Bieg Granią Tatr

Trylogia Tatrzańska II
Bieg Granią Tatr

To był bieg czterech żywiołów.

  • Ziemia – nie masz większej potęgi od tej, która góry strzeliste i czarne turnie wyniosła.
  • Powietrze – halny dyktował warunki. Targał, szarpał, przewracał.
  • Ogień – słońca promienie żar z nieba zesłały.
  • Woda – ściana deszczu, miliardy kropel tworzą strumienie, potoczki i potoki by wezbrawszy u ujścia doliny w wodogrzmotach swą moc i siłę okazać.
Bieg Granią Tatr
zdjęcie Magdalena Stawiszyńska

Sobota 19 sierpnia 2017, 2:15 wychodzę w stronę Centralnego Ośrodka Przygotowań Olimpijskich przed, którym czekają na nas autokary. Noc jest pogodna i ciepła tylko silny wiatr huczy w gałęziach. Przemierzam puste ulice Zakopanego. Z uwagi na silny wiatr po raz pierwszy na zawody latem założyłem Buff, a ponieważ w dzień gdy będzie słońce preferuję czapkę z daszkiem założyłem ją na wierzch. To nie był zbyt dobry pomysł, bo nawet nie poczułem kiedy odfrunęła. Cóż przeminęło z wiatrem. Jak prognozy się sprawdzą będzie okazja przetestować czy buff chroni dostatecznie przed słońcem. Docieram na ulicę Bronisława Czecha (nocowałem na Heleny Marusarzówny). Autokary czekają. Wchodzę do pierwszego. Jest prawie pełny. Zajmuję miejsce i po krótkiej chwili ruszamy. Po drodze zjadam śniadanko, dwa banany i baton. Za oknem ciemno. Nic nie widać. Autobus skręca w lewo w ciemną wąską drogę, na końcu której widać w oddali światła. Siwa Polana. Wysiadamy. Dochodzimy do miejsca, gdzie znajduje się wejście na teren Wspólnoty Leśnej Uprawnionych Ośmiu Wsi z siedzibą w Witowie. W dzień na placu stoją dorożki, obok wypożyczalnia rowerów i miejsce z którego odjeżdża kolejka traktorowa “Rakoń”. Bufety, karczma, sklepiki, gwar, ruch, śmiech dzieciaków, tłum, kolejka po bilety. Teraz, trochę po trzeciej jest cisza i spokój, mimo iż przyjechało już kilkaset osób. Kilka miejsc delikatnie oświetlonych czołówkami. Ciche rozmowy. Skupienie. Od czasu do czasu komunikat od organizatora. Najgłośniejszy jest wiatr, który w konarach smreków szumi. Wystarczy odejść kilka kroków by poza zasięgiem świateł popatrzeć na niesamowicie rozgwieżdżone niebo. Dawno nie widziałem takiego nieba. Ostatnio dwa lata temu na Łemkowynie. Oddaję przepak i ustawiam się w kolejce do wejścia do strefy startu. Każdy musi okazać obowiązkowe wyposażenie.

Bieg Granią Tatr
zdjęcie Magdalena Stawiszyńska

Odliczanie i start. Ruszamy. Początkowo do polany Huciska asfaltową drogą. Pamiętam czasy gdy do tego miejsca można było dojechać PKS’em. Dalej już po kamieniach drogą typową dla tatrzańskich dolin. Światło czołówek sprawia, że niewiele widać poza drogą, ale za to biegnie się dobrze. Tempo ok 6 min/km. Jest ciepło, tylko miejscami blisko potoku są miejsca zdecydowanie chłodniejsze. Po 45 minutach mijam wejście do schroniska na polanie Chochołowskiej. Zaczyna się podejście na Grzesia. Jest dość łagodne. Początkowo wzdłuż strumienia, później zakosami przez las. Niebo robi się coraz jaśniejsze. Zaczyna świtać. Ponad granicą lasu, szlak wchodzi w kosówkę. Porywy wiatru robią się coraz mocniejsze. To znaczy pewnie są takie same, ale niżej się tego nie odczuwało. Kopuła Grzesia. Punkt kontrolny. Sędziowie spisują numery. Tu wieje już dość solidnie. Na szczęście kosówka osłania. Długi Upłaz. Patrzę na wschód. Z za horyzontu wyłania się tarcza słoneczna. Fantastyczny widok. Zachodów w Tatrach widziałem już wiele, ale to mój pierwszy wschód słońca.

Bieg Granią Tatr
zdjęcie UltraLovers – Jacek Deneka

Na tym odcinku daje się biec. Na odkrytych przestrzeniach wiatr z Doliny Rohackiej mocno daje się we znaki. Halny. Jest nie tylko silny, ale i przenikający. Niby w biegu jest mi ciepło, mam jednak świadomość, że taki wiatr wychładza. Nie chcę tracić energii, zakładam kurtkę. Dochodzę do wniosku, że to był dobry pomysł, iż oprócz kurtki przeciwdeszczowej, zamiast cieplejszej bluzy zdecydowałem się na drugą kurtkę, przeciwwiatrową. Przy takim wietrze bluza by nic nie dała. Poza tym to moja szczęśliwa “Rzeźnicka” kurtka. Wspinam się na Rakoń. Na szczycie za obiektywem znajoma twarz – Jacek Deneka. Kurtka Łopocze. Wiatr w porywach wytrąca z równowagi, sprawia że ciężko jest nawet iść. Kurtka łopocze, a ja pochylony napieram. Jak się później dowiedziałem wiatr osiągał 80 km/h. Podejście na Wołowiec. Najpiękniejsza panorama Rohaczy. Czerwone słońce nad horyzontem bajecznie podkreśla kontur Kominiarskiego Wierchu. Podjadam batona. Wspinam się. Miejscami wiatr w plecy pomaga. Czuje jak pcha mnie pod górkę. Naprawdę jest mocny. Wołowiec. Na zegarku nieco ponad 2 godziny. Jestem zadowolony. Zbieg dość trudny, ale stok osłania przed wiatrem. Wąska ścieżka na Dziurawej Przełęczy, trawers Łopaty. Tu już wiatr rozpędzony w Dolinie Jamnickiej wraca z pełną mocą. Niska przełęcz i 300 metrów w pionie na Jarząbczy Wierch. To chyba najbardziej mozolne podejście.

Bieg Granią Tatr
zdjęcie UltraLovers – Jacek Deneka

Kapryśny wiatr chwilami pomaga, chwilami próbuje zrzucić ze ścieżki. Trzy godziny od startu. Słońce zaczyna ogrzewać. Na szczycie sędziowie. Wskazują drogę, wspierają ciepłym słowem, zapewniają poczucie bezpieczeństwa. Nie wymienię wszystkich punktów gdzie stali bo było ich wiele. Chyba każde miejsce gdzie były skrzyżowania szlaków było obstawione. Perfekcja. Nie sposób zabłądzić nawet gdyby była potężna mgła. Poza tym w miejscach trudniejszych lub takich, w których były ścieżki czy drogi poza szlakiem używane przez leśników i strażników były chorągiewki. Żółte na właściwej trasie i czerwone na pozostałych. Trasa oznakowana naprawdę wzorcowo. Do tego ten pomysł, że sędziom można zostawiać śmieci. Początkowo wydawał mi się kontrowersyjny. W końcu mogę sam wynieść swoje opakowania po żelach i batonach. Zawsze jedną kieszeń i to zasuwaną przeznaczam na śmieci. Chodzi o to by rozdzielić kieszenie do których się coś wkłada od tych, z których się wyjmuje, bo lekkie opakowania łatwo wypadają gdy się próbuje wyjąć coś innego. Jednak jak się nad tym zastanowić to tylko z pokorą pochylić głowę i podziękować. Stosunkowo łagodny zbieg, małe wzniesienie, przełęcz, łagodne podejście na Wierch Kończysty. Tutaj odchodzi szlak na Wierch Trzydniowiański. Sędzia kieruje w inna stronę, na przełęcz Starorobiciańską. Stąd ostatnie w tej części trasy ciężkie podejście. Wiatr nie ustępuje, ale jest już na tyle ciepło, że kurtka ląduje w plecaku. Słońce zaczyna przejmować inicjatywę. Starorobociański 2176 m n.p.m. najwyższy szczyt polskich Tatr Zachodnich. Trudny zbieg na Raczkową Przełęcz. Stromy stok, żwir i drobne kamienie uciekają spod stóp. Biegnę ostrożnie, ale jednak biegnę. Starty w górach i treningi w trakcie urlopu przyniosły efekt. Raczkowa Czuba, Siwa Przełęcz. Wbiegam w pasmo Ornaku. Szlak wchodzi w piarg i Siwe Skałki na Zadnim Ornaku. Własnie minęły cztery godziny.

Bieg Granią Tatr
zdjęcie Nie Ma Lipy – Krzysztof Lipiński

Długi trudny technicznie zbieg po dużych kamieniach na Iwaniacką Przełęcz. Pamiętam jak w Karkonoszach męczyłem się w takim terenie. Wiem, że nie jestem w tym mistrzem, ale poczucie, że się robi postępy buduje. Nie wolno jednak ani na chwilę zapomnieć o koncentracji i ryzyku jakie niesie takie zbieganie. Stojący przy szlaku plecak goprowca z wystającymi szynami do usztywniania kończyn dobrze o tym przypomina. Oby ten sprzęt okazał się zbędny. Pojawiają się pierwsi turyści. Ustępują z drogi. Dopingują. Wiatru już tylko słychać. Stok Ornaku i las skutecznie nas osłaniają. Dobra droga. Biegnę. Jeden mostek, drugi i polana. Na skraju pod lasem schronisko na Hali Ornak. Mijam bramkę pomiaru czasu i wpadam na punkt żywieniowy. 4:49:11. Kanapka z serem, brzoskwinie, jakieś ciasteczka. Popijam colę, uzupełniam softflaski i w drogę. W głowie kołaczą się myśli. Trochę się boję czy nie przegiąłem. Dwadzieścia pięć minut szybciej niż na treningu, a to dopiero początek, wtedy mi został już tylko zbieg do Kir. Fakt, że był upał, dobrze ponad 30 stopni. Czuje się dobrze. Adrenalina robi swoje. Trasa odbija w Dolinę Tomanową. Szeroka droga, chłód lasu, szum potoku. Długi, prosty odcinek łagodnie się wznosi pod stok Ciemniaka. Białe, wapienne skały lśnią w porannym słońcu. Szeroka polana, ostry skręt w lewo w las. Na wprost odchodzi szlak na przełęcz Tomanową. Wspinamy się. Las rzednie, drzewa robią się coraz niższe. Zaczyna królować kosodrzewina. Odsłania się widok na krasowe urwiska. Szlak trawersuje nad Kociołkami pnąc się mozolnie na Kazalnicę. Pod nami dolina upstrzona skałami, kryjąca dziesiątki jaskiń, schodząca do Kościeliskiej przepięknym Wąwozem Kraków. Gdzieś przy Czerwonym Źlebie dostrzegam znajome postacie. Zbiegają pod prąd, entuzjastycznie dopingując. Ania i Robert Celińscy na porannym treningu. Robert mnie nie poznał. Postarzałem się przez te kilka lat i ogoliłem. Do tego w buffie na głowie. Przywitałem się, zamieniłem kilka słów i w drogę, przez Wysoki Grzbiet. Dalej trawersem wśród kosodrzewiny docieram do Chudej Przełęczy by skręcić na szlak wchodzący Twardym Upłazem na Ciemniak. Tu na otwartej przestrzeni wiatr przypomniał o sobie, teraz pomału to słońce się robi problemem. Piję dużo. Kończy się Izo w softflaskach, na szczęście w bukłaku jest jeszcze pełno.

Bieg Granią Tatr
zdjęcie Pokonaj Astmę – Bartłomiej Trela

Czerwone Wierchy. Komfortowy odcinek. Zbiegam na Mułową Przełęcz, pokonuję Krzesanicę i znowu w dół na Przełęcz Litworową. Minęły dwie godziny odkąd wyruszyłem z Hali Ornak. Na tym Odcinku różnice wzniesień są niewielkie, a szlak szeroki. Biegnie się bardzo dobrze. Wiatr wciąż słabnie. Trochę szkoda, bo na tym odcinku głównie wieje w plecy. Za to słońce rozkręciło się na dobre. Biorę żel przed podejściem na Małołączniak. Tu już jest trochę turystów. Są bardzo pozytywnie do nas nastawieni. Ustępują z drogi, dają się wyprzedzać i dopingują nas słowem lub gestem. Podnoszą poziom adrenaliny. Są oczywiście też sędziowie i skryci za obiektywami fotografowie. Kopa Kondracka, przełęcz Pod Kopą. Stacja meteorologiczna na Kasprowym staje się coraz bardziej wyraźną. Wąska ścieżka lawiruje pomiędzy kosówką i skałkami. Odcinek przez Suche i Goryczkowe Czuby należy do ładniejszych, ale jest też dużo trudniejszy. Miejscami trzeba się piąć po skałach. Wapień, pomimo iż wciąż są to Tatry Zachodnie został wyparty przez granit. Tu znajduje się czapka tektoniczna zwana Wyspą Krystaliczną Goryczkowej. Szorstka faktura daje dobre oparcie. Wspinam się na kopułę Kasprowego, lecz nie osiągnam szczytu. Wcześniej żółte chorągiewki oraz sędziowie kierują mnie na skrót do Suchej Przełęczy. Słuszna decyzja. Kasprowy jest mocno zatłoczony. Zresztą tędy prowadzi czerwony szlak. Minęła ósma godzina biegu. Widzę, jak nad Tatrami po stronie słowackiej zbierają się ciemne chmury.

Bieg Granią Tatr
zdjęcie Bieg ultra Granią Tatr – Marcin Balicki

Z Suchej Przełęczy nad kotłem Kasprowym dość sprawnie zbiegam do Doliny Gąsienicowej. Kamienie, kosówka, przejście nad strumykiem, szpaler kibiców. Wpadam do punktu przy Murowańca. 8:21:55. Od poprzedniego punktu tylko nieco ponad trzy i pół godziny. Zostaję tu chwilę by się posilić. Pomidorowa z makaronem zawsze mi dobrze robi. Do tego ciasteczka i jakieś owoce. Uzupełnienie Izo, kubeczek coli, na tym odcinku było dosyć gorąco. Termometr pokazał 28 stopni. Wyruszam przez las na stok Żółtej Turni. Mijam potok schodzący z Czarnego Stawu, cieszę się cieniem rzucanym przez drzewa. Granica lasu, kosówka i piargi. Głazy pokrywają żółte porosty. Od nich ten masy przyjął swą nazwę. Zagłębiam się w Pańszczycki Żleb, pokonuję stroma ściankę, mijam Żółty Potok i wspinam sie przez Dubrawiska. Podziwiam panoramę doliny suchej wody. Patrzę za siebie. Kasprowy Wierch, Kościelce, Świnica. W dole wśród drzew zielony dach schroniska. Szybko się od niego oddaliłem. Dziewiąta godzina w trasie. Zejście w Dolinę Pańszczycy, Czerwony Staw. Odsłania się widok na Buczynowe Turnie, Ptak, Kopa nad Krzyżnem i przełęcz Krzyżne. Z Doliny Pięciu Stawów przewala się chmura nad grzbietem. Widać, że deszczowa prognoza się sprawdzi. Oby dotrzeć jak najdalej. Piargi, głazy, skałki. Ścieżka prowadzi wzdłuż stoku Koszystej. Po skale wspinam się przez próg do górnego piętra doliny. Typowy kocioł polodowcowy, wysłany głazami. Po płytach daje się biec, a gromadzące się chmury motywują. Spadają pierwsze ciężkie krople W głębi doliny za Wielką Kopką zaczynam się piąć po skałach. W takim terenie szybko nabiera się wysokości. Ostatnie zakosy po drobnych kamieniach i sypkim żwirze i przełęcz. Sędziowie, fotograf, gromadka turystów. 9 godzin 56 minut, z czasów na treningach to nie wynikało. Naprawdę marzyłem by znaleźć się tu przed czternastą. Zgodnie z prognozą właśnie od czternastej ma zacząć padać. Słońce ustąpi, a góry we władanie przejmie ulewny deszcz. Na razie tylko kropi, ale widzę co wisi nad Doliną Pięciu Stawów. Nie mam złudzeń. Uciekam w dolinę. Strome, bardzo zniszczone zejście. Sypki gruz. Żwir osuwający się przy każdym kroku. Pełna koncentracja, skupienie. Trzeba być bardzo ostrożnym.Przestało kropić, lunęło. Deszcz stał się gęsty i błyskawicznie zrobiło się zimno. Zakładam kurtkę. Pora sprawdzić czy naprawdę jest tak wytrzymała. I schodzę. Jakiś trzaski, kilka uderzeń. Jakieś pięćdziesiąt metrów przede mną przelatuje spory kamień nad szlakiem i ląduje w żlebie. Pewnie go strącił ktoś z Orlej Perci. Skupiam się by jak najszybciej gubić wysokość. O zbieganiu oczywiście nie może być mowy. Nie w tym terenie, przynajmniej dla mnie. Rozbłysk. Potężny huk odbijający się echem wśród turni. Ściana deszczu. Ja mijam jakiś turystów, a mnie wyprzedza jakiś zawodnik. Szlak mija Szeroki Żleb Buczynowy i trawersuje w poprzek Buczynowej Doliny. Deszcz nieco zelżał, ścieżka po głazach wygląda stabilnie. Próbuję biec. Chmury na chwilę odsłoniły Granaty, Buczynową Strażnicę i Kozi Wierch. Potężny, ciemny masyw wygląda imponująco. W dole Wielki Staw. Od Liptowskich Murów nadciąga porcja czarnych chmur. Kolejny mały garbik. Szlak wśród kosówek sprowadza nad staw. Biegnę.Tu znów jest sporo turystów. W foliowych płaszczach kuląc się uciekają przed deszczem. Moja kurteczka daje radę. Jest mi sucho i ciepło. Tylko nogi przemoczone, ale uznałem, że w wodoodpornych spodniach będzie mi za ciepło i zostały w plecaku.

Bieg Granią Tatr
zdjęcie Krzysiek Wolny

Mostek nad Siklawą, Mały Staw, Przedni Staw i schronisko. Pod daszkiem tłum ludzi. Sędziowie spisują numery. Dorośli i dzieciaki coś krzyczą, biją brawo, dodają otuchy. Zbliża się jedenasta godzina od startu. Teraz już wiem, że dam radę. Najtrudniejsze za mną. Dalsza część trasy jest znacznie łatwiejsza i pozostało już tylko dwadzieścia kilometrów. W strugach deszczu, po kamieniach, ostrożnie, ale dość żwawo schodzę w Dolinę Roztoki. Szlak przecinają potoczki. Jest sporo ludzi. Są bardzo mili i mimo warunków ustępują drogi. Zdarzają się również tacy co idą pod górę, w stronę schroniska. Docieram na dno doliny. Biegnę drogą wzdłuż potoku. Wygodne, choć mokre podłoże. Szlak na chwilę odchodzi od potoku i delikatnie się wspina wśród drzew, by wrócić i mostkiem przejść na drugą stronę doliny. Dalej łagodnie prowadzi w dół. I tak jak wcześniej chwilami zagłębia się w las wspinając lekko na stok, by znów powrócić nad wodę. Dolina Roztoki jest piękna. Potok nabiera mocy, rozpędu i szerokości. Kolejny mostek. Po drugiej stronie trasa odchodzi pod górę w las by po chwili stromym zejściem dotrzeć do asfaltowej drogi. Z daleka między drzewami dostrzegam czerwone światła. Punkt przy wodogrzmotach. Zegar odlicza nam czas. Wpadam na punkt 11:49:00. Uzupełniam izo, wypijam napój energetyczny i ruszam.

Czuje się świetnie. Wiem, że mam duże szanse połamać 15 godzin. O tym marzyłem, chociaż się obawiałem, że mogę się bardzo przeliczyć. Krótki odcinek asfaltem i sędzia kieruje mnie w las. Deszcz nieco zelżał, teraz już raczej siąpi. Strome podejście prowadzi na Polanę pod Wołoszynem. Tu sędzia pilnuje by nikt nie skręcił na Rusinową Polanę. Dostrzegam Leszka, z którym przed Spartathlonem mieszkałem w hotelu w Glyfadzie. Witam się i lecę. Jeszcze trochę do góry, by zbiec do doliny Waksmundzkiej. Przejście nad potokiem, kolejna górka i w dół. Waksmundzka Rówień. Skrzyżowanie szlaków. Sędziowe. Niesamowici ludzie. W strugach deszczu, uśmiechnięci. Zagadają, dodadzą otuchy, wskażą właściwy kierunek. Ich obecność sprawia, że się czujemy bezpiecznie. Wiem, że razie kłopotów pierwsi przybędą z pomocą. Biegnę. Płaski odcinek skrajem polany, dalej las i mocniej w dół. Kilkukrotnie przekraczam Pańszczycki Potok. Psia Trawka, Sucha Woda, trochę pod górę i znowu w dół. Dobiegam do skrzyżowania szlaków. Jest bardzo blisko Toporowej Cyrhli. Odcinek wspinaczki po mokrej skale. Polana Kopieniec. Deszcz prawie nie pada. Po prawej granitowy krzyż, w oddali pasterskie szałasy. Biegnę przez polanę. Za zejściem z Kopieńca szlak wraca w las.

Bieg Granią Tatr
zdjęcie UltraLovers – Jacek Deneka

Szeroka kamienna droga okazuje się bardzo nieprzyjemna. Schodzi dość stromo, a mokre kamienie tutaj są wyjątkowo śliskie. Staram się biec poboczem. Mostek przez Potok Olczyski i ostatnie podejście. Łagodnie przez polanę, nieco stromiej w lesie. Nosalowa Przełęcz, zejście do Kuźnic. Sędziny kieruje mnie w prawo. Biegnę łagodnie w dół po kostce brukowej. Stabilne, pewnie podłoże. Ostatnie dwa kilometry. Rozpędzam się. Tempo około 5:30. Adrenalina i radość niosą jak skrzydła. Kolejny sędzia, pilnuję bym bezpiecznie przekroczył Aleję Przewodników Tatrzańskich i dalej pobiegł chodnikiem. Mijam Pomnik Hasiora, Murowanicę, Księżówkę. Wyprzedza mnie jeszcze zawodnik. Nieznacznie przyspieszam. Jest dużo szybszy. Skręt w lewo. w alejce widać bramę mety. Cisnę. Słyszę doping, słowa spikera. Wbiegam na metę. Zegar wskazuje 14:30:29. Jestem szczęśliwy. Dostaję medal, plecak finiszera, gratulacje od Jacka Deneki i pamiątkowe zdjęcie. Nawet nie czuję zmęczenia. Niesamowity bieg. Tatry moje kochane. Gdy miałem siedem lat ojciec mnie zabrał tu po raz pierwszy i od tej pory ciągle tu wracam. Do dziś pamiętam jak mi powtarzał “idź spokojnie, nie biegaj w górach to zbyt niebezpieczne”. Cóż jak widać nauka poszła w las, ale zawsze pamiętam te słowa i zdaję sobie sprawę z ryzyka, nie lekceważę gór.

zdjęcie nagłówkowe Agnieszka Faron