Wachau Marathon

Pomysł startu w Wachau Marathon ma dość ciekawą historię. Na dobrą sprawę jest konsekwencją mojego startu w maratonie wiedeńskim w maju 2004. W tedy zachęcony atmosferą maratonu mój „austriacki” kolega Jarek postanowił, że za rok też wystartuje w maratonie. Postanowił najpierw spróbować w półmaratonie. Pobiegł w Baden, a później w Wachau. Podczas pobytu w kraju opowiadał nam o tych imprezach.

Trzech maratończyków - Jarek, Bartek i Konrad
Trzech maratończyków – Jarek, Bartek i Konrad

Szczególnie ciekawie mówił o Wachau, walory trasy, atmosfera, bardzo utkwiły nam w pamięci. Piszę nam bo mam na myśli mojego syna. Biegał dystanse 10km i bardzo zamarzył mu się maraton. Od razu mu wyperswadowałem. Przecież w maratonach można startować od osiemnastki. Myliłem się. Bartek przejrzał wyniki z Wachau i znalazł dwóch trzynastolatków. Trudno. Czasu jest dużo zobaczymy, co będzie.

W styczniu 2005 Bartek pobiegł na Młocinach swój pierwszy, półmaraton. Był zadowolony, sprawdził wyniki z Wachau. Stwierdził, że zwycięzca jego kategorii miał czas o 5 min lepszy. Postanowił, że pojedzie na półmaraton i spróbuje wygrać. Trenował z tą myślą i z tym nastawieniem wyjechał do Austrii. Dla mnie była to sytuacja komfortowa. Jarek powiedział, że z nim pobiegnie, ja mogłem pobiec maraton. Później się okazało, że pojedzie z nami Justyna (dziewczyna Jarka), która postanowiła nam kibicować i zaopiekować się Bartkiem na mecie. Byłem spokojny, gdyby coś się działo, Bartek miał zaplecze.

Do Wiednia przyjechaliśmy w piątek. Sobota płynęła leniwie, pełny relaks. Do Krems wyruszyliśmy w niedzielę o 5:00 we czwórkę: Justyna, Jarek, Bartek i ja. Tuż przed 7:00 zaparkowaliśmy niedaleko stadionu i poszliśmy po odbiór numerów i chipów. Mnie się trochę spieszyło, bo o 7:35 miałem pociąg do Emmersdorfu. Wszystko poszło sprawnie i 10 min przed czasem siedziałem w wagonie.

Półtora maratończyków ;-)
Półtora maratończyków 😉

Podróż ciekawa, fantastyczne widoki, trasa przypominała nieco naszą do Szklarskiej Poręby. Mosty, tunele, malownicze miasteczka, przełom Dunaju. Po drodze kilka stacji, część osób wysiadła w Spitz’u, gdzie był start półmaratonu. Bartek z Jarkiem jechali późniejszym pociągiem. Potem pociąg zatrzymał się w Emmersdorfie i zaczęliśmy wysiadać, ale kolejarze zaczęli protestować i większość wróciła do pociągu. Nie miałem pojęcia, o co chodzi, bo wszyscy rozmawiali po niemiecku, ale byli mocno zdezorientowani. Zrobiłem to co większość i wsiadłem z powrotem do wagonu. Pociąg ruszył. Po pewnym czasie widzieliśmy w oknie miejsce startu, ale pociąg jechał dalej, minęliśmy kolejny tunel i zatrzymaliśmy się. Na stacji była tabliczka „Start Wachau Marathon 1km”.

Doszliśmy do startu, przebrałem się, oddałem torbę do autobusu – szatni i rozpocząłem rozgrzewkę. Jakieś 20 min. przed startem stanąłem w kolejce do Toy-Toy’a by po 10 min pójść na linię startu. Skierowałem się w stronę bramy startu mocno zdziwiony luźną atmosferą, wszyscy zachowywali się tak jakby mieli jeszcze dużo czasu. Na szczęście po chwili usłyszałem znajomo brzmiące słowa i podążyłem w ich kierunku. Ku mojej ogromnej radości spotkałem panią Janinę Rosińską (ponad 240 maratonów) i Tomka Igielskiego. Oni powiedzieli mi, że start jest przełożony o 20 min z uwagi na opóźnienie drugiego pociągu. Tomek chciał pobiec na złamanie 3:30, ale stwierdził, że pobiegnie ze mną ile da rady. Tuż przed 10:30 ustawiliśmy się przed linią startu (maraton kameralny, tylko ok 1000 osób, do mety dotarło 994) obok gościa z balonikiem na 3:15 i pożegnaliśmy p.Janinę.

Zwycięzcy półmaratonu w najmłodszej kategorii
Zwycięzcy półmaratonu w najmłodszej kategorii

Strzał startera, odpaliłem stoper – wszyscy stoją – ruszyli wózkarze, jeszcze dwie minuty i strzał dla nas, ruszamy z Tomnkiem. Kontroluję czas, chciałem sprawdzić tempo, ale oznaczenia kilometra nie widać, dopiero po 5:20 widzę napis „pozostało 41km”. Biegniemy, rozmawiamy, tempo dobre, kolejne kilometry 4:27, 4:26, trasa prowadzi przez Emmersdorf, sporo dopingujących, zaczynam przyzwyczajać się do sposobu liczenia wstecz. Nagle pojawia się tablica z napisem „33”, nie wiem co jest grane, ale po chwili widzę oczekiwaną „36”. Po chwili mija nas motocyklista, a za nim gość na wózku. Mijamy następny „podwójny” kilometr, z lewej widzimy biegnących w przeciwnym kierunku, przypominam sobie schemat trasy i pętlę do pokonania. Dobiegamy do mostku, zawracamy, trasa prowadzi przez pola, winnice i kolejną malowniczą miejscowość, w której mieszkańcy witają nas brawami i gorącym dopingiem. Skręcamy i wracamy na drogę, którą już biegliśmy. Łączymy się ze strumieniem biegnących. Ciekawe uczucie, ale trudno utrzymać tempo, biegną dwa strumienie ludzi, których dzieli dystans 4km, a to dopiero zbliżał się 10km.

Tomek cały czas opowiada – pracuje w Austrii w jednej z miejscowości znajdującej się na trasie. Później mijaliśmy tę miejscowość, kibicowała tam mu jego szefowa i koleżanka z pracy. Tempo dobre, 10km 195m (ciężko się do tego przyzwyczaić), czas 45:49. Biegniemy, mijamy kolejne pola, winnice i malownicze miejscowości, z prawej wije się Dunaj, z lewej trasa kolei. W oddali na zakrętach widać sznur biegnących przed nami. W każdej miejscowości niesamowity doping, orkiestry, jakiś chłopak grający na werblu, mnóstwo ludzi. Kolejne malownicze miasteczko wyłania się zza zakrętu. Tomek mówi, że to Spitz. Później stwierdziłem, że to najpiękniejsze miasteczko na trasie. Mijamy bramkę startową półmaratonu, czas dobry, 1:34:40 – pomyślałem, że Bartek i Jarek już na mecie (nie wiedziałem, że im start też opóźniono). Biegniemy dalej, kolejne miasteczka, zamki na wzgórzach, barokowy klasztor po drugiej stronie Dunaju. Cudowne widoki. Biegniemy, rozmowa już się nie klei, ale tempo trzymamy – 30,195, czas 2:15:45.

Zwycięzca półmaratonu ...
Zwycięzca półmaratonu …

Kolejna tablica, 11km do końca, wbiegamy w ok. 400m tunel pod górą, półmrok i rytmiczny tupot nóg. 10km do mety – czarna brama Pumy – start biegu na 10km, ciągle trzymamy tempo, ale robi się ciężko, czuję, że zaczynam pochylać się do przodu. Pomału tempo spada, 7km do mety (2:38:51), widać most nad Dunajem. Krems wita nas piękną malowniczą zabudową, ale i podbiegiem na stare miasto. Przebiegamy przez bramę, zaczyna się bruk. Tak twardego bruku jeszcze nie spotkałem… Tempo spada, ale wiem, że 3:15 powinno pęknąć bez problemu, wystarczy trzymać się poniżej 5:00. Tomek zachował znakomitą formę, krzyczy do kibiców, pozdrawia ich, dopinguje mnie do szybszego biegu. Mijamy tablicę z napisem 1km, zaczyna się zbieg w stronę stadionu. Trasa kręci. Tomek krzyczy – „zakręt i 100m” – skręcamy, widzę stadion i zegar przy mecie – czas 3:12 z sekundami, przyspieszam ile sił, została w głowie jedna myśl „złamać 3:13”. Mijam linię mety, na zegarze 3:13:05, ale wiem, że czas netto jest kilka sekund lepszy, tylko czy wystarczająco.

Zwycięzcy półmaratonu w najmłodszej i ciut starszej kategorii
Zwycięzcy półmaratonu w najmłodszej i ciut starszej kategorii

Nieważne 3:15 złamane – bariera pokonana. Podchodzi do mnie dziewczyna z medalem, odczytuje moje imię, zawiesza medal na szyi. Na mecie czeka Tomek, dziękuje mi, jest szczęśliwy, udało nam się – obaj z życiówkami. Podchodzę do stolika z piciem i jedzeniem, biorę jabłko, rozglądam się po trybunach, próbuję wpatrzeć Jarka z Bartkiem i Justyną – bezskutecznie. Zamieniam parę słów z Tomkiem, zachęcam do odwiedzenia naszej strony i wychodzę ze strefy dla zawodników na poszukiwania. Przemierzam trybuny, wychodzę poza stadion, tłum ludzi, nie mogę ich znaleźć.

Ruszam w stronę altanki, z której dobiega głos z megafonu, widzę rzędy pucharów – „może tu ich znajdę” – śmieję się w duchu. Rzeczywiście, po chwili słyszę, jak Jarek mnie woła i mówi, że czekają na dekorację zwycięzców. „Skubany Bartek” – dopiął swego ponad pół roku o tym marzył, trenował i dokonał – wygrał! Niesamowite. Radość z życiówki zastępuje ojcowska duma. Czas płynie wolno. Widać krzątaninę, kończy się dekoracja zwycięzców w biegu na 10km. Sporo było tych biegów.

Jarek, Justyna, Bartek, Konrad
Jarek, Justyna, Bartek, Konrad

Zaczyna się dekoracja zwycięzców w półmaratonie, panie, panowie i kategorie wiekowe. Najpierw dziewczyna – Austriaczka, potem, spiker łamie sobie język „Bartłomiej Roz…yki Poland” (wychodzi mu coś takiego). Czuję jak łzy napływają mi do oczu. Bartek wbiega, odbiera puchar – jest szczęśliwy, uśmiechnięty, kolejni zwycięzcy z kolejnych kategorii. Chwila dla reporterów, zdjęcia, błysk fleszy. Półmaraton ma największe znacznie, w nim startowało ok 6 tys., a ukończyło 4774. W samej Bartka kategorii (rocznika 90,91) było 13 zawodników.

Wracamy do samochodu. Dostałem porządny zastrzyk z adrenaliny. Żadnego zmęczenia, bólu – to pojawi się dopiero jutro. W poniedziałek odpoczywamy – jest po czym. Wtorek i środa – zwiedzanie Wiednia, w czwartek w drodze do domu wpadamy do Pragi.