone drzewa. Jedne pokonujemy górą, inne przeciskając się pod spodem. Łużne, śliskie głazy. Przejścia po pniach na potokiem. Głębokie przysłonięte paprociami dziury. Chwila nieuwagi i znalazłem się do pasa pod ziemią. Na szczęście nic mi się nie stało. Niestety ucierpiały kijki i oba trzasnęły tuż poniżej rączek. Nie dobrze. Od tej pory nie będzie wspomagania. Trasa skręca i odchodzi od potoku. Wspina się stromo. Na oko 40-45 stopni. Ziemia ucieka spod stóp. Gruba warstwa liści nie pomaga. Podchodzę od drzewa do drzewa. Ból nogi się nasila. Oddech przycina. W głowie pojawia się myśl: “Kijki, ile je cenić trzeba ten tylko się dowie kto je utracił.”.

Bojko Trial - fot. Jacek Deneka
Bojko Trail, zdjęcie  Jacek Deneka

W końcu robi się łagodniej i osiągamy wierzchołek Runa Płaj (1227). Nieznaczny zbieg i wychodzimy z lasu na Połoninę Równą. Powracają fantastyczne widoki. Słońce przygrzewa wychodzą co i rusz spoza chmur. Dobrze, że mam spory zapas picia. Ścieżka wśród łąk wyprowadza nas na betonową drogę. Zastanawiamy się po co tu taka droga. Odpowiedź czekała pod szczytem. Kompleks poradzieckich bunkrów bazy rakietowej. Wiatr daje się we znaki. Osiągamy najwyższy punkt Połoniny Równej (1482). Rozglądając się wokół, zastanawiamy się czy tam na północy widać Tarnicę.  Mijamy stalowy krzyż, pomnik spadochroniarzy i delikatnie tracimy wysokość osiągając granicę lasu. Drzewa znów przynoszą ulgę osłaniając nas od wiatru. Polana. Potok, krótkie podejście i zbieg do czerwonego namiotu.

Bojko Trial - fot. Marzena Mazij
Bojko Trail, zdjęcie Marzena Mazij

Przełęcz Perełuki. 67 km, u mnie 72. Czas 12:18:49. Tym razem dłuższy postój. Pora obiadowa. Ryż z kurczakiem i warzywami smakuje wybornie. Mając wsparcie Arka postanawiam nie skracać i ruszyć na pętlę 120. Wychodzimy przez polanę w stronę północy, mijając odcinek trasy, którym niedawno wracaliśmy. Pętla od tego miejsca ma ponad 40 kilometrów. Schodzimy w dolinę potoku Luta. Długi, monotonny odcinek. Wygodna nawierzchnia, miękka. Trochę błotka Noga niestety daje się coraz bardziej we znaki.

Bojko Trial - fot. Marzena Mazij
Bojko Trail, zdjęcie Marzena Mazij

Staram się podbiegać, ale odcinki marszu stają się coraz dłuższe. Arek cierpliwie mi towarzyszy. Tęsknię za jakimś podejściem. W końcu po około 10 kilometrach trasa skręca, przechodzi przez Lutę by wzdłuż jednego z jej dopływów rozpocząć wspinaczkę głębokim wąwozem. Droga szybko się kończy, a trasa prowadzi wzdłuż koryta potoku. To drugi bardzo trudny i dziki odcinek. Powalone drzewa, głazy, boczne dopływy. Woda wycięła w stoku głębokie jary. Na szczęście nie pada i jest stosunkowo sucho. Docieramy do źródeł. Stoki stają się bardzo strome. Odbijamy w górę. Korzystając z pomocy drzew wspinamy się po liściach. Grunt się osuwa. Niezbędna jest maksymalna koncentracja. Jak bardzo brakuje mi kijków. Arek znika za kolejnym zakrętem. W końcu lekkie wypłaszczenie, a za drzewami prześwituje polana. Jeszcze krótki odcinek przez las i wychodzę na połoninę. Skręcamy na południe. Na otwartej przestrzeni pojawiają się panoramy. Widzę Arka. Podchodzi spokojnie z kimś dyskutując. Słońce się chyli ku zachodowi. Wyrównuję oddech i lekko przyspieszam. Ścieżka wśród traw wspina się na Lutańską Holicę (1374).

Bojko Trial - fot. Michał Walusza
Bojko Trail, zdjęcie Michał Walusza

Przed nami, w oddali zarys Połoniny Równej. Za nią zejście na przełęcz Perełuki i ostatni odcinek do mety. To jeszcze nie tak szybko. Najpierw trzeba zbiec do punktu Łumszorach. Pomału tracę wysokość. Na tym odcinku nawet dobrze mi się biegnie. Doganiam Arka. Ścieżka zagłębia się w las. Bieg przeplatam marszem. Wartki strumień spływa kaskadami. Na skale nad większym wodospadem oświetlona łagodnym zachodzącym słońcem medytuje grupka dziewcząt. Pierwsze zabudowania. Mostek nad dopływem i szeroka droga w dolinie. Ktoś z tyłu mnie woła. Dogonił nas Adam. 

Bojko Trial - fot. Michał Walusza
Bojko Trail, zdjęcie Michał Walusza

Chętnie bym przyspieszył, ale wiem, że muszę konsekwentnie trzymać się swojego marszobiegu. Arek cały czas mi towarzyszy. Mamy o czym rozmawiać. Wspomnienia, plany, wymiana doświadczeń. Gdy przechodzimy do biegu doganiamy Adama. Na przemian idziemy, truchtamy, rozmawiamy. Oznakowanie wskazuje na zejście z drogi nad potok. Czyżby zejście do punktu? Jeszcze nie tym razem. Trasa wprawdzie schodzi do punktu, ale widokowego na kolejną kaskadę i po chwili wraca na drogę. W końcu docieramy do wsi Łumszory i po schodkach zbiegamy do punktu tym razem odżywczego. Formalnie 93 km. GPS wskazuje o cztery więcej. Uzupełniam izo, coś przegryzam. Zegarek wrzucam do plecaka podpięty pod powerbank. Chcę go podładować przed zmierzchem. Ruszamy przez drogę i most nad potokiem. Przed nami najdłuższe podejście, a w każdym razie największa różnica wzniesień. To było najniżej położone miejsce na trasie (około 500 m n.p.m.), a musimy pokonać najwyższy punkt – Połoninę Równą (1482).

Bojko Trial - fot. Michał Walusza
Bojko Trail, zdjęcie Michał Walusza

Idziemy we trzech. Czasami na chwilę ktoś do nas dołączy. Adam się wciągnął w rozmowy. Kolejny doświadczony ultras. Mnie i Arka szczególnie interesują jego doświadczenia z UTMB. Wymagania sprzętowe. Specyfika trasy. Indywidualne odczucia. Podchodzi mi się dobrze. Las osłania od wiatru. Nie jest zbyt stromo. Wypłaszczenie. Polanka. Przejście przez potok i wzdłuż jeziorka Troszyk. Nadciąga zmierzch. W lesie robi się ciemno. Wyciągam czołówkę, a przy okazji zegarek. Już się dostatecznie podładował. Przy okazji zauważyłem, że nie mam jednego flaska. Musiałem zostawić go na punkcie. Trudno. Zbyt daleko by wracać. Na szczęście mam rezerwę w bukłaku. Bez tego byłoby kiepsko.

Bojko Trial - fot. Jacek Deneka
Bojko Trail, zdjęcie Jacek Deneka

Podchodzimy. Droga wije się zakosami. Między drzewami pojawił się Mars. Jego czerwona barwa zawsze mnie zachwyca. Ponad granicą lasu, na połoninie wiatr znów daje się we znaki. Już nie chłodzi przyjemnie tylko wychładza. Pora sięgnąć po kurtki. Podchodzimy. Noc zapanowała na dobre. Na chwilę gasimy czołówki by popatrzeć na drogę mleczną. Księżyc jeszcze nie wzeszedł. Pomarańczowa  słoneczna poświata już zniknęła,. Tuż nad zachodnim horyzontem króluje Merkury i Wenus, na południowym wschodzie Jowisz i Saturn, a na południu mój ulubiony, charakterystyczny, lekko czerwonawy Mars. Nic nie zakłóca widoku. Żadnego zaśmiecenia światłem, tylko gdzieniegdzie poblask czołówek.

Bojko Trial - fot. Michał Walusza
Bojko Trail, zdjęcie Michał Walusza

W końcu docieramy do betonowych płyt. W oddali pojawia się czarny masyw Połoniny Równej. Wyraźnie odcina się od rozgwieżdżonego nieba. Idziemy. Długi monotonny odcinek. Do tego ten wiatr. Wieje prosto w twarz. Pomimo kurtki robi mi się zimno.  Dochodzę do wniosku, że na Alpy trzeba będzie zabrać coś cieplejszego. Bunkry pod szczytem dostrzegam w świetle czołówki. Skręcamy z wierzchołka pod krzyż i rozpoczynamy zejście. Teraz już będzie w zasadzie tylko w dół. Po tak długim podejściu, ścieżką przez łąkę biegnie mi się całkiem dobrze. Niżej w lesie robi się ciepło. W zależności od kąta nachylenia zbiegam lub gdy jest bardziej stromo schodzę bokiem krawędziując jak przy podchodzeniu na nartach. Ta dziwna technika odciążała nogę, ale nie była dobra dla stóp i zaowocowała potężnymi pęcherzami.

Bojko Trial - fot. Jacek Deneka
Bojko Trail, zdjęcie Jacek Deneka

Pomiędzy drzewami w świetle czołówki migają odblaski przymocowane do tańczących na wietrze taśm powieszonych przez znakujących trasę. Wreszcie wypłaszczenie, potok i polana. W nocy wygląda inaczej. Ścieżka oświetlona zmieniającymi barwę ledowymi lampkami wygląda magiczne. Po raz trzeci osiągamy punkt na Przełęczy Perełuki. Tym razem formalnie 108 kilometr, zegarek wskazuje 114. Czas 21:27:54. To już raczej plan „B”, ale i tak się cieszę. Bardzo mi zależało na ukończeniu 120 i zobaczeniu tej niesamowitej trasy. Gwar, ognisko, urocze wolontariuszki, sympatyczni wolontariusze, gorący barszcz ukraiński (na wszelki wypadek pozbawiony fasoli). Nie chce się iść dalej. Do mety zostało niewiele. 11 – 12 kilometrów.

Bojko Trial - fot. Jacek Deneka
Bojko Trail, zdjęcie Jacek Deneka

Ruszamy. Ścieżka schodzi polaną wśród kolorowych światełek. Gasimy na chwilę czołówki by jeszcze raz spojrzeć na gwiazdy. Las. Łagodne podejście i zbieg. Droga wije się zakosami chwilami stromo tracąc wysokość. Jak dobrze, że jest sucho. Coraz wyraźniej słychać szczekanie. Zbliżamy się do wsi. Paszkowice. Zbiegamy do drogi. Na wprost stoi samochód i oświetla baner wskazujący kierunek, w prawo do mety. Zostało 3,5 km drogą. Tą samą drogą w lewo do ciepłego domku, prysznica i wygodnego łóżeczka jest tylko kilometr.

Wolontariusz w drodze na punkt fot. Jan Haręza
Wolontariusze w drodze na punkt, zdjęcie Jan Haręza

Oczywiście skręcamy w stronę mety. Próbuję podbiegać, ale zupełnie mi nie wychodzi. Czuję, jakby droga prowadziła pod górę, choć wiem, że jest odwrotnie. Idziemy. Już nam się nie spieszy. Rozmawiamy. Mamy znakomite humory. Już zaczynamy wspominać ten fantastyczny bieg. Ktoś nas wyprzedza. Most nad potokiem. Wieś Zbyny. Kolejny most i ostatnia prosta. Z daleka widać oświetlony teren, a wzdłuż drogi pojawiły się kolorowe lampki ledowe. Meta. Skręcamy i kierujemy się do bramy. Ustawiamy się w równym rzędzie by symbolicznie razem przekroczyć linię mety. Uściskiem dłoni i kieliszkiem ginu wita nas Sławek, organizator i pomysłodawca biegu. Imienny medal i czerwony bojkowski pas. Dzięki wspaniałemu towarzystwu, mimo przeciwności losu i wbrew rozsądkowi udało się ukończyć najdłuższy dystans. Czas 23:19:02.

Bojko Trial - fot. Michał Walusza
Bojko Trail, zdjęcie Michał Walusza

Chwila odpoczynku, regionalne piwo, wyborny makaron z kurczakiem. Dużo do pogadania. Czas szybko ucieka.  Zbieramy się. Arek ma nocleg tuż obok. Przed nami 4,5 kilometra. Ruszam z Adamem jak Star Trek – w ciemność. Do naszej wsi. Wychodzimy ze Żdeniewa wzdłuż drogi. Z naprzeciwka mijają nas biegacze. Wśród nich pojawił się Tomek. Ma jeszcze trochę do mety. Idziemy kierując się odblaskami rozmieszczonymi na barierze wzdłuż drogi. Rozmawiamy. Nagle na naszej trasie pojawia się szlaban. Zdziwienie, zaskoczenie. W pierwszej chwili nie mogłem zrozumieć o co chodzi. Skąd on się wziął. Adam sprawdza mapę w zegarku. Skręciliśmy w złą drogę. Musimy się cofnąć kilkaset metrów. Szczęście, że był ten szlaban, bo nie wiadomo kiedy byśmy się zorientowali. Cofamy się do mostu w Zbynach i wracamy na właściwą drogę. Znów co jakiś czas z naprzeciwka pojawiają się zawodnicy upewniając nas, że jesteśmy na właściwej drodze. Idziemy. Rozmawiamy. Zaczyna świtać.

Bojko Trial - fot. Wiktor Bubniak
Bojko Trail, zdjęcie Wiktor Bubniak

Na nocleg docieramy po czwartej. Ciepły prysznic i piwo przynosi rozleniwienie. Błyskawicznie zasypiam. Sen jak szybko przyszedł tak szybko sobie poszedł. Obudziłem się trochę po siódmej. Koledzy z osiemdziesiątki krzątali się w kuchni. Poczułem głód. Wyjmuję z lodówki ugotowane w piątek jajka. Podgrzewam je w ciepłej wodzie. Do tego połówka pysznego chleba, od piątku nie stracił nic ze swego smaku i nadal wydaje się świeży. Popijam półtoralitrowym piwem lwowskim. Trzeba uzupełnić płyny. Pakuję się. Znów coś się kończy. Pozostaną wspomnienia.

Bojko Trial - fot. Jacek Deneka
Bojko Trail, zdjęcie Jacek Deneka

Koło południa przyjeżdża Władimir. Wracamy do Lwowa. Zatrzymujemy się przy biurze zawodów by odebrać depozyty. Wśród rzeczy zagubionych odnajduję mój flask. Jedziemy.

Lwów 2018
Lwów 2018

Zatrzymujemy się jeszcze przy  dobrze znanym sklepie, by zrobić ostatnie zakupy. Wydać resztę hrywien. Ja zaopatruję się w chałwę. Tutejsza jest pyszna i tania. Ostatnie chwile na lotnisku spędziliśmy na wspomnieniach i wymianie wrażeń przy znakomitym Lwowskim piwie. Lot powrotny był prawdziwą podróżą w czasie. Wylecieliśmy o 18:55 by po 50 minutach, o 18:05 wylądować w Warszawie. Chciałoby się powiedzieć, że to była przygoda życia, ale ja mam to szczęście, że nie potrafię wybrać tej jedynej, a dzięki nim wszystkim moje życie jest przygodą .

Bojko Trial - fot. Michał Walusza
Bojko Trail, zdjęcie Michał Walusza

Na koniec chciałbym jeszcze raz pogratulować organizatorom pomysłu i jego realizacji oraz podziękować wolontariuszom. Szczególnie gorąco wspominam tych z Perełuki. Oczywiście Wasza praca na wszystkich punktach była niesamowita i tak bardzo pomocna. Jednak jak to zwykle w biegach bywa są bardzo przelotne znajomości. Ten punkt był wyjątkowy bo odwiedziłem trzykrotnie i za trzecim razem czułem się jakbym odwiedzał starych znajomych. 

Bojko Trial - fot. Marzena Mazij
Bojko Trail, zdjęcie Marzena Mazij

Oprócz organizatorów i wolontariuszy są jeszcze ludzie których praca w trakcie zawodów jest mniej widoczna. Ratownicy, strażnicy, ekipy medyczne. Stoją z boku, czuwają gotowi w każdej chwili by ruszyć.  Pamiętajmy, że to od nich może zależeć nasze życie. Podziękujmy im dobrym słowem uśmiechem.  Jeszcze mistrzowie obiektywu. Później gdy przeglądam zdjęcia chwilami im zazdroszczę. Patrzą z innej perspektywy. Widzą to co nam umyka w pędzie. Tworzą historię zapisaną w obrazach. Jest w tym coś z magii. Operowanie światłem. Uchwycenie chwili. Polowanie na ulotne momenty.

Jacek Deneka w pracy - foto Magdalena Bogdan
Jacek Deneka w pracy – zdjęcie Magdalena Bogdan

Czasami ułamek sekundy, kilka kroków, parę stopni w koncie nachylenia obiektywu dzieli poprawną technicznie fotografię od arcydzieła. Dzięki Wam mogę podzielić się wrażeniami z innymi, a po latach sięgnąć pamięcią do tych wyjątkowych chwil. Jak mówi stare chińskie przysłowie „jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów”.

Trasa z mojego zegarka (po uproszczeniu i redukcji punktów).

zdjęcie nagłówkowe Jacek Deneka