Śladami Piastów

Tam trzeba być, to trzeba przeżyć.
Zjechać pod ziemię. Poczuć sól w płucach.
Zagłębić się w wykute przez wieki korytarze.
Do Bochni dotarłem z Robertem z ponad 90 minutowym opóźnieniem. Pociąg, którym jechaliśmy już do Warszawy przyjechał 80 minut po czasie. Był piękny, pogodny wieczór. W zasadzie to już noc, bo właśnie minęła 23. Bezchmurne niebo, na którym królował Wielki Wóz. Bezwietrznie. Temperatura ok zera. Szliśmy pustymi ulicami Bochni by po niespełna 2 km dotrzeć do szybu Campi. Mieliśmy szczęście. Na zjazd czekało już kilka osób.

Szyb Campi
Szyb Campi

Zjeżdżamy. Piętrowa, stalowa winda trzeszcząc, łomocząc i dygocząc mknie z prędkością ponad 3 m/s. W poziomie to może nie jest zbyt szybko, ale tu w tym wąskim szybie, w stalowej klatce, przy dźwiękach jakie wydaje, wrażenie jest zupełnie inne.

Idziemy podłużną August, 212 m pod powierzchnią. Poznajemy część jutrzejszej trasy. Skręcamy w miejscu gdzie będzie strefa zmian i schodzimy do ogromnej komory Ważyn. W niej mieści się całe zaplecze. Najpierw mijamy boisko sportowe, na którym gra kilka osób. Dalej odbieramy pakiety i idziemy wzdłuż rzędów stolików w stronę bufetu. Przechodzimy do części sypialnej. Mijamy łóżka polowe, idziemy w stronę piętrowych. Większość jest już zajęta. Szukamy dalej. Za łazienkami jest druga część. Tu znajdujemy miejsca na nocleg. Rozpakowujemy się i idziemy coś zjeść oraz wypić. Przestrzeń wnętrza robi wrażenie. To wszystko wykute przez ludzi 250 m pod ziemią. Wydobycie metodami górniczymi rozpoczęto w 1251 roku. Budowę kopalni zawdzięczamy św. Kindze, która wychodząc za księcia Bolesława V Wstydliwego zażyczyła sobie w posagu soli. Jej ojciec, Król Węgier podarował córce kopalnię w Marmarosz. Św. Kinga nie mogła zabrać kopalni, ale sprowadziła do Polski doświadczonych górników węgierskich, którzy odkryli w 1248 roku pokłady soli kamiennej.

Kaplica św. Kingi
Kaplica św. Kingi

Sól w tym rejonie pozyskiwano już wcześniej, od ok. 3500 lat p.n.e. metodą odparowywania wody z solanki. Był to mało wydajny i drogi sposób. W 1368 roku ostatni z Piastów Kazimierz Wielki wydał dokument regulujący funkcjonowanie kopalni i handel solą – statut żupny. Od tej pory kopalnia stała się przedsiębiorstwem królewskim, przynoszącym olbrzymie dochody Rzeczypospolitej i znaczący rozwój Bochni. Eksploatację prowadzono do 1990 roku. Obecnie kopalnia, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO jest udostępniona do zwiedzania i oferuje wiele ciekawych tras.

Chwilę po pierwszej kładziemy się spać. Zanim zasnąłem naszły mnie wspomnienia. W myślach, a może już we śnie staję na promie i płynę. Z mgieł i oparów wyłania się wyspa. Na brzegu drużyna Mieszka Pierwszego. Ostrów Lednicki. Tam się zaczęła nasza historia. Historia Polski, pod wodzą dynastii Piastów. Wspominam jak w zeszłym roku wybraliśmy się większą firmową grupą do Gniezna na 40 Bieg Lechitów. Przyjechaliśmy w piątek wieczorem, by po zakwaterowaniu przejść się chwilę po mieście i odebrać pakiety.

Ostrów Lednicki
Ostrów Lednicki

W sobotę wybraliśmy się na dłuższy spacer. Zwiedziliśmy katedrę, a w niej między innymi Grobowiec św. Wojciecha i drzwi gnieźnieńskie. Zeszliśmy do podziemi, gdzie znajdują się fundamenty pierwszej rotundy IX wieku, fragmenty murów bazyliki Mieszka I oraz najstarszy w kraju napis nagrobkowy (ok.1006 roku). Patrzyliśmy z wieży na rozciągnięte na siedmiu wzgórzach miasto. Gdy Cesarz Otton III w 1000 roku przybył tu z pielgrzymką do grobu świętego Wojciecha była to stolica księstwa Polan. Warownia i przyjęcie przygotowane przez Bolesława Chrobrego zrobiły na cesarzu ogromne wrażenie. W trakcie Zjazdu Gnieźnieńskiego ustanowiono polską organizację kościelną z metropolią w Gnieźnie, co znacząco podniosło status naszego kraju.

Bazylika prymasowska Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Gnieźnie
Bazylika prymasowska Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Gnieźnie

W niedzielę wczesnym rankiem pojechaliśmy jednym z pierwszych autokarów, by jeszcze przed startem odwiedzić Ostrów Lednicki. Położona na jeziorze Lednica wyspa jest prawdopodobnie miejscem chrztu Polski. Znajdują się tu pozostałości najstarszego w Polsce zespołu preromańskiej architektury. Pomieszczenia pałacowe. Kościół z grobami w nawie i aneksach. Baseny do chrztu. Obiekty wzniesione za panowania Mieszka I (tuż przed 966 rokiem). Spacerujemy leniwie wśród rekonstrukcji średniowiecznych budowli, zachowując siły na bieg. Mgła się podnosi. Wracamy. Pora się przebierać. Oddać depozyty. Zrobić solidną rozgrzewkę. Rozbieganie robię wzdłuż łanów kukurydzy. Słoneczko przygrzewa. Robi się piękny, gorący dzień. Spotykam reprezentację Lechitów z Zielonki pod wodzą Prezesa, który jako jeden z pięciu po raz 40 staje na starcie tego najstarszego w Polsce biegu ulicznego. Pierwszej masowej imprezy biegowej dostępnej dla wszystkich, a organizowanej rok w rok od 1978. Atmosfera jest niesamowita. Ponad 3000 zawodników ustawia się przed zrekonstruowaną bramą grodu. Ustawiam się przy balonikach na 1:30. Jestem tydzień po setce w Krynicy i po ciężkim okresie startowym. Nie wydaje się to rozsądne, ale cóż tak naprawdę to nie mam pojęcia na co mnie stać.

Brama grodu w Lednicy
Brama grodu w Lednicy

Ruszamy. Pierwszy odcinek prowadzi wąską drogą. Po prawej stronie przebija się błękit jeziora, po lewej zielenią się pola. Dziekanowice. Tu przy zakręcie niebieski winder ProService. Słyszę głośny doping Olgi i Maćka. Aż chce się przyspieszyć, ale to dopiero pierwszy kilometr. Pilnuję baloników. Skręt w prawo w drogę krajową. Nawrotka i pożegnanie z jeziorem Lednickim. Biegnę szeroką drogą. Peacemaker prowadzi idealnym, równym tempem. Na wprost, gdzieś na horyzoncie górują wieże Archikatedry. Mijamy pola i wioski. Wrześniowe słońce coraz bardziej daje się we znaki. 5 km. Punkt odświeżania. Piję. Polewam się wodą. Większa miejscowość. Łubiowo. Duże rondo. Więcej zabudowań.

Biegnij z ProService - punkt kibicowania
Biegnij z ProService – punkt kibicowania

10 km. Drugi punkt. Mamy trochę zapasu. Peacemaker cały czas równiutko napiera. Trzymam tempo. Niestety nie ma szans choć na odrobinę cienia. Skręt w boczną drogę, która wysokim wiaduktem przeprowadza nas na drugą stronę ekspresówki. Lekki podbieg wybija mnie z rytmu. Trochę mnie to niepokoi. To dopiero półmetek. Nie cisnę, nadrobię na zbiegu. Nie wiem czy idealnie dotąd płaska trasa, czy zmęczenie po górskich ultra sprawiło, że poczułem tak niewielkie wzniesienie. Za to widok na Gniezno niesamowity. Kolejny punkt. Nasza grupa na 1:30 jakoś mocno zmalała. Biegniemy drogą techniczną. Oddzieleni od drogi ekspresowej wysokimi ekranami. Gorąco. Lekkie podmuchy przynoszą nieznaczną ulgę. 15 kilometr. Żel popijam wodą. Niby tylko 16°C, ale mocno odczuwam jak słońce przygrzewa. Mijamy komis samochodowy. Odbijamy w prawo. Domki jednorodzinne. Gęstnieje zabudowa. Jesteśmy już w Gnieźnie. Ostatni punkt. 20km. Koniec kalkulacji. Czas na finisz. Po lewej stadion z bieżnią. Dalej park nad jeziorem Jelonek. Drzewa rzucają trochę cienia, a od jeziora nadciąga przyjemna lekka bryza. Wąską ścieżką wzdłuż brzegu docieram do wzgórza Lecha. Stromy podbieg i niebieski winder. Słyszę jak Olga mnie woła. Dodaje mi mocy. Cisnę. Walczę o każdą sekundę. Uliczka wyprowadza mnie na plac u stóp katedry. Skręt w lewo i ostro w dół. Do mety na Plac św. Wojciecha. 1:29:05. Od ponad 10 lat nie miałem takiego wyniku. Piję, coś zjadam i idę pod winder z Olgą i Maćkiem dopingować naszych. Robert wbiega z czasem 1:38:28, a później w ciągu minuty Jacek: 1:53:29, Waldek: 01:53:42, Daniel: 01:53:46 i Beata: 1:53:52. To był wyjątkowy bieg, a nasza ekipa stworzyła niepowtarzalna atmosferę.

Drużyna na mecie: Daniel, Robert, Maciek, Konrad, Waldek, Beata, Olga, Jacek
Drużyna na mecie: Daniel, Robert, Maciek, Konrad, Waldek, Beata, Olga, Jacek

Budzę się trochę po siódmej. Wracam do teraźniejszości. Robert zauważył Anię i Tomka, którzy właśnie dotarli. Pomału się szykujemy. Łazienek jak na tę ilość osób jest mało, ale i tak wszystko idzie sprawnie. Są, za to utrzymane w niesamowitej czystości. Idziemy na śniadanie. Kawa, herbata, świeże drożdżówki. Spokojnie jemy, rozmawiamy, ostatecznie przyjmujemy taktykę. Ja zaczynam, zmienia mnie Tomek, a jego Robert. Biegamy po dwie pętle, potem na jedną wchodzi Ania. I tak na okrągło. Czas leci. Pora się przebrać. Wychodzę na start pokonując 307 schodów. Trasa biegu jest położona 38 m powyżej komory Ważyn.

Przed starem:Konrad, Robert, Ania, Tomek
Przed starem:Konrad, Robert, Ania, Tomek

Gromadzimy się w strefie zmian na krótką odprawę, by następnie przejść do kaplicy św. Kingi. Uroczyste otwarcie. Start honorowy, po którym przechodzimy do stref startowych, które były rozsunięte co 100m. Tak jak na biegach na dystans, strefy startowe rozciąga się w czasie i puszcza co kilka minut tak tu startowaliśmy w jednym czasie na sygnał syreny, ale rozstawieni w przestrzeni. Nam przypadła ostatnia strefa zlokalizowana 50 m od nawrotki przy szybie Sutoris.

Wyjście z komory Ważyn, po prawej zjeżdżalnia
Wyjście z komory Ważyn, po prawej zjeżdżalnia

Sygnał syreny i ruszamy. Początek trasy lekkim zbiegiem prowadzi w stronę kaplicy. Dalej z zakrętem pojawia się strefa zmian przy stacji Seremak. Kolejny odcinek wydaje się biec lekko pod górę do rozwidlenia. Korytarz na wprost idzie do szybu Campi. Tego, którym zjeżdżaliśmy. Trasa biegu skręca w prawo. Zawodnik z naprzeciwka ścina zakręt zmuszając mnie bym przebiegł przez zwrotnicę. To chyba najbardziej niebezpieczne miejsce. Wracając muszę pamiętać by tu bardzo uważać. Nowy korytarz wita mnie mocnym chłodnym powiewem. To od tej strony tłoczone jest powietrze. Kilka zakrętów i wąskich przejść. Trasa jest dwukierunkowa. Spokojnie się mieszczą dwie osoby, ale nie wszędzie da się wyprzedzać. Nawrotka. Obiegam pachołki i wracam. Teraz wiatr mam w plecy. Już tak bardzo nie wyziębia. Wąskie przejście. Zakręty. Rozwidlenie. Długi, prosty korytarz prowadzi lekko w dół. Po prawej na ścianie duża płaskorzeźba. W oddali czerwono migocze światło zegara. Biegnę. Mijam strefę zmian, kaplicę. Korytarz znów prowadzi pod górę. Na tym odcinku jest sporo odejść bocznych korytarzy. Po lewej stronie zabytkowa kolejka. Widać, że to ekspozycja. Stoi na boku.

Spalinowa lokomotywa i wagon wożący górników
Spalinowa lokomotywa i wagon wożący górników

Korytarzami którymi biegniemy prowadzą tory. Są czynne. Kolejka wozi turystów. Kolejna nawrotka. Szyb Sutoris. Mata. Pachołki i powrót do strefy zmian. Mijam miejsce startu. Zabytkowy pociąg. Kaplicę i strefę zmian. Druga pętla. Odtąd będziemy odliczać pętle po 2420 m. Pierwsza była dłuższa ze względu na przesunięty start. Lekki podbieg. Zwrotnica. Przeciąg. Nawrotka. Rzeźba. Kaplica. Nawrotka i powrót do strefy zmian. To fajny odcinek. Lekko w dół. Nogi niosą.

Rozwidlenie: na wprost szyb Campi, na prawo korytarz, którym biegliśmy
Rozwidlenie: na wprost szyb Campi, na prawo korytarz, którym biegliśmy

Za kaplicą podnoszę rękę. Spiker odczytuje numer sztafety ostrzegając Tomka, że nadciągam. Wyraźnie słyszę doping ze strefy zmian. Tomek wybiega, a ja schodzę do strefy. Zjeżdżam drewnianą 140 m pochylnią na lnianej, wyłożonej od spodu plastikową kratką poduszce. Ciekawe doświadczenie. Ania i Robert czekają przy stoliku. Popijam Izo. Odpoczywam. Robert wychodzi na swoją zmianę. Wraca Tomek. Wymieniamy pierwsze wrażenia. Kolej na Anię. Zamyka cykl. Czas leci pora się ruszyć. Schody. Chwila oczekiwania. Nadbiega Ania. Ruszam. Kolejne dwie pętle. W takim rytmie upłynie nam pierwsze sześć godzin.

Zjazd do komory Ważyn
Zjazd do komory Ważyn

Na czas obiadu zmieniamy taktykę. Będziemy biegać po trzy pętle by każdy mógł spokojnie zjeść i odpocząć. Idzie nam naprawdę dobrze. Po 6 godzinach mieliśmy nabieganie ponad 77 km. Kuchnia serwuje makaron. Ja biorę penne z kurczakiem i sosem śmietanowo-serowym. Wspólnie decydujemy, że Ania pobiegnie tylko jedno kółko, a ja i Tomek po trzy, by Robert też mógł dłużej odpocząć. Potem wracamy do pierwotnego cyklu. Wybiegam. Wciąż trzymam tempo. Moje wcześniejsze obawy się nie potwierdziły. Mimo upływu czasu tlenu nie brakowało. Solidnie pompowali. Od szybu Seremak był niezły przeciąg. Podobno na tym 1210 m odcinku między nawrotami różnica temperatur wynosiła ponad 10°C. Korytarze nie są proste, ani płaskie. Miejscami jest wąsko. Sporo zakrętów. Przy wyprzedzaniu trzeba bardzo uważać czy nie nadbiega ktoś z naprzeciwka. Z każdą godziną coraz bardziej się odczuwa pofałdowanie terenu. W niektórych miejscach nachylenie przekracza 13 stopni. Od pierwszych pętli czułem smak soli w ustach. W drugiej części biegu już wyraźnie czuło się słony pył, a powietrze zrobiło się lekko szare. Mimo nawiewu, tyle osób biegających przez wiele godzin wzniosło spory kurz. Emocje sięgają zenitu. W klasyfikacji mozolnie pniemy się w górę. Wiemy, że to złudne, różnice są niewielkie. Oczywiście będziemy walczyć do ostatniej chwili. Do końca. Nawet nie wiedząc, o które miejsce.

Stołówka w komorze Warzyn
Stołówka w komorze Warzyn

Tomek podsuwa pomysł byśmy ostatnie dwie godziny biegali po jednej pętli. Minęła 10 godzina biegu. Ania wychodzi na swoją ostatnią pętlę. Jest już bardzo zmęczona, ale mocno napiera. Później zostanie przy trasie i będzie nas dopingować. Rozpoczynamy szalony taniec. Wybiegam po Ani, zmienia mnie Tomek, potem znów ja i Robert. Zmęczenie i emocje sprawiają, że zapominam podnieść ręki. Przez to zaskoczyłem Roberta w strefie. Chwila zawahania i poszedł jak burza. Znowu moja kolej. Tym razem pamiętam o ręce. Wybiega Tomek. I znów to samo. Biegnę. Z głośników dobiega Metallica. Whiskey in The Jar. Tego mi było potrzeba. Niesie. Zatapiam się w rytm. O podniesieniu ręki przypominam sobie dopiero mijając spikera. Nie miał szans by odczytać numer. Wołam Roberta. Wybiega. Zostaje ostatnie 20 minut. Gorączkowo analizujemy czy jeszcze coś zmienić. Kto z nas pobiegnie pętelkę, a kto pociągnie finisz. Ja już średnio myślę, a nie chcę w ostatniej chwili zaburzać rytmu. Wybiegam. Staram się, cisnę. Czwórki nie bardzo chcą współpracować. Zwolniłem trochę względem poprzednich pętli. Straciłem dobre 20 sekund. Zniecierpliwiony Tomek wybiega jak strzała. Ma niewiele ponad 4 minuty. Spiker przypomina, że po syrenie każdy ma się zatrzymać i poczekać, aż sędzia do niego podejdzie.

Kaplica św. Kingi
Kaplica św. Kingi

Ostanie sekundy. Końcowe odliczanie. 9… 8… 7… Tomek w szalonym pędzie przebiega przed strefą zmian. 6… 5… Mknie w stronę kaplicy. 4… 3… Pokonał dobrze ponad kilometr. 2… 1… Sygnał syreny oznajmia zakończenie. Idziemy do Tomka na metę. W takim biegu każdy ma własną. Tam gdzie się zatrzymał. Gratulujemy. To był niesamowity finisz. Po kilku chwilach podchodzi sędzia. Oznacza numerem miejsce zatrzymania.
Schodzimy do komory Ważyn. Umyć się. Przebrać. Zjeść coś konkretnego.

Komora Ważyn - część sypialna
Komora Ważyn – część sypialna

Opłacało się walczyć do ostatniego metra. Z uwagi na to, że startowaliśmy z różnych stref w wynikach online mieliśmy 30 miejsce, a po uwzględnieniu przesunięć wyszliśmy na 28 z przewagą 98 metrów. Przy finiszowym tempie Tomka ok. 3:55/km daje to jakieś 23 sekundy przewagi na poprzednikami. Po 12 godzinach walki. Jak to w sztafecie wszyscy wycisnęli z siebie maximum. Kilometraż 151 735 m i średnia 4:45 jaką udało się nam uzyskać okazały się dużo lepsze od przed biegowych założeń. W takiej drużynie nie mogło być inaczej. Pracowaliśmy jak skrzynia biegów w bolidzie F1 różne tryby, różne możliwości, ale całość idealnie dopasowana i zdeterminowana by osiągnąć jak najlepszy efekt.

Zawodnik Czas Okrążenia Dystans Tempo
Konrad 03:47:49 21 51,420 4:26
Tomek 03:29:28 18 44,655 4:41
Robert 03:26:03 17 41,140 5:01
Ania 01:16:40 6 14,520 5:17
Górnicy przy pracy - rzeźba solna
Górnicy przy pracy – rzeźba solna

Obsługa imprezy była fantastyczna. Od organizatorów, poprzez przewodników w górniczych uniformach, po osoby utrzymujące porządek i panie z bufetu. Makaron był znakomity, ale takiego żurku jak ten po zakończeniu już dawno nie jadłem.
W niedzielę rano wstaliśmy około siódmej by zdążyć, na krótkie zwiedzanie kopalni.

Przeszliśmy znanym nam korytarzem do kaplicy by tam wysłuchać opowieści o historii kopalni, legendy o pierścieniu św. Kingi, a także faktów związanych z jej osobą. Zwrócono nam też uwagę na to, iż znajdujemy się w jedynej kaplicy, w której odbywają się msze święte, a przez którą przejeżdża pociąg. Idąc dalej zaglądaliśmy do bocznych korytarzy, w których zobaczyliśmy konny kierat do wyciągania bałwanów solnych oraz maszynę przy pomocy, której  tłoczono ręcznie powietrze. 

Tuż po 9 rozpoczęło się uroczyste zakończenie. Wszystkie drużyny w odwróconej kolejności wychodziły na scenę by otrzymać medale z rąk Burmistrza Bochni przeprowadzającego dekoracje w asyście organizatorów.

Dekoracja
Dekoracja

Chwilę po 10 wyjechaliśmy na powierzchnię. Słońce chyba się za nami stęskniło. Przywitało nas pełną mocą. Rozpędziło chmury i podgrzało powietrze do 16 stopni. Zrobił się piękny wiosenny dzień.

Na koniec mogę tylko dodać:
Tam trzeba być, to trzeba przeżyć …