Ultra-Trail du Mont-Blanc 2018

Ultra-Trail du Mont-Blanc

Biała Góra. Piękna, majestatyczna. Wznosi się nad Chamonix wysuwając swój lodowy język w stronę wtulonego w dolinę miasteczka. Choć samego szczytu Mont-Blanc nie widać to otaczające dolinę góry robią niesamowite wrażenie. Organizowany od 2003 roku UTMB, uważany za jeden z najtrudniejszych biegów na świecie, z całą pewnością był najtrudniejszym w jakim miałem okazję brać udział. 

Ultra-Trail du Mont-Blanc 2018
Stoki Mont-Blanc i lodowiec schodzący w stronę Chamonix

UTMB to cały festiwal biegowy trwający od poniedziałku do niedzieli, w ramach którego rozgrywane są biegi:

  • PTL – Chamonix, poniedziałek 8:00. Bieg w formule drużynowej zbliżonej do naszego Biegu Rzeźnika. Dwu, trzyosobowe drużyny mierzą się z 300 kilometrową trasą i ponad 26000 metrów podejść przy stosunkowo niewielkim wsparciu. Są tylko trzy punkty żywieniowe, w tym dwa przepaki oraz kilkanaście schronień gdzie można przenocować. Trasa co roku jest inna i nie jest oznakowana w terenie. Zawodnicy mają na jej pokonanie 152 i pół godziny, czyli na mecie muszą się zameldować w niedzielę do godziny 16:30.
  • MCC – Martigny-Combe, poniedziałek 10:00. Bieg dedykowany dla wolontariuszy, mieszkańców i sponsorów. 40 kilometrów i 2300 m w pionie. Limit 10 godzin.
  • TDS – Courmayeur, środa 6:00. Ten bieg ma opinię najtrudniejszego techniczne. 121 km i 7300 m podbiegów. Limit 34 godziny.
  • OCC – Orsières, czwartek 8:15. Dystans 56 km, 3500 m podbiegów, 14 i pół godziny limitu.
  • CCC – Courmayeur, piątek 9:30. Trasa ma 101 km i 6100 m wzniesień. Limit 26 i pół godziny.
  • UTMB – Chamonix, piątek 18:00. Bieg główny prowadzący 170 kilometrową trasą dookoła masywu Mont-Blanc. Ponad 10000 metrów podejść. Limit 46 i pół godziny.
  • W międzyczasie rozgrywane są biegi dla dzieci i młodzieży: YCC, YRUN, Mini PTL i Mini UTMB.
Michel Gabriel Paccard
Michel Gabriel Paccard (1757-1827) Urodzony w Chamonix, był lekarzem i alpinistą.

Sam cykl przygotowań trwał kilka lat. Od chwili gdy po kilku latach przygody triathlonem ukontentowany uzyskanym w Bydgoszczy wynikiem 11:12:11 na dystansie im226 zatęskniłem za górami. Już wtedy założyłem, że celem jest UTMB. Z poprzedniej jesieni miałem kilka punktów z Łemkowyny. Nie był to udany start. Na treningu, w którym dominował rower ciężko mi było ją ukończyć. Brakowało wybiegań. W kolejnym roku postanowiłem się rozkręcać stopniowo. Tak przebiegłem w ciągu pięciu tygodni Garmin Ultra Race – 53 km w Górach Stołowych, BUT-90 oraz LUT-150 w Beskidach, zaliczając po drodze Maraton Warszawski. Mimo fascynacji triathlonem, poczułem zew gór. Punktów nazbierałem, aż nadto i zgłosiłem się do UTMB. W pierwszym roku nie zostałem wylosowany, co zresztą było korzystne bo dało mi czas na przygotowania. Los nie był zbyt okrutny bo zostałem wylosowany w 2017 roku do Biegu Granią Tatr. W efekcie oprócz tego przebiegłem jeszcze ultramaratony: Podkarpacki, Chojnik, Bieg 7 Szczytów i Bieg 7 Dolin oraz udało mi się ukończyć Tatraman.

Place du Triangle de L’Amitié
Place du Triangle de L’Amitié – kościół Église Saint-Michel

W 2018 roku po szczęśliwym dla mnie losowaniu zupełnie zmieniłem proporcje treningu, w którym rower i basen stały się zaledwie dodatkiem. Zacząłem uczyć się biegania z kijkami. Ciężko mi to szło, bo bardziej mi przeszkadzały niż pomagały. Wiedziałem jednak, że zdecydowana większość z nich korzysta i to nie może być przypadek. Kolejny rok minął szybko i przyszedł czas na losowanie. Tym razem szczęście dopisało. Wybrałem starty kontrolne, w tym jako kluczowe Bieg Rzeźnika Ultra 140 i Bojko Trail 120. Rower po zimie poszedł w odstawkę. Tak, tak zimą bardzo się przydał. Gdy pogoda była podła kręciłem godziny na trenażerze. Z każdym miesiącem zwiększałem kilometraż nie zapominając o tempach, sile biegowej i rozciąganiu, zacząłem się rolować. Pracowałem też trochę nad wzmocnieniem góry, bo poprzedni sezon pokazał, że ręce wytrzymują 40 – 50 km wspomagania kijkami.

Kozica na Czerwonych Wierchach
Kozica na Czerwonych Wierchach

Starty napawały optymizmem: sztafeta w Bochni (51,420 km), Półmaraton Warszawski (1:28:56), Orlen Maraton (3:13:18), spokojne 33,3 km w trakcie Wings for Life, Bieg Rzeźnika Ultra 140 (23:39:14) w trakcie, którego miałem okazję sprawdzić sprzęt w trudnych warunkach. Po raz pierwszy na całym dystansie wykorzystałem kijki i byłem z nich zadowolony. Dwa tygodnie później Zielonka Challenge, ponad 70 km w 7:12:14. Później pojawiły się objawy przeciążenia. Spuchnięta, obolała po stronie piszczela noga. Musiałem natychmiast zareagować. O utrzymanie formy dbałem głównie na basenie. Do tego rozciąganie, okłady z lodu, maści i odpoczynek. Przed Bojko Trial było już nie źle, choć miałem świadomość, że jeszcze za wcześnie na taki dystans. Na Ukrainę pojechałem z postanowieniem, że będę ostrożny. Żadnego napierania. Ewentualnie skrócenie dystansu. Pojechałem. Było super. Czas 23:19:02 pozwolił mi trenować bieganie w drugą noc, a dobre towarzystwo i niesamowite widoki cieszyć się każdym z ponad 120 kilometrów. Noga trochę oberwała więc kolejny tydzień odpocząłem. Zaplanowany start w jedynym w tym sezonie triathlonie (¼ im) odpuściłem, a w sztafecie poprosiłem kolegów, by wstawili mnie na pływanie, choć jest to moja najsłabsza konkurencja. Później delikatnie zacząłem biegać rozkręcając się przed ostatnim, urlopowym okresem przygotowania. Rozpocząłem go tradycyjne Biegiem Powstania Warszawskiego. Dzięki towarzystwu Beaty, zrealizowałem założenia i nie wyrwałem (51:40). Noga już wydawała się całkiem wyleczona, ale nie chciałem ryzykować. Przez kolejne dwa tygodnie trenowałem na Podhalu i w Tatrach biegając praktycznie co drugi dzień. Pogoda dopisała. Widoki zapierały dech, nawet kozice na Czerwonych Wierchach wyszły mnie dopingować w treningu.

Kasia, Patrycja i Ja
Kasia, Patrycja i Ja

Na ostatni weekend przeniosłem się w Gorce do Ochotnicy by w sobotę o 4 nad ranem razem z Kasią i Patrycją wystartować. Patrycja biegła 102 km, Kasia debiutując w ultra wybrała 48. Ja początkowo zapisany byłem na 102, ale po przygodzie z nogą przepisałem się na 84/48, bo decyzję o wyborze dystansu można było podjąć na 40 km. Uznałem to za najbezpieczniejsze rozwiązanie. Ruszyliśmy asfaltową drogą. Biegłem rozmawiając z Patrycją. Gdy trasa skręciła i zaczęła się wspinać zwolniłem, a ona pognała do przodu. Wspinaliśmy się we mgle przez Pasterski Wierch na Lubań (1211). Kijki pracowały. Chmury leniwie przelewały się przez grań. Na wierzchołku wolontariusze kierowali nas na wieżę widokową. Po osiągnięciu najwyższego tarasu przekonałem się, że wyżej mgła wygląda dokładnie tak samo. Dalej łagodnie wijący się odcinek granią i łagodny zbieg. Zaczyna padać. Błyskawice i grzmoty wskazują, że burza jest coraz bliżej. Zbiegam na przełęcz Knurowską. Punkt żywieniowy. Uzupełniam płyny coś podjadam i ruszam dalej. Pod daszkiem namiotu grają i śpiewają dziewczyny z zespołu regionalnego dzielnie znosząc chłód i wilgoć. Pogoda nie dawała za wygraną. Drogi i szlaki mocno zniszczone po lipcowych ulewach. Błoto i strumienie płynące każdą ścieżką. Na 40 kilometrze nie miałem wątpliwości i skręciłem w stronę mety. Zbyt duże ryzyko. Za mało czasu do startu. To był dobry sprawdzian. Kiepska pogoda, 48 kilometrów, 2600 metrów podbiegów w czasie 6:55:59. Najważniejsze, że czułem moc. Czułem, że mógłbym tak spokojnie przebiec drugie tyle. To dobrze ustawia samopoczucie, choć wiem, że to jak przed maratonem cieszyć ze spokojnie przebiegniętej dyszki. Najważniejsze, że nauczyłem się biegać z kijkami i dobrałem sposób ich mocowania. Zdecydowałem się na pas, który utrzymuje kije z tyłu w poprzek pleców.

Argentière - nasz apartament znajdował się na piętrze, pierwszy od lewej.
Argentière – nasz apartament znajdował się na piętrze, pierwszy od lewej.

Logistyką zaraz po losowaniu zajął się Kuba, mój kolega ze ścieżek biegowych. Zorganizował siedmioosobową grupę i wynajął apartament w Argentière ok 10 km od Chamonix za bardzo dobrą cenę. Zarezerwował transport z Genewy, do której poleciałem z Martą i Kubą we środę 29 sierpnia. Oczekując na autobus do Francji trochę spacerowaliśmy po mieście i posiedzieliśmy na bulwarze nad jeziorem. Zwiedzanie postanowiliśmy zostawić na drogę powrotną jeżeli będą siły po biegu. Poza tym przelotne deszcze nie zachęcały.

Argentière
Argentière

W Chamonix przywitał nas widok ośnieżonych stoków Mont-Blanc. Jeszcze, krótka podróż autobusem miejskim i stanęliśmy przed budynkiem, w którym mieliśmy noclegi. Musieliśmy jeszcze tylko odnaleźć biuro zarządcy i odebrać klucze. Rozpakowaliśmy się i poszliśmy do miasteczka zrobić jakieś zakupy. Wieczorem dotarła reszta ekipy. Edyta, Adam, Zbyszek i Sebastian, którzy zdecydowali się dotrzeć samochodem.

Chamonix, kanał L’Avre
Chamonix, kanał L’Avre

We czwartek pojechaliśmy odebrać pakiety. Najpierw trochę kręciliśmy się po ekspo i po mieście szukając słynnego bandaża samoprzylepnego, jedynego obowiązkowego wyposażenia jakiego nie miałem. Trochę się zdziwiliśmy, bo czytaliśmy, że można go dostać na każdym stoisku lub w sklepach, a tymczasem na ekspo w ogóle nie mieli, a w okolicznych sklepach się skończył, za to w drogeriach był koszmarnie drogi. Na szczęście znaleźliśmy go w sklepie sportowym koło rynku. Po odbiór pakietu ustawiliśmy się w długiej kolejce, która na szczęście szła dość szybko. Obsługa była bardzo sprawna. Kontrola dokumentów i wylosowanych elementów wyposażenia, odbiór numeru, koszulki i szkolenie z zasad poruszania się po trasie i stosowanych oznaczeń. Na koniec pamiątkowe zdjęcie z numerem na ściance. Fajnie rozwiązano odbiór zdjęć. Ustawiono monitory z ekranem dotykowym, na których można było odnaleźć swoje zdjęcie i wysłać na maila. Jeszcze spacer na start, gdzie finiszowali zawodnicy TDS.

Chamonix
Chamonix

Po powrocie na kwaterę, gdzie wspólnie zrobiliśmy obiad i poszliśmy na zakupy. Tego dnia przez Argentière przechodziła trasa OCC więc chwilę kibicowaliśmy przy punkcie i przyglądaliśmy się jak funkcjonuje, jak jest ustawiony.

Argentière punkt na trasie OCC
Argentière punkt na trasie OCC

W piątek nad ranem Sebastian wyruszył na swój start CCC do Courmayeur, a my spędziliśmy przedpołudnie na leniuchowaniu, sprawdzeniu sprzętu i pakowaniu. We wtorek, w przeddzień wyjazdu dostaliśmy od organizatorów sms, że z uwagi na dobre prognozy obowiązuje podstawowy pakiet wyposażenia obowiązkowego. W praktyce oznacza to, że nie trzeba brać trzeciej warstwy. W piątek od rana zaczęły przychodzić kolejne. Najpierw smutna wiadomość, że ze względów bezpieczeństwa, po kamiennej lawinie, która spowodowała śmierć turysty szlak na Tête à Vents został zamknięty, bieg zostanie poprowadzony wariantem alternatywnym. Następna wiadomość informowała, iż północny wiatr może w nocy sprawić iż temperatura spadnie do ok zera. Później, trochę po 13 przyszła wiadomość, że od soboty po południu nastąpi pogorszenie pogody i odczuwalna temperatura może spaść do -10. Pakiet na zimną pogodę jest obowiązkowy. Czyli trzeba zabrać trzecią warstwę i dodatkową bandanę lub ciepłą czapkę.

Place du Triangle de L’Amitié
Place du Triangle de L’Amitié

Po wspólnym obiedzie pojechaliśmy na start. Chcąc komfortowo biec po starcie trzeba ustawić się godzinę wcześniej. Zaczyna solidnie padać. Zakładam kurtkę i spodnie przeciwdeszczowe. Czekamy. Czas się wlecze. Ustawiamy się. Muzyka gra. Spiker nawija po francusku. Przychodzi kolejny sms. Trasa ominie Pyramides Calcaires. Taka jest specyfika UTMB, taka jest pogoda w Alpach. Dlatego telefon musi cały czas być aktywny. Tu w trakcie wszytko może się zmienić. W końcu z głośników rozbrzmiewa Conquest Of Paradise Vangelisa, zawsze grany przed startem. Start trochę nas zaskoczył. Nie było żadnego odliczania, po prostu w pewnej chwili zorientowałem się, że czołówka ruszyła i wszyscy zaczynają się przesuwać w stronę bramy startowej. Wąskie uliczki i tłum kibiców sprawiają, że trzeba biec tempem narzuconym przez grupę. Wygląda na to, że dobrze się ustawiłem. Tempo mamy ok 5:15. Długie oczekiwanie na start sprawiło, że chciałbym skręcić w krzaczki. Nie ma jak. Biegnę. Ścieżka skręca w las. Jest wąsko, ale płasko. Trzymam tempo. Na tym etapie jest ono mało istotne. Oczywiście nie wolno przesadzić. Pierwsze 8 kilometrów jest płaskie, a nawet lekko w dół. Doliną przez las i wzdłuż zalewu. Stawka się rozciągnęła. Biegniemy gęsiego. Tempo spadło. Dla mnie jest komfortowo.

Na podejściu z Les Houches
Na podejściu z Les Houches (piątek, 19:24)

Dobiegam do Les Houches. Leśna ścieżka przechodzi w asfaltową ulicę, którą zbiegamy między domkami. Wiadukt nad torami. Skręt na most nad L’Arve. Słyszę jak ktoś woła “Brawo Konrad”, to takie niezwykłe wśród wszechobecnego “Ale, Ale”. Podbiegam. Przybijam piątkę. Dostaję krówkę z Milanówka. Chyba na zawsze zapamiętam jej smak. Wiadukt nad autostradą, skręt w główną ulicę miasteczka. Na chodnikach tłumy kibiców. Niesie. Punkt z piciem. Mijam długi rząd stołów bez zatrzymania. W biegu sięgam po kubeczek z colą. Jeszcze nie trzeba nic uzupełniać. Przebiegam przez miasteczko. Dogania mnie Kuba. Przez chwilę biegniemy razem. Zamieniamy kilka słów. Kuba odbiega swoim tempem. Trasa skręca w las. Rozpoczynam łagodne podejście. Pora sięgnąć po kije. Szkoda, że chmury przysłaniają widoki.

Jeszcze jest w miarę jasno. Tu na zachodzie później robi się ciemno, ale i świt później nastaje. Okulary z żółtymi szkłami świetnie się spisują, trochę przyciemniają, ale zwiększają kontrasty dzięki czemu wszelkie nierówności stają się wyraźniejsze. Trasa wije się po stoku przechodząc co raz pod wyciągami. Punkt kontrolny Le Delevre (1811 m.n.p.m.). Na trasie stoją sędziowie z czytnikami kodu paskowego i sprawnie skanują numery. Bardzo ważne jest by mieć numer cały czas na wierzchu. To zresztą jest określone w regulaminie jako obowiązkowe. 13,8 km, czas 01:49:02. Chowam kije i rozpoczynam kilkukilometrowy zbieg. Wzdłuż trasy jest trochę kibiców. Z daleka słychać, jak dzwonią słynnymi, alpejskimi krowimi dzwonkami. Niektóre są naprawdę potężne. Trzeba sporo siły by je utrzymać. Słońce już zaszło. Wyciągam czołówkę. W lesie jest już zbyt ciemno.

Na podejściu z Les Houches
Na podejściu – w dole Les Houches (piątek, 19:32)

Trasa dociera do miasteczka. Znów pada deszcz. Zbiegam w stronę rynku. Tłum kibiców gęstnieje. Gaszę czołówkę, biegnę w świetle latarni. Saint-Gervais najniższy punkt na trasie (820 m.n.p.m.). Centrum miasteczka. Wielki namiot. Punkt kontrolny i pierwszy duży punkt odżywczy. 21,5 kilometra, czas 2:44:13. Wyciągam kubeczek, proszę o colę. Biorę garść suszonych moreli i fig. Wybiegam. Barierki oddzielają kibiców. Jest ich niewiarygodnie dużo. W tłumie widzę “Rzeźnicką” twarz Mirka. Jego uśmiech nie pasuje do tego określenia, ale to jednak Szef wszystkich Rzeźników. Przybijam piątkę i lecę dalej.

Na podejściu z Les Houches
Na podejściu z Les Houches (piątek, 19:34)

Rozpoczyna się ponad 24 kilometrowy podbieg. Początkowo łagodnie doliną rzeki Le Bon Nant do punktu w Les Contamines Montjoie. 31,8 kilometra, czas 4:15:41. Pierwszy punkt, na którym można korzystać ze wsparcia własnego supportu. Słyszę jak Adam mnie dopinguje. Wchodzę do namiotu. Podchodzę do zastawionych jedzeniem stołów. Pora na solidniejszy posiłek. Wędliny jakoś mi nie leżą, ale biorę kawałki żółtego sera i bagietki. Francuskie sery mają w sobie coś wyjątkowego. Ostry smak znakomicie kontrastuje po pitym w trasie izotoniku. Na drugie biorę kubeczek bulionu z makaronem. Również smakuje wybornie. Uzupełniam izo, bo we flaskach już pusto, a zapas w bukłaku to żelazna rezerwa.

Wychodzę. Kontynuuję podejście doliną potoku, by następnie leśną ścieżką rozpocząć wspinaczkę na stromy stok do schroniska La Balme. Punkt kontrolny. 40 kilometr, czas 5:51:27. Zaczyna się ostre podejście. Trasa trawersem wychodzi na odkryty teren. Zimny wiatr daje się we znaki. Mgła rozprasza światło czołówki nieprzyjemnie ograniczając widoczność. Podchodzę. Przekraczam barierę 2000 m n.p.m.. Jest stromo. Patrzę na wysokościomierz w zegarku analizując kolejne 100 metrowe przewyższenia. Wolno to idzie. 2200, 2300, 2400. Robi się trochę łagodniej. Zbliżamy się do grzbietu. Wiatr szarpie kurtką. Ręce grabieją. Zakładam rękawiczki. Przechodzę na drugą stronę na wysokości ok 2460 m n.p.m. do punktu kontrolnego przy schronisku Refuge de la Croix du Bonhomme. 45.78 km, czas 07:32:07. Pierwsza duża górka za mną. Górka to pojęcie względne. Profil wygląda jakbyśmy pokonywali szczyty. W praktyce jest to po prostu przekrój. Nie widać na nim, że to tylko przełęcz, albo trawers po stoku poniżej wznoszącego się kilkaset metrów nad nami wierzchołka. Składam kijki i zbiegam. Po tym podejściu kilka kilometrów w dół to sama przyjemność, choć jest dość stromo.

Tuż przed punktem Arête du Mont-Favre.
Tuż przed punktem Arête du Mont-Favre (sobota 7:15).

Les Chapieux. Nieduża, położona w dolinie rzeki Torrent des Glaciers, pogrążona we śnie miejscowość. 51 km, czas 8:19:04. Uzupełniam flaski. Coś jest nie tak. Żołądek się buntuje. Jest mi niedobrze. Nie mam zupełnie ochoty na jedzenie. Z rozsądku sięgam po bulion z makaronem. Po kilku kilometrach okaże się, że to była świetna decyzja. Wszystko wróciło do normy, zgłodniałem. Sięgam po żel. Truchtam długą, lekko wznoszącą się doliną. Chmury trochę się rozeszły. Na niebie prześwitują pojedyncze gwiazdy. Na wprost góruje potężny czarny masyw odcinający się na tle nieco jaśniejszego nocnego nieba. Po jego stoku wije się świetlisty, wielokilometrowy wąż utworzony ze świateł czołówek. Na różnych biegach widziałem podobne. Tu jednak wszystko jest w innej skali. Przytłacza ogromem. Zachwyca. Sprawia, że człowiek czuje się naprawdę malutki. Gdy role się odwrócą i będę miał okazję spojrzeć z góry za siebie wrażenie staje się jeszcze większe. Długa rozświetlona światłami zawodników dolina. Dobrze mieć to za sobą. Mijam zakrzywienie grzbietu zostawiając dolinę poza zasięgiem wzroku. Przede mną powtórka z rozrywki. Czarny, górujący na tle nieba stok, a na nim świetlisty wąż. Wysokość ok 2000. Oddech się łamie. Podchodzę powoli. Jak żółw ociężale. Po pokonaniu każdych 50 metrów w pionie robię 30 sekund postoju na kilka głębokich oddechów. Ta taktyka jak na razie się sprawdza. Szlak faluje, prowadzi trawersem. Stok osłania nas nieco od wiatru. Na opuchnięte ręce z trudem wciskam luźne zazwyczaj rękawiczki. Ściągam mocniej troczki kaptura. Podchodzę. Col de la Seigne 2515 m n.p.m.. Punkt kontrolny. Sędziowie szczytują kod paskowy z numeru. 61 km, czas 11:11:24. Tędy przebiega granica pomiędzy Francją i Włochami.

Tuż przed punktem Arête du Mont-Favre.
Tuż przed punktem Arête du Mont-Favre (sobota 7:15).

Znów kilka kilometrów zbiegu. Na tym odcinku trasa została zmieniona. Omija punkt Col des Pyramides Calcaires schodząc doliną do punktu Lac Combal. 66 km, 12:00:54. Pomału zaczyna się rozjaśniać na wschodzie. Pierwsze promienie porannego słońca rozświetlają wierzchołki czterotysięczników nadając im niesamowity pomarańczowy kolor. Światło wydobywa z szarości fakturę granitowych ścian. Co chwilę słychać głuchy łomot spadających kamiennych lawin. Jest piękny poranek. Nad brunatnymi turniami góruje biały wierzchołek Mont-Blanc (4810 m n.p.m.). Wydaje mi się, że z tej strony jest bardziej skalisty.

Col Checrouit Maison Vieille
Col Checrouit Maison Vieille (sobota 8:10).

Podchodzę. Ciszę zakłóca warkot helikoptera. Na szczęście to nie ratowniczy. Krąży nad naszymi głowami i filmuje. Zielone stoki, którymi prowadzi trasa przypominają nieco Bieszczady. Porośnięte trawami, gdzie nie gdzie rozsiane skałki. Ścieżka gruntowa z niewielką ilością kamieni. Różnica jest w skali. Tu kilkukilometrowy trawers prowadzi na wysokości ponad 2000 metrów. To sprawia, że brakuje mi tchu. Muszę się zatrzymywać by złapać oddech. Staram się robić to co 50 m podejścia w pionie, ale jest coraz trudniej. Arête du Mont-Favre. Punkt kontrolny. 70 km, czas 13:19:46. Ostatnie 4 kilometry zajęły mi godzinę i 19 minut. Kolejny długi zbieg. Malownicze widoki wynagradzają wysiłek. Po lewej głęboka dolina odcina łagodne trawiaste stoki, po których biegniemy od strzelistych turni po przeciwnej stronie. Łagodny zbieg daje chwilę wytchnienia.

Punkt z piciem Col Checrouit Maison Vieille. 75 km, 14:06:16. Przebiegam na drugą stronę grzbietu. Wielka polana usiana wyciągami musi być rajem dla narciarzy. Zbiegam pod jednym z nich i zanurzam się w las. Robi się bardziej stromo.

Col Checrouit Maison Vieille
Col Checrouit Maison Vieille  (sobota 8:10).

Kręta ścieżka jest dość trudna ze względu na wystające korzenie. Miękkie, sypkie podłoże sprawia, że z każdym krokiem unosi się chmura pyłu. Mimo to daje się sprawnie zbiegać, a to dobre urozmaicenie dla mięśni. Wybiegam z lasu. Przede mną roztacza się piękny widok na duże miasto, które rozlokowało się w malowniczej dolinie Aosty. Widok otaczających go szczytów zapiera dech w piersiach.

Courmayeur
Courmayeur (sobota 8:47)

Courmayeur. Biegnę ulicami miasteczka. Tłumy kibiców skandują “Forza, Forza”. To pewna odmiana po francuskim “Ale, ale”, choć i to też się tu dość często słyszy. Mountain Sport Center. Duży ośrodek wielka hala.

Dobiegam do strefy z przepakami. Długa aleja, pośrodku, której stoją wieszaki z workami. Przypomina mi się strefa z triathlonu. Ktoś odczytuje mój numer i kieruje mnie na lewą stronę alejki. Gdy dobiegam do miejsca, w którym wisi mój worek wolontariusz już mi go podaje. Biegnę dalej trasa skręca wokół budynku i wyprowadza mnie do wejścia na halę. Przed nim na tarasie widzę Adama, wymieniamy kilka zdań. To niezwykle ważne. W tym tłumie zawodników i wolontariuszy nie ma z kim pogadać. Mijam czytnik chipów. 79 km. 14:48:25. W środku spotykam Martę i Kubę. Tu z Chamonix można się dostać tunelem. Tak podróżują ekipy wsparcia. To tylko trochę ponad 11 km. Proszę Martę by wypłukała mi flaski, a sam idę po makaron z kurczakiem. Ciepły, większy posiłek był mi już bardzo potrzebny. Do flasków nalewam wodę i colę. Wydaje mi się, że przyczyną problemu z żołądkiem jest tutejsze izo. Nie są to jakieś poważne problemy, ale jest mi niedobrze i muszę się zmuszać by coś zjeść.

Czołówka ląduje w plecaku podpięta pod powerbank. Z przepaku wyciągam drugą porcję żeli. To dla mnie najlepsze źródło energii pomiędzy punktami, bo batony znów mi nie leżą. Na szczęście na punktach jest tyle jedzenia, że nie ma problemu. Najbardziej smakują mi buliony z ryżem lub makaronem. Buliony są w różnych smakach. Nie zapamiętałem ich nazw. Jeden podobny do naszego rosołu, a drugi ostrzejszy z jakąś taką słodkawą nutką. Nie wiem co to za przyprawa, ale bardzo mi smakował. Zbieram się. Jak na mnie spędziłem na punkcie zbyt dużo czasu. Wychodząc z hali oddaję worek. Teraz pojedzie na metę.

Courmayeur
Courmayeur (sobota 8:47)

Wybiegam ulicami miasteczka. Niska zabudowa. Kolorowe domy. Most nad rzeką Dora Baltea. Przejście pod autostradą. Zabytkowa starówka. Punkt kontrolny Place de l Ange. 80 km. 15:16:54. Oj, sporo czasu straciłem na punkcie. Kamienice, kościół. Fantastyczny widok na otaczające miasteczko szczyty. Pomału wybiegam z miasteczka. Mostek nad rzeczką. Rozkładam kijki i rozpoczynam wspinaczkę. Stromo wśród drzew. Refuge Bertone. Punkt kontrolny z piciem. Wyciągam kubeczek i biorę colę. 84 km. 16:42:37. Mam za sobą 5200 m podejść. To jest mniej więcej połowa dystansu. Znów jestem na 2000. Czas bardzo dobry, ale zmęczenie narasta. Nie ma co kalkulować trzeba napierać.

Długi trawers prowadzi falując na wysokości 1900 – 2100. Po lewej stronie, zielona, wygięta lekkim łukiem dolina. Środkiem przebiega droga. Przypomina nieco Dolinę Cichą. Oczywiście jest nieporównywalnie większa. Po jej drugiej stronie piętrzą się skaliste turnie. Staram się w ich kształtach odnaleźć podobieństwa do Tatr. Jakaś grań przypomina Granaty, inna Zamarłą Turnię i Kozi Wierch, tyle że te mają po 3,5 – 4 tysiące metrów. Pogoda wciąż jest ładna, ale wiatr daje się we znaki. Biegnę w bluzie i długich spodniach. Co jakiś czas zakładam rękawiczki. Trasa miejscami zagłębia się w żleby by w ich zagłębieniu pokonać potoki. Naprawdę piękny odcinek. Trochę przypomina szlak przez Goryczkowe Czuby. Gdy stok osłania nas od wiatru robi się zbyt gorąco, ale trudno się co chwilę przebierać. Musi mi wystarczyć regulacja suwakiem.

Gdzieś pomiędzy Refuge Bonatti i Arnouvaz.
Gdzieś pomiędzy Refuge Bonatti i Arnouvaz (sobota 13:34).

Kolejny punkt. Refuge Bonatti. 91 km. 18:21:01. Za nim głęboki żleb. Minęło południe. Chmury zaczynają się zbierać. Krótkie zbiegi i podejścia zmieniają się tak często, że nie warto chować kijków. Zza krzywizny stoku otwiera się widok na dalszą część doliny i tonący w chmurach Téte de Ferret, którego stokami później poprowadzi nasza trasa. Spoglądam na zegarek i widzę czarny ekran. Przegapiłem moment gdy skończył się prąd. Na szczęście często na niego patrzyłem, więc nie straciłem dużo zapisu. Staję na chwilę. Ściągam plecak. Odpinam od powerbanka naładowaną już czołówkę, wpinam zegarek i uruchamiam od nowa zapis. Niestety nie da się go kontynuować gdy padło zasilanie. Trudno. Trasa jest znakomicie oznakowana, a informacja na punktach dokładna. Zawsze wiem, który to kilometr i ile jest do następnego punktu, a to w zupełności mi wystarcza. Zegarek ląduje w plecaku, bo nie da się go nosić w trakcie ładowania. Przypomnę sobie o nim po jakiś dwóch godzinach.

Gdzieś pomiędzy Refuge Bonatti i Arnouvaz.
Gdzieś pomiędzy Refuge Bonatti i Arnouvaz (sobota 13:34).

Póki co zbiegamy na dno doliny do kolejnego punktu. Arnouvaz. 96 km. 19:44:03. Sędziowie każą się ubrać. Nikt nie wyjdzie bez długich spodni i kurtki. Ja już mam to na sobie. Tym razem biorę dwa kubki bulionu. Zgłodniałem. Wychodzę z punktu z garścią pełną fig i suszonych moreli. Problemy z żołądkiem odeszły w niepamięć. Krótki odcinek truchtam dnem doliny. Przechodzę przez potok i w górę. Po prawej szeroki żleb, którego dnem potężne, wielostopniowe siklawy, z hukiem toczą spienione wody.

Gdzieś pomiędzy Refuge Bonatti i Arnouvaz.
Gdzieś pomiędzy Refuge Bonatti i Arnouvaz (sobota 13:34).

Początkowo łagodnie, dalej szerokimi zakosami wspinam się na przełęcz Grand Col Ferret. Trasa przypomina mi nieco podejście z doliny Cichej na Kasprowy. Wchodzę w chmury. Chwilami widoczność spada do kilkunastu metrów. Zaczyna padać. Niezbyt mocno, ale przy mroźnym porywistym wietrze robi się nieprzyjemnie. Zakładam kurtkę przeciwdeszczową. Z bluzą pod spodem jest mi zbyt ciepło, zwłaszcza na odcinkach osłoniętych przez stok od wiatru. Trudno, to nie czas na kombinowanie. Podchodzę ciężko łapiąc oddech. Osiągam wreszcie punkt kontrolny. Szeroka przełęcz Grand Col Ferret. 101 kilometr. 21:40:45. Najwyższy punkt na trasie 2537 m n.p.m.. Sędzia skanuje numer. Szybko przebiegam na drugą stronę przekraczając granicę Szwajcarii. Szlak dość łagodnie trawersuje po stoku. Zaczynam najdłuższy, ponad 20 kilometrowy zbieg. Przestaje padać i wiatr nieco słabnie. Przystaję na chwilę żeby się przebrać. Chowam bluzę, kurtkę zamieniam na wiatrówkę. Składam kijki i wpinam w pas. Trzeba dać odpocząć ramionom. Zbiegam. La Peule. 104 km. 22:19:41. Na szczęście jest stosunkowo łagodnie. Zmęczenie sprawia, że bieg muszę przeplatać marszem. Tempo nie jest mocne, 10 – 11 minut na km. Coraz mi trudniej pokonywać kamieniste odcinki. Nogi niechętnie się podnoszą.

Podejście na Grand Col Ferret
Podejście na Grand Col Ferret (sobota 13:59).

La Fouly. Nieduża szwajcarska wioska z typowymi dla regionu domkami wtulonymi w stoki otaczających ją gór. Punkt z ciepłym bulionem. 110 km. 23:25:11. Siadam by spokojnie zjeść, nawet nie wiem kiedy mija 15 minut. Wyruszam. Jeszcze przez chwilę biegnę przez wieś, dalej przez małą zaporę i dnem doliny wzdłuż rzeki. Wejście na stok. Mała górka i zbieg do wsi Praz de Fort. Trasa przechodzi przez wieś na drugą stronę doliny. Wspina się lekko na stok. Prowadzi przez pastwisko. Z góry schodzi spore stado. Widzę, że krowy dochodząc do ścieżki zatrzymują się by przepuścić biegnących. Bardzo mnie to zaskoczyło i czułem spory dyskomfort przebiegając kilka centymetrów przed pyskiem ustępującej mi pierwszeństwa mućki. Jednak jej czarne wpatrzone we mnie oczy wzbudzały zaufanie. Gdy tylko przebiegłem ruszyła w stronę czekającego poniżej pasterza. Od tej pory powiedzenie, że ktoś lezie jak krowa straciło dla mnie sens. Zwierzęta potrafią zaskakiwać, ale to były szwajcarskie krowy. Szlak znów wraca w dolinę, przechodzi na jej drugą stronę, skręca na stok.W lesie robi się ciemno. Wyciągam czołówkę. Strome podejście prowadzi do Champex Lac. 124 km. 26:47:33. Wchodzę do ogromnego namiotu. W środku spotykam Adama i Martę. Zamieniamy kilka słów. Dowiaduję się, że Kuba postanowił się przespać. Uzupełniam flaski. Siadam na chwilę, zjadam bulion i w drogę. Znowu uciekło 15 minut.

Podejście na Grand Col Ferret
Podejście na Grand Col Ferret (sobota 13:59).

Ruszam. Pomimo iż jest niewiele po 21 miasteczko wygląda na uśpione. Poza punktem praktycznie nie ma kibiców. Biegnę nad jeziorem, w którego tafli odbijają się światła. Rozpoczyna się podejście. Wąska ścieżka. Las. Długi trawers pomału wspina się na stok . Wciąż mam na sobie długie spodnie. Na podejściu robi mi się zdecydowanie zbyt ciepło. Siadam na kamieniu by je ściągnąć. Wyprzedza mnie Kuba wyraźnie świeższy. Widać, że krótki sen bardzo mu pomógł. Już więcej się nie spotkamy na trasie. Chowam spodnie i ruszam. Mozolne podejście. Za zakrętem wyłania się widok na dolinę, po której stokach wije się świetlisty wąż. Deja vu. Przechodzę po kamieniach nad potokami. Wspinam się na grzbiet. Wychodzę ponad granicę lasu. La Giète. 136 km. 30:28:18. Jest już niedziela. W dole widać światła dużego miasta, a może kilku miast? Niebo się rozchmurzyło. Wiatr uspokoił. Jest znacznie ciepłej. Próbuję zbiegać, ale zmęczenie, noc i trudne strome zbocza sprawiają, że nie bardzo mi to wychodzi. W końcu trasa opuszcza las i schodzi na dno doliny by tunelem pod szosą wyprowadzić nas na ulice miasteczka. Mimo iż to środek nocy jest trochę kibiców. Dzwonią, krzyczą “ALE, ALE”. Nie sposób nie zebrać się do biegu. Kamienice, kościół, długa aleja i ogromny namiot.

Podejście na Grand Col Ferret
Podejście na Grand Col Ferret (sobota 14:05).

Trient. 141 km. 32:04:10. Cola, kawa, bulion, figi, kawałek żółtego sera i kromka bagietki. Ruszam. Wracam tą samą aleją. Mijam punkt ładowania zegarków Garmina, to mi przypomina by sprawdzić poziom baterii. Jest 8%. Nie ma co czekać. Podpinam pod powerbank i do plecaka. Zbiegam po schodkach nad rzekę. Nogi się buntują. Biegnę. Wzdłuż rzeki przynajmniej jest płasko. Kolejne strome podejście. Od czasu do czasu pojawiają się znaki ostrzegawcze z wizerunkiem krowy. Wcześniej też już były. Chyba gdzieś na początku, jeszcze po francuskiej stronie. We Włoszech ich nie widziałem, a na tym odcinku jest tego sporo. To miejsca gdzie trasa prowadzi wzdłuż pastwisk oddzielonych pastuchem elektrycznym. Miejscami wąska ścieżka jest odgrodzona z obu stron i trzeba naprawdę uważać. Krów wprawdzie nie widać, ale słychać z daleka charakterystyczne, delikatnie pobrzękiwanie. Zupełnie inny dźwięk od tego agresywnego, pełnego emocji, który słychać gdy dzwonią kibice. Zmęczenie sprawia, że oddech łamie mi się już na niższej wysokości. Podchodzę. Docieram do zabudowań. Les Tseppes. Znaki prowadzą do drzwi zbudowanego z kamieni i pokrytego gontem długiego budynku. Tu zlokalizowany był punkt. 145 km, 34:02:38. Serwowane w środku gorące ziemniaki, smakowały wybornie. Wolontariusze uzupełnili mi colę i wodę. Budynek był wysprzątany z iście szwajcarską precyzją i zaadoptowany tak, że dopiero po dłuższej chwili zorientowałem się, że to owczarnia ledwie wyczuwając charakterystyczny zapach pozostawiony przez jej stałych mieszkańców. Wybiegam. Przy szlaku kilka osób grzeje się przy ognisku. Zbiegam stromymi serpentynami. Kijki się przydają. Zaczynam się nimi sprawnie posługiwać również na zbiegach. Za kolejnym zakrętem dostrzegam leżące pod świerkiem kozy. Patrzyły na mnie zmęczonym wzrokiem, jakby z lekkim wyrzutem, że się przez takich jak ja wyspać się nie mogą. Rozglądam się. Powyżej na skałach w świetle czołówki dostrzegam ich znacznie więcej. Pewnie to ulubione miejsce wypoczynku tego stada. Zbiegam. Niewielki podbieg i znowu w dół. Gdzieś tu przebiega granica. Wróciłem do Francji.

Podejście na Grand Col Ferret
Podejście na Grand Col Ferret (sobota 14:05).

Zbiegam, raczej schodzę wspomagając się kijkami. Zesztywniałe mięśnie sprawiają, że coraz trudniej mi pokonywać usiane kamieniami i korzeniami ścieżki. Zaczyna świtać. Vallorcine. 152 km. 36:13:26. Ostatni punkt odżywczy. Postanawiam dłużej odpocząć. Robię lekki masaż. Delikatnie rozciągam mięśnie. Spać mi się nie chce, jestem rozbudzony pomimo zmęczenia. Zupełnie inaczej niż na Siedmiu Szczytach. Zjadam drugą porcję bulionu i wychodzę. Straciłem 35 minut, ale myślę, że naprawdę potrzebny mi był ten odpoczynek.

Podejście na Grand Col Ferret
Podejście na Grand Col Ferret (sobota 14:05).

Zesztywniałe mięśnie mocno protestują. Zmuszam się do biegu. Po chwili ból przechodzi. Biegnie mi się całkiem nieźle. Na tym odcinku jest w miarę płasko. Ścieżka prowadzi wzdłuż torów. Miejscami odchodzi w las, pnie się lekko po stoku, to znów opada. Przy Col des Montets zaczyna się drugi zmieniony odcinek. Zamiast przejść przez szosę trasa wspina na stok i prowadzi do Tré le Champs 157 km. 37:51:05. Tu pod bacznym okiem obsługi biegu przechodzę przez szosę i rozpoczynam ostatnie długie podejście.

W drodze do Tré le Champs
W drodze do Tré le Champs (niedziela 7:38).

Ostatni raz sięgam po kije. Podchodzę stromo przez las. Poranne słońce bajecznie rozświetla szczyty znajdujące się po przeciwnej stronie pogrążonej jeszcze w cieniu doliny. Góruje nad nimi potężny masyw. Najwyższy na kontynencie. Majestatyczny. Iskrzący w promieniach słońca. Niezapomniany. Każda polanka, każdy prześwit między drzewami to raj dla oczu. Powód by choć na chwilę przystanąć. Na ten widok czas traci znaczenie. Im wyżej tym piękniej, tym szersza panorama. Cudowny poranek. Trawersujemy. Gdzieś w dole przycupnęło Argentière. Powyżej Aiguilie des Grands Montes i górujący nad nim Aiguille Verte. Na prawo, w okowach lodowca Mont Blanc. Trasa faluje po stoku. Schodzimy w jakiś żleb. Mijamy potok. Znów się wspinamy. Wychodzimy, w końcu ponad granicę lasu. Przede mną szeroka kotlina otoczona skalistymi turniami. Pierwotnie jej dnem miała prowadzić trasa, zmieniona z uwagi na zagrożenie lawinowe. Dostrzegam jakiś ruch na przeciwległym stoku. Trzy sylwetki. Jedna ucieka dość szybko. Wygląda na samca, który przegrał pojedynek. Kozice? Nie, wydają się są zbyt potężne, krępe. Przypuszczam, że to muflony. Poruszają się niesamowicie, ale chyba nie z taką gracją.

W drodze do Tré le Champs
W drodze do Tré le Champs (niedziela 7:38).

Idę skrajem kotliny. Tu już jest sporo turystów. Szerokie drogi. Mnóstwo wyciągów. To miejsce z pewnością kochają narciarze. Słońce zaczyna solidnie przygrzewać. Na otwartej przestrzeni czuje się jego moc. Dopingowany przez grupy kibiców zbieram się w sobie. Jeszcze kilka kroków. Żwawiej pracuję kijkami. Ostatnie podejście, ostatni żel. Wypłaszczenie, namiot, punkt z piciem. La Flégère. 163 km. 40:23:29. Zapas płynów mam dostateczny, tylko biore kubeczek coli i wychodzę. Teraz już tylko w dół. Zbiegam szutrówką. Nawet całkiem mi to wychodzi. Kijków mimo wszystko nie chowam. Niosę w rękach. Mam przeczucie, że jeszcze mi się przydadzą. Zdecydowanie się do nich przyzwyczaiłem, zdążyłem je nawet polubić. Mijam grupki schodzących turystów. “Ale, ale” zagrzewa do boju.

Chamonix
Chamonix (niedziela 11:56).

Taśmy wskazują, że trasa skręca w wąską ścieżkę prowadząca przez las. Na szczęście. Marzyłem o cieniu. Płaski kawałek po stoku i w dół serpentynami. Zbiegam na przemian z marszem. Słyszę znajomy głos. Arek. Taki świeżutki jakby dopiero wyszedł na poranną przebieżkę. Zamienimy kilka słów. Pytam go żartem czy na mnie zaczeka. Uśmiecha się tylko i pomyka w dół. Lepiej rozłożył siły. Zachował więcej świeżości. Próbuje zbiegać. Jak jest równo nie ma problemu, ale kamienie, korzenie, drewniane schodki urastają do sporych przeszkód. Za to już całkiem sprawnie używam kijków. Wspierając się na nich przenoszę nogi ponad korzeniami.Oznakowanie na całej było naprawdę świetne. Nigdzie nie miałem nawet cienia wątpliwości. Nie sprawdzałem z trakiem. Zbiegam. Na stromych odcinkach wspomagam się kijkami. Pozostawiam za sobą kolejne zakosy. Ścieżka skręca wzdłuż stoku i robi się bardziej łagodna. Coraz wyraźniej słychać muzykę i przebijający się głos spikera. Nad potokami są już mostki, a pod nogami gładka nawierzchnia. Pojawia się asfalt. Pierwsze zabudowania. Dobiegam do biegnącej dnem doliny ruchliwej szosy. Przechodzę nad nią wspinając się po schodach postawionego specjalnie na tę okazję rusztowania. Zejście studzi emocje. Nic to.

Chamonix
Chamonix z Anią (niedziela 11:56).

Wracam do truchtu. Podbiega do mnie jakaś urocza dziewczyna i pyta czy może ze mną pobiec. Jestem bardzo zaskoczony, delikatny, miły głos i mówi po polsku. Na tym etapie wsparcie drugiej osoby trudno przecenić. Biegniemy wzdłuż potoku L’Arve. Dziewczyna widząc, że jej nie poznałem zdejmuje ciemne okulary i mówi “Anka jestem, nie poznajesz?”. Fakt, to przez te okulary. Wiedząc z kim biegnę robi mi się jeszcze lżej. Nawet próbuje rozmawiać. Dowiaduję się, że biegła PTL. Mijamy punkt odbioru pakietów, halę z przepakami. Prawie już wysprzątany teren ekspo. Jeszcze jedna kładka z rusztowań. Schody nad ulicą. Tym razem nawet w dół udaje mi się zbiegać. Szpaler kibiców. Nieustający doping. Dołącza do nas Mirek. Emocje sięgają zenitu. Adrenalina sprawia, że tracę poczucie zmęczenia, nie czuję bólu mięśni. Przyspieszam, a może tak tylko mi się wydaje. Biegnę środkiem ulicy. Wokół malownicze kamieniczki, kawiarnie, restauracje i tłumy. Trasa skręca wraca nad kanał L’Avre. Mirek biegnie na metę, by tam zaczekać. Ania wciąż przy mnie. Szpaler kibiców odgrodzony płotkami. Uderzają rytmicznie w reklamy. To charakterystyczne dla tego biegu. Skręt w prawo.

Chamonix
Chamonix (niedziela 11:57).

Ostatnia prosta. Przede mną słynna brama mety. Ania, gdzieś zniknęła. Szkoda. Niesiony dopingiem wpadam na metę. Chamonix. Place du Triangle de L’Amitié. Start i meta. Udało się domknąć pętlę. Czas 41:57:10. Mirek robi zdjęcia. pojawia się Ania i Sebastian. Gratulują, coś do mnie mówią. Ktoś prosi byśmy przeszli z mety na bok.

Chamonix
Chamonix (niedziela 11:57).

Rozmawiamy. Mirek zabiera mi numer i gdzieś znika. Stoimy, rozmawiamy. Czuje jak wszystko odpływa. Zmęczenie i ból powraca, zaczynam odbierać sygnały z zewnętrznego świata. Mirek wraca z piwem i kamizelką finiszera. Zimny napój przyjemnie chłodzi.

Chamonix
Chamonix – Mirek uchwycił moment gdy przekraczam linię mety.

Czuję się jak pilot Pirx wpadający w pętle czasowe. Pamiętam minę Mirka, gdy jako czwarta drużyna wbiegłem z Bogdanem na metę II Biegu Rzeźnika w Ustrzykach. To był mój pierwszy ultra, pierwszy bieg w górach. Teraz po 15 latach na mecie w Chamonix Mirek, znów widzę jego uśmiech. Tylko nie jest już taki zdziwiony. Nie wiem czy jakiś scenarzysta potrafiłby wymyślić bardziej nieprawdopodobny wątek. Ogromne podziękowania za wspólny finisz i opiekę na mecie. Bez Waszego wsparcia byłoby dużo ciężej. 

Ania z Mirkiem zaraz wracają ze znajomymi do kraju. Czekali tylko na mnie. Jadą doliną w stronę Szwajcarii i mogą mnie zabrać do Argentière. Mirek znów mi pomaga, idzie odebrać mój przepak (a to dobry kilometr) i po samochód by podjechać bliżej rejonu mety. Ania z Sebastianem w międzyczasie prowadzą mnie na miejsce gdzie podjedzie. Ja mam tylko ochotę usiąść i przysnąć. Nie jestem w tym momencie najlepszym towarzyszem, ale oni to świetnie rozumieją. Też pokonali niejedną trasę. Są twardzi i doświadczeni.

Trasa z mojego zegarka (po uproszczeniu i redukcji punktów).

Sebastian zostaje poczekać na Edytę z Adamem i Zbyszka, a ja z Anią, Mirkiem i ich znajomymi jadę na kwaterę. Wchodzę z trudem po schodach. Kuba już śpi. Idę pod prysznic. Nie jest to łatwe. Buty i ciuchy wystawiam na balkon. Kładę się, zasypiam.

Zachód słońca nad Argentière
Zachód słońca nad Argentière

Budzę się po 3-4 godzinach. Sięgam po kupione przezornie w piątek piwo. Wraca reszta ekipy. Wszyscy z naszej grupy ukończyli. To spory sukces zważywszy iż nie ukończyło ponad 30% startujących. Wymieniamy się wrażeniami, rozmawiamy. Zgłodniałem. Poczułem apetyt na solidny kawałek mięsa. Idę poszukać czegoś odpowiedniego. Niestety otwartych jest niewiele lokali. Większość czeka na zimę. Wszędzie pełno ludzi. Brak wolnych stolików. Biorę pizzę na wynos i wracam. Po dwóch dniach bulionowo – żelowej diety muszę czymś ciepłym i konkretnym wypełnić żołądek.

Argentière z wagonika kolejki na Aiguilie des Grands Montes
Argentière z wagonika kolejki na Aiguilie des Grands Montes

Kładziemy się. Sen nie nadchodzi. Próbuję czytać, ale oczy są zbyt zmęczone. Wiercę się, staram jakoś ułożyć. Przysypiam i budzę się co chwilę. Rano większość pakuje się i rusza samochodem do domu. Ja z Martą i Kubą mamy trochę czasu.

Aiguilie des Grands Montes
Aiguilie des Grands Montes (3300 m n.p.m.) widok na kocioł lodowca Glacier des Rognons 

Po spakowaniu, parę minut przed 9:00 zbieram się i idę do kolejki. Chcę wjechać na Aiguilie des Grands Montes, by z wysokości 3300 m n.p.m. popatrzeć na Alpy. Jestem pierwszym pasażerem. Czekam cierpliwie, aż operator wagonika wszystko sprawdzi, ustawi. Ruszamy. Podziwiam widoki. Robię zdjęcia. Na stacji przesiadkowej mam 10 minut by wyjść i się rozglądać. Wjeżdżam do stacji końcowej. Wychodzę. Termometr na ścianie budynku wskazuje -3. Z góry patrzę na jęzor lodowca. Po metalowych schodkach wspinam się na taras widokowy. Samotnie stojąc patrzę na dolinę i otaczające ją wzgórza. Mont Blanc tonie w chmurach, nie będzie dane mi dziś go zobaczyć. Może kiedyś?

Aiguilie des Grands Montes
Aiguilie des Grands Montes – widok na Tour Salière, Pointes d’Aboillon, Le Luisin.

Ogarnia mnie smutek, melancholia. To był fantastyczny wyjazd. Jak wszystko co piękne szybko minął. Zatrze się wiele szczegółów, ale pozostanie wspomnienie, zdjęcia i ludzie, z którymi przyszło mi dzielić te chwile. Myślę też o tych, którzy przez te dwie doby śledzili mój bieg w internecie. Dziękuję w myślach za popychanie kropki. Nie macie pojęcia jak pomaga świadomość, że ktoś gdzieś, siedzi i patrzy w monitor dopingując z całych sił. Zwłaszcza drugiej nocy, gdy biegnie się już tylko głową, to działa wyjątkowo na wyobraźnię.

Aiguilie des Grands Montes
Aiguilie des Grands Montes – Mont Blanc w chmurach, w dole Chamonix

Myślę o tym co sprawia, że decyduję się na takie wyzwania. Kontakt z przyrodą, jakaś pierwotna potrzeba poznania, przemierzenia trudnych do zdobycia terenów. Siła, która sprawiła, że nasi przodkowie wyszli z Afryki i opanowali cały glob. Nie wiem. Za każdym razem stawiam sobie to pytanie, a odpowiedź pozostaje w leśnych ostępach, krętych ścieżkach, zieleni traw, szumie strumieni, majestatycznych turniach, łoskocie kamiennych lawin, promieniach wschodzącego słońca, czerwieni zachodu i gwiazdach wypełniających niebo w bezksiężycową noc. Przenikliwy chłód wyrywa mnie z zamyślenia. Robię kilka zdjęć i zjeżdżam.

Chamonix
Chamonix

Jedziemy do Chamonix. Robię ostatnie zakupy. Kilka serów, suszoną kiełbasę. Flixbus wiezie nas do Szwajcarii. Bagaże zostawiamy w przechowalni na dworcu i ruszamy w miasto. Genewa robi wrażenie. Zwłaszcza fontanna. Pogoda jest ładna. Spacerujemy wzdłuż nadbrzeża. Wchodzimy na wzgórze w głąb starego miasta. Zwiedzamy katedrę. Czas szybko ucieka. Lecimy do domu.

Genewa
Genewa

Tuż po starcie w oknie pojawiają się Alpy. Pomarańczowe w promieniach zachodzącego słońca. Lecimy na północny-wschód. Nie mogę oderwać oczu. Widok jest niesamowity. Szybko robi się ciemno.

Alpy z lotu ptaka w ostatnich promieniach słońca
Alpy z lotu ptaka w ostatnich promieniach słońca

Mnie wciąż dręczy pragnienie by zjeść solidny kawałek mięsa. Zamawiam obiad. Panierowana pierś z kurczaka. Myślałem, że będzie drogo, ale skromna wprawdzie za to bardzo smaczna porcja obiadowa kosztowała 15 zł. Oczywiście nie o tym marzyłem, ale przynajmniej zaspokoiłem głód. Dopiero na drugi dzień odwiedził mnie syn i spełnił moje kulinarne marzenie przygotowując porządną porcję steków.

Wymarzone steki
Wymarzone steki

Podsumowując, zająłem 982 miejsce na 1778, którzy z 2561 startujących ukończyli bieg. Byłem 114 w kategorii V2H. Średnio pokonywałem 4,1 km/godzinę co dało tempo 14:48 minut/km. Zegarek zarejestrował 241290 kroków i 2062 piętra w górę.

zdjęcia z biegu maindruphoto.com