Jesień w górach, ŁUT 150

We wrześniu wracam na basen do treningów z Mastersami. Skupiam się na pływaniu. Odstawiam rower i mało biegam. Pod koniec miesiąca Maraton Warszawski. Forma zupełnie uciekła. Czuję słaby i zniechęcony. Ruszam na 3:45. Gdzieś ulotniła się motywacja.  Biegnie mi się całkiem dobrze. Z kolejnymi kilometrami trochę przyspieszam. W końcówce doganiam Krzyśka kolegę z Lechitów. Mówi, że nie ma sił, że już mu uciekła życiówka. Podciągam go. Dalej biegniemy razem, nawzajem się motywujemy.  Wpadamy na metę na Narodowym, Krzysiek z życiówką, a ja z dużo lepszym niż planowałem czasem 3:36:52. Czytaj dalej Jesień w górach, ŁUT 150

Pięćdziesiątka

„Nie jestem w żadnym razie doskonałym biegaczem. Znajduję się na zwykłym może nawet bardzo przeciętnym, poziomie. Ale nie o to chodzi. Chodzi o to, czy byłem, czy nie byłem lepszy niż wczoraj. W biegach długodystansowych jedynym przeciwnikiem, jakiego ma się do pokonania, jesteśmy my sami i to, jacy byliśmy wczoraj. Jednak odkąd przestałem być czterdziestolatkiem, ten system samooceny ulega stopniowej zmianie. Mówiąc wprost nie jestem już w stanie pobić własnych rekordów.”

Haruki Murakami

W październiku 2012 stałem się prawowitym zawodnikiem kategorii M50, a 11 maja 2013 zgodnie z tradycją Lechitów (bieg powinien się odbyć w przeciągu roku) pobiegłem swoją „pięćdziesiątkę” wchodząc tym samym do elitarnej kategorii „Starszych Panów”. Czytaj dalej Pięćdziesiątka

Bieg 7 Dolin

Wrzesień, Festiwal Biegowy w Krynicy. Trzecia nad ranem. Ciemno, pada. Startuję w Biegu 7 Dolin. We mgle podbiegam na Jaworzynę, dalej w dół do Rytro. Słońce wychodzi zza chmur. Mijam hotel – metę Maratonu Wyszehradzkiego. Pnę się pod górę. Przehyba, Radziejowa, Rogacz i w dól do Piwnicznej. Jestem zmęczony, biegnę spokojnie, mam do limitu bezpieczny zapas. Łomnica, Wierchomla, Szczawnik i Runek. Robi się szaro gdy zbiegam. Okrzyki, oklaski na chwilę przyspieszam biegnąc deptakiem na metę w Krynicy. Kolejny udany bieg, 100 km po sporych górach, czas 15:44, kolejny udany bieg.

Rzeźnik no 6

Początek czerwca, Bieszczady, 3 nad ranem idziemy na start w Komańczy. to już mój szósty Bieg Rzeźnika. Tym razem biegnę z Wojem – Lechitą. Plany ambitne, mocny początek, do Cisnej. Później długie podejście na Okrąglik. Zaczyna boleć mnie biodro, nie mogę utrzymać tempa. Smerek i Połoniny to prawdziwa mordęga. Tylko dzięki determinacji i pomocy Woja po 13 godzinach docieram do mety w Ustrzykach. Nie martwię zbytnio bo znam przyczynę. To skutek urazu sprzed dwóch tygodni po potrąceniu przez samochód. Jechałem ulicą do pracy. Z drugiego kierunku samochód skręcał na stację benzynową. Zatrzymał się przy osi jezdni. Gdy przejeżdżałem przed maską ruszył. Kierowca mnie nie zauważył. Wiem, że miałem dużo szczęścia, prędkość była mała, a ja dość szczęśliwie wylądowałem na masce. Pozostały siniaki i potłuczenia, ale to nic poważnego.

zdjęcia serwis biegrzeznika.pl