Sudecka Setka

Od Biegu Rzeźnika minęły trzy tygodnie. Udało mi się odpocząć,. Zdecydowanie zmniejszyłem dystanse i tempo. Oczywiście nie odpuściłem sobie startów. Ok 6 km w Parku Moczydło na Woli, Mazowiecka Piętnastka i Kabaty. Tu zaskoczenie, życiówka 39:31 w półtora tygodnia po Bieszczadach.

17 czerwca 2005 roku Boguszów Gorce. Na stację dojeżdżam przed siedemnastą. Idę pod górę w stronę rynku. Malownicze miasteczko, śliczna okolica. Ratusz – biuro zawodów. Rejestruję się, odbieram numer, jak zwykle spotykam wielu znajomych. Ech! ta potęga Internetu.  Widzimy się po raz pierwszy, a jakbyśmy się od dawna znali. W prawdzie większość już znam z innych biegów, ale i tak wcześniej poznaliśmy się na biegajznami.pl.

Przed startem - Ydur, Konroz, Ziebol, Bennet
Przed startem – Ydur, Konroz, Ziebol, Bennet

Czas leci zbiera się coraz więcej osób, zaczyna się robić ciemno. Nie mam pojęcia jak biec, rozmawiam z Wirkiem i Yurem – oni znają tę trasę. Wirek biegnie po raz dziewiąty i planuje poprawić życiówkę – pobiec poniżej 14 i pół godziny. Przyłącza się do nas Bennet biegnący nocny maraton i Ziebol, który również chce pobiec całość. Trochę się obawiam, mam w pamięci relację Marcina70 i znam zeszłoroczny czas Ydura, a po Rzeźniku wiem, że twardy z niego zawodnik. Postanawiamy ruszyć razem. W nocy warto mieć doświadczonego przewodnika, a w grupie raźniej. Najwyżej później odpadnę, gdy sił zabraknie. Zawsze można zejść po maratonie.

Zbliża się godzina 22:00. Rynek wypełnia się biegaczami. Trwa impreza towarzysząca, przemówienia muzyka. Strzał startera. Ruszamy, najpierw spokojnie przez rynek. Tłum jest spory wystartowało 188 osób. Ulice ciasne, ale peleton szybko się rozciąga. Biegniemy pod górę, przed nami Chełmiec. Kończą się ulice, kończą latarnie, trzeba sięgnąć po własne światło. Wieczór jest ciepły, przyjemny, nawet na chwilę pojawił się księżyc. Biegniemy wzdłuż zielonego szlaku, ale trzeba uważać, bo trasa biegu skręca na żółty. Wirek z Ydurem opowiadają jak kiedyś tu pobłądzili. Teraz nie ma problemu. Odejście szlaku zabezpieczają strażacy. Z daleka widać ostre światła, z ich wozu. Oprócz znaków turystycznych trasa jest oznaczona przez organizatora białymi znakami, są gęsto rozmieszczone.

Na trasie - fotka z kibicami - od prawej Wirek, Ydur i Ziebol
Na trasie – fotka z kibicami – od prawej Wirek, Ydur i Ziebol

Robi się stromo. Idziemy. Na szczycie pierwszy punkt kontrolny. Płonie ognisko. Wypijam herbatę, podbijam kartę i ruszamy. Trzeba uważać tu schodzą się trzy szlaki. Wirek bezbłędnie wybiera właściwą drogę. Biegniemy, w dół niesie przyjemnie, niezbyt stromo dobra droga. Znów wracamy do Boguszowa. Już nie ma gąsienicy. Tworzą się grupki, i coraz większe odstępy. Przy drogach kibice, jedni nas pozdrawiają, inni z nas drwią. Tych pierwszych jest więcej, tym drugim nie chciało się o tej porze wychodzić, w końcu już jest 23. Mijamy tory, łąkę, przed nami wzniesienie, Boracza, niezbyt wysokie i sił jeszcze dużo. Rozsądek każe by iść pod górę, to przecież dopiero początek. Zbiegamy, kolejna miejscowość, kolejny punkt. Biegniemy dalej. Przed nami dość łatwy i w miarę płaski odcinek. Mijamy punkt trzeci, zbliża się północ, zaczyna siąpić. Przed nami odcinek oznakowany tylko przez organizatora, bez szlaku. Dobrze, że z nami jest Wirek, gdy skręcamy za torami, widać światełka tych, co poszli w drugą stronę.

Wzmaga się wiatr, deszcz nasila. Mostków – kolejny punkt, przed nami Trójgarb. Biegniemy zielonym szlakiem. Mijamy wiatrak, wspinamy pod góre. Roztacza się piękny widok na okolice. Widać łunę nad Boguszowem, światła na Chełmncu i wioski w dolinach. Gdzieniegdzie połysku ją światełka na stokach. Nieźle rozciągnął się ten peleton. Biegniemy, kolejny las, kolejna łąka. Wirek jest zaniepokojony -„tej nie pamiętam” – mówi. Za trzymujemy się, rozglądamy. Prowadzony przez Wirka przestałem zwracać uwagę na znaki i nie zaniepokoił mnie ich brak. Sto metrów na nami widać światełka na skraju lasu, przed nami w dół też. Wirek decyduje – idziemy do góry – uff, są znaki. Deszcz się uspokoił i znowu siąpi. Mijamy Trójgarb całkiem łagodnie, zbiegamy. Bacówka, kolejny punkt tu zostawiłem sobie batona. 2:15. Ogrzewam się przy ognisku, wypijam herbatę, ale fajnie. Trzeba ruszać, przed nami znów Chełmiec. Droga dobra, równa, asfaltowa, kolejne miejscowości Lubomir, Lubominek. Bieg w równym rytmie. Zaczyna morzyć mnie senność. Przysypianie w biegu – tego jeszcze nie przerabiałem.

Zaczyna się podejście. Szlak prowadzi szeroką wygodną drogą. W marszu się drzemie znacznie lepiej. Jakoś zebrała się większa grupa. Widzę światełka ze wszystkich stron, błądzimy, ale nie tylko my. Musimy zawrócić, niewiele może 500m. Podejście robi się naprawdę strome i piekielnie śliskie, trzeba uważać na każdy krok. Konieczna jest większa koncentracja. Mgła robi się coraz gęściejsza. Widoczność spada do kilku metrów, to znak, że wchodzimy w chmurę. Ognisko na szczycie, punkt kontrolny (3:15). Wracamy do Boguszowa. Zaczyna świtać, wiatr mocno hula, siąpi, na wschodzie pojawia się czerwona łuna. Senność mija. Wpadamy do ratusza. Posiłek, odpoczynek, część tu kończy, mamy za sobą maraton – w 5 godzin 45 minut, ale to przecież nawet nie połowa.

Góry Kamienne - Grzędy
Góry Kamienne – Grzędy

Znowu zaczyna lać. Chwilę czekamy, trochę zelżało. 4:05 – ruszamy. Nikomu nie przyszło do głowy by się rozdzielić, razem biegnie się świetnie. Mijamy rynek, zbiegamy w dół. Te 20 minut w suchym ciepłym ratuszu podziałało kojąco, nowe siły w nas wstąpiły. Robi się coraz jaśniej. Jestem już całkiem rozbudzony. Przestaje padać, tylko ten wiatr. Dobrze, że chociaż chmury rozgania. Grzędy kolejny punkt, teraz czerwonym na Wielką Lesistą. Doganiamy kolejnych zawodników. W dzień jesteśmy szybsi niż w nocy. Ostre podejście, punkt i widok na Śnieżkę z grzbietu Lesistej, z za chmur się wyłonił jej ośnieżony stożek. Teraz biegniemy nowym odcinkiem trasy. Wirek nam pokazuje którędy wiódł poprzednio, mówi, że teraz będzie łatwiej, później zmienia zdanie i dochodzi do wniosku, że trudno to porównać.

Góry Kamienne - widok ze szlaku na Wielką Lesistą
Góry Kamienne – widok ze szlaku na Wielką Lesistą

Mijamy punkt w Sokołowisku, dalej przez Włostową, Świerzawę, Suchawę do rozdroża pod Waligórą. Odcinek przepiękny i bardzo pofałdowany. Korzystając z ostrych podejść mijamy, kolejnych rywali. Zaczyna nam się to bardzo podobać i motywuje. Przy Andrzejówce punkt z zupą. Trochę się boję, pomny Wrocławia, reszta nie ma żadnych obiekcji. Pachnący, gorący rosół z kaszą, temu nie można się oprzeć. Był pyszny, a obawy niepotrzebne. Wirek stwierdza, że czas mamy lepszy niż on gdy robił życiówkę. Po 10 minutach ruszamy. Łagodne wzniesienia, wygodna droga, przepiękny las. Zbliża się ósma. Przed nami stado jeleni, trochę zdziwione naszym widokiem. Sięgam po aparat. Jelenie zawracają i sto metrów dalej przebiegają przez naszą drogę. Staram się zrobić zdjęcia, to nie takie proste. Jelenie biegną majestatycznie, a aparat łapie ostrość na drzewa bliżej mnie. Stado znika w lesie. Pozostają nieostre zdjęcia i nie zapomniane wrażenie. Ruszamy dalej. Dochodzimy do miejsca, gdzie trasa prowadzi przez jedną krzyżówkę. Wirek wie, co robić, ale niektórzy musieli tu wracać. Punkt przy Skalnej bramie ma swój niepowtarzalny urok. Wracamy przez Jeleniec i Turzycę. Piękne widoki, pogoda zrobiła się wymarzona, chmury zniknęły, słonko zaczęło przygrzewać.

Góry Kamienne - schronisko Andrzejówka tuż obok punkt kontrolny z pyszną zupką
Góry Kamienne – schronisko Andrzejówka tuż obok punkt kontrolny z pyszną zupką

Znów punkt przy Andrzejówce, dokładka zupy i w drogę, zaczynamy liczyć czas. Trochę się mylimy, ale po nieprzespanej nocy i 10 godzinach w trasie to zrozumiałe. Wychodzi, że jak utrzymamy tempo złamiemy 14 godzin. Pojawia się wyzwanie, bardzo nas motywuje, do tego wyprzedziliśmy kolejną ekipę. Zbiegamy do Sokołowiska, dalej przez pola do Unisławia, ostani punkt – 90 kilometr. Przed nami ostatnia górka – Dzikowiec Wielki (i Mały po drodze). Robi się stromo idziemy, z wierzchołka przepiękny widok na dolinę, Chełmiec i położony na jego stokach Boguszów. Uświadamiamy sobie, że trzeba zbiec do doliny i wbiec od stacji na rynek. Zbiegamy. Kończy się las, zaczyna asfalt. Czas znakomity. Wirek znajduje błąd w obliczeniach, spokojnie złamiemy 14, a może 13:30?

Chełmiec i położony u jego stóp Boguszów Gorce z Dzikowca
Chełmiec i położony u jego stóp Boguszów Gorce z Dzikowca

Ogarnia nas szał. Biegniemy. Przed nami pojawia się znajoma postać Bennet – ponieważ pobiegł „tylko maraton” postanowił wyjść nam naprzeciw niosąc dla każdego po puszcze zimnego, orzeźwiającego „izotoniku”. Najpierw się zdziwił, że spotkał nas tak szybko, trochę ponad kilometr od mety, a liczył, że poczeka na nas na Dzikowcu. Potem zdziwił się jeszcze bardziej, gdy przebiegliśmy koło niego nawet na chwilę się nie zatrzymując. Zapytaliśmy tylko ile do mety. Dodał nam skrzydeł. Biegniemy, tunel, dworzec i podbieg na rynek. Próbujemy biec, ale na prawdę jest stromo. Złamanie 13:30 staje się coraz pewniejsze. Wpadamy na rynek formujemy rząd i razem z uśmiechem wpadamy na metę – 13 godzin i 26 minut.

Nie czuję zmęczenia, nic nie czuję – tylko radość i satysfakcję. Po chwili, gdy usiedliśmy w biurze zawodów ogarnęło nas niesamowite zmęczenie. Na szczęście pojawił się Bennet z „izotonikiem”. Weryfikacja – trzeba pokazać kartę z pieczątkami z wszystkich punktów, medal, dyplom i losowanie nagród.

Boguszów-Gorce - na mecie, Ziebol, Ydur, Konroz, Wirek i Bennet
Boguszów-Gorce – na mecie, Ziebol, Ydur, Konroz, Wirek i Bennet

Nasz team pracował znakomicie. Przewodził Wirek – dziewiąty raz na trasie. Dzięki niemu reszta mogła mniej koncentrować się na pilnowaniu znaków. Wprawdzie trasa była świetnie oznaczona, ale szczególnie w nocy to nie jest takie proste. Po raz kolejny przekonałem się, że na takiej trasie drużyna daje znakomite efekty. Każdy ma chwile kryzysu, a wtedy inicjatywę przejmuje ktoś inny i grupa ciągnie. Największy kryzys miałem między druga a trzecią – ogarnęło mnie straszne znużenie, ale przeszło, gdy tylko niebo zaczęło się lekko zaczerwieniać.

Organizacja znakomita, porządne posiłki przed, po i w trakcie. Duża ilość punktów, z wodą i herbatą, od czasu do czasu batony, banany i pomarańcze, a nawet zupa (bulion z kaszą). Można też przekazać własne odżywki. W nocy przy punktach palą się ogniska. Atmosfera jest niesamowita. Do tego trzeba jeszcze dodać okoliczności przyrody. Ja jestem bardzo zadowolony z debiutu, myślę, że Ziebol też, a uzyskany czas, ciężko będzie poprawić. Bardziej doświadczeni tez mają powód do satysfakcji – Wirek poprawił życiówkę ponad godzinę, a Ydur o prawie pięć i pół – to się nazywa progresja.