Wings for Life World Run 2018 - meta

Wings for Life World Run

To, że w biegu od startu dąży się do mety jest jasne. Chyba każdy od małego dziecka widział białą linię wyznaczoną na bieżni stadionu. Trochę trudniej było wyobrazić sobie to w biegu 24 godzinnym. Meta nie jest zlokalizowana w przestrzeni, ale w czasie. Takie biegi są organizowane na pętlach, koniec biegu następuje w chwili usłyszenia sygnału. Każdy zawodnik zatrzymuje się w miejscu do którego dobiegł, by sędziowie mogli zaznaczyć i obliczyć dystans. Wings for Life World Run jest wyjątkowy. Trzeba było niezwykłej wyobraźni by wymyślić coś takiego. Meta nie jest zlokalizowana ani w czasie ani w przestrzeni. Wyznacza dodatkowy wymiar. Zgodnie z wyznaczonym algorytmem podąża za zawodnikami. Ściga zawodników. Jednak w moim odczuciu ten bieg jest wyjątkowy pod każdym względem. Wiele jest charytatywnych imprez, ale chyba tylko w tej celem jest finansowanie badań. Pieniądze nie są przeznaczone na zakup czegoś konkretnego, czy pomoc konkretnej osobie tylko na coś, co samo w sobie jest dość wirtualne. Coś czego nie da się z góry wycenić, przewidzieć rezultatów, określić ram czasowych. Czegoś co nie gwarantuje sukcesu. Osobiście jestem pewien, że to jednak tylko kwestia czasu i wcześniej czy później lek, metoda, warunki techniczne umożliwią osobom z uszkodzonym rdzeniem kręgowym sprawnie funkcjonować. Wirtualność celu niesamowicie koreluje mi z wirtualną metą. Osiągnięcie celu tak jak osiągnięcie mety jest uzależnione od bardzo wielu czynników i mimo iż próbujemy prognozować wynik nie jesteśmy w stanie przewidzieć tego w stu procentach.

Wings for Life World Run 2018 - ekipa
Biegnij z ProService – Jacek, Konrad, Robert

Do Poznania ruszyliśmy w niedzielę nad ranem. Beatka przymusowo z uwagi na kontuzję w roli kibica, zastępujący ją Janusz, Jacek, Robert i ja. Z Jackiem za kierownicą dotarliśmy na miejsce szybko i sprawnie, a dzięki pomocy Pawła pakiety dostaliśmy prosto do samochodu. Wszystko nam sprzyjało. Nawet bez problemu znaleźliśmy miejsce parkingowe przy drodze do dworca. Potem obiad w galerii, przebranie się i przejście do hali targów na start, gdzie przywitał nas f-16 i tłum zawodników. Czas leciał szybko. Świetnie prowadzona spikerka przy współudziale Pawła Januszewskiego oraz znakomita rozgrzewka z udziałem Joanny Jóźwik wprowadziły nas w niezwykły, radosny nastrój. Przejście do stref. Trening fali. Wyświetlane na telebimie obrazy z dwunastu fizycznych lokalizacji. Izmir (Turcja), Kakheti (Gruzja), Melbourne (Australia), München (Niemcy), Poznań (Polska), Pretoria (Republika Południowej Afryki), Rio de Janeiro (Brazylia), Sunrise (Stany Zjednoczone – Floryda), Taoyuan (Tajwan), Wien (Austria), Zadar (Chorwacja), Zug (Szwajcaria). Do tego setki wyznaczonych wirtualnych miejsc, w których wpatrzeni w smartfony zapaleńcy nie mogący uczestniczyć w biegach w lokalizacjach fizycznych i korzystający ze specjalnej aplikacji czekają na sygnał do startu.

Wings for Life World Run 2018 - przed startem
przed startem

Końcowe odliczanie. Ostatnia, tym razem transmitowana na cały świat słynna Poznańska fala i …

Ruszamy.

Kolorowy tłum płynie przez bramę na placu targowym, skręca w jedną, potem drugą ulicę by wypaść na szerszą arterię – ulicę Grunwaldzką. Odtąd już daje się biec we własnym tempie. Rozglądam się za Robertem. Zginął gdzieś w tłumie, który od startu niósł nas trochę bezwolnie. Jest już dość miejsca by skupić się na własnym tempie. Moim założeniem było utrzymać równe tempo 5 minut na kilometr. Rozsądne. Niewygórowane. Dostosowane do aktualnych celów. Startu w Wingsach nie planowałem. Przyjąłem to spontanicznie, gdy Jacek rzucił hasło. Mijam rondo, tory, Zamek Cesarski. Szeroko. Wygodnie. Wpadam w spokojny rytm. Patrzę na tętno. Ma być w pierwszym zakresie. Stawka zaczyna się wyrównywać. Szybsi poszli do przodu, wolniejsi zostali. Tempo stabilne 4:44. Cały czas jest lekko z górki. Biegnie się znakomicie. Zwątpiłem już, że spotkam Roberta, gdy słyszę znajomy głos. Patrzę i widzę białą czapeczkę z logo ProService. Robert zagadany z jakimś znajomym sunie beztrosko. Wołam go, próbuję dorównać im tempa. Kilka słów i stwierdzam, że coś dla mnie za szybko. Zwalniam, a Robert postanawia zostać ze mną.

Trasa z mojego zegarka.

Odtąd biegniemy razem. Równy rytm. Kilka słów od czasu do czasu. Most nad Wartą. Ostrów Tumski. Archikatedra. Piąty Kilometr. Punkt nawadniania. Rondo Śródka. Tu mnie nachodzą wspomnienia. Malta. Maratony. Triathlon. Tu na trasie rowerowej tory tramwajowe zalano betonem byśmy nie musieli zwalniać. Lubię startować w Poznaniu. Szeroka ulica. Nad nami wiadukt kolejowy. Patrzę na zegarek. Minęło pierwsze 30 minut. Za nami ponad 6km. Z terenów targów rusza Małysz. To nasza meta. Mistrz osobiście będzie nas ścigał. Kibicowałem mu tyle lat. Oglądałem chyba wszystkie zawody, w których startował. Zawsze tak ustawiałem treningi by zdążyć na skoki. To jedna z niewielu dyscyplin, które lubię oglądać, a polubiłem ją dzięki niemu. Nigdy nie zapomnę Willingen. Wtedy jako stukilogramowy, prawie czterdziestolatek z niedowierzaniem śledziłem jego wyczyn. Gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że kiedyś będę biegł uciekając przed samochodem, który on będzie prowadził. Pomyśleć, że dopiero dziś w tak nieprawdopodobnej sytuacji zobaczyłem go po raz pierwszy na żywo.

Wings for Life World Run 2018 - meta rusza
Meta rusza

Biegniemy. Uciekamy. Przez pierwszą godzinę Adam przejedzie 15 km. Wybiegamy za miasto. Trzymamy równo 4:44. Ten rytm nam pasuje. Wzdłuż trasy sporo kibiców. Nas dopingują, ale czekają na niego. Niesamowita jest ta formuła. Myślami sięgam do innych miejsc. Startowaliśmy w tym samym momencie. U nas to było samo południe. Bezchmurne niebo, słońce przypieka, ale temperatura tylko niecałe 20 stopni. Lekki wiaterek, kurtyny wodne i dużo picia. Jest znakomicie. Gdzie indziej to ranek, wieczór lub środek nocy. Jedni nad morzem, a inni w górach. To padał deszcz, a tam żar lał się z nieba. I choć warunki są bardzo nierówne wszyscy się razem ścigamy. Myślę o Dominice. Ciekawe jak jej idzie w Pretorii. Fascynuje mnie ta wirtualność tego biegu. Jest tak rzeczywisty i tak bardzo ulotny. Miasto już dawno za nami. Mijamy działki, jakiś las. 10 km. Droga prowadzi w stronę Gniezna. I znów wracają wspomnienia. Życie jest piękne, gdy tyle miejsc kojarzy się pozytywnie. Biegniemy trzymając się linii drzew. Dają trochę cienia. Atmosfera jest niesamowita. Startowałem w setkach świetnych zawodów, ale tu jest jakoś inaczej. Większa niż zwykłe ilość kibiców, czy może świadomość, że goni nas meta. Biegniemy. Równo. Konsekwentnie. Trzymamy z Robertem 4:44. Świetnie nam się razem biegnie. Lekko niemalże niewyczuwalne trasa pnie się do góry. Malownicze wioski. Trochę lasu.

Wings For Life 2018Półtorej godziny. Adam mija 15 kilometr, a my dziewiętnasty. On teraz przyspieszy. Nieznacznie do 16km/h. A my konsekwentnie 4:44. Tak mi się to tempo podoba, że chcę je utrzymać. Robert zaczyna narzekać, że jest za szybko. Kilometr dalej na długim, nieco bardziej stromym podbiegu zwolni i mnie zostawi samego. 1:39 mijam znacznik półmaratonu. Trasa wychodzi na grzbiet. Jest pięknie. Malowniczo. Uwielbiam wiosenny odcień zieleni kontrastujący z błękitem bezchmurnego nieba. Jestem sam ze swoimi myślami. Szkoda we dwóch było raźniej. Kolejna wioska. Kibice. Tempo bez zmian. Wbiegamy w las. Po prawej jakieś większe jezioro. 25 kilometr. Adam coraz bliżej. Biegniemy w dość luźnej grupie. Mocno się przerzedziło. Zaczynam się przyglądać jak rozstawione są autobusy powrotne. Staram się biec przy krawędzi drogi by jak najlepiej wykorzystać rzucany przez las cień. 30 kilometr. Czas 2:22. Tempo niezmiennie 4:44. Adam tu dotrze za jakieś 4 minuty. Biegnę. Wioska. Po prawej na placyku stoją autobusy. 31 km. Droga skręca i na otwartej przestrzeni wnosi się łagodnie na kolejne wzgórze. Będzie dobrze widać pogoń. 32 km. Oglądam się za siebie. Kolumna samochodów jest już bardzo blisko. Ktoś rzuca hasło “Widać znacznik na 33 km, nie dajmy się”. Entuzjazm zaraził wszystkich. Przyspieszamy. Biegniemy ile kto może. Mijamy trochę zdziwionych zawodników. Docieramy do znacznika i wracamy do poprzedniego tempa. Wyprzedza nas pilot kolumny. Krzyczy byśmy biegli gęsiego, trzymając się blisko prawej strony.

Wings for Life World Run 2018 - po biegu
po biegu – Janusz, Jacek, Beatka, Konrad i Robert

Po chwili nadjeżdża biały Jaguar. Powoli. Równym tempem. Adam pozdrawia uśmiechem. Za nim samochody z zamontowanymi antenami, które zarejestrują sygnał z chipów w numerach.

Koniec wyścigu.

Meta pomału się oddala łapiąc następnych zawodników. Ktoś mówi by iść dalej. Autobusy czekają przy 34 km. Faktycznie. Są jeszcze prawie puste. W środku czeka na nas woda, batony i folia nrc. Siadam. Pomału napływa zmęczenie. Wchodzą kolejni zawodnicy. Robi się tłok. Ruszamy, by wrócić na start, gdzie już czeka na mnie reszta ekipy. Taka odwrócona formuła. Im szybciej biegniesz tym później kończysz. Jacek uciekał przez 15,85 km, Janusz 16,95, Robert 29,37, ja 33,33.

zdjęcia Beatka