Bieg 7 Dolin

Siedem Dolin

Nie planowałem tego startu w tym roku. Decyzję podjąłem po Rzeźniku. Czułem ogromny niedosyt spowodowany nieukończonym biegiem i postanowiłem znaleźć coś na osłodę. Kalendarz miałem już zapełniony. Siedem Szczytów w czerwcu. Tatrzański sierpień. W październiku Łemkowyna. Wolny został kawałek września. Wybór terminu niewielki. BUT (Beskidy Ultra Trial) to już praktycznie październik. Połówka Praska, Bieg Lechitów w Gnieźnie, Maraton Warszawski zaplanowane.

Został tylko jeden weekend. 9-10 września, a w tym terminie Festiwal Biegowy w Krynicy. Biegłem tam setkę w 2012 roku i zostały mi niewyrównane rachunki z tą trasą. 15:44:06 nie do końca mnie satysfakcjonowało. Zapisując się z jeszcze opuchniętą po Rzeźniku kostką nie myślałem o czasie. Wtedy myślałem o Siedmiu Szczytach nie Dolinach. Dopiero w tygodniu przed startem zacząłem kalkulować. Miałem za sobą ciężki sierpień, ale po Półmaratonie Praskim i Bussines Run wiedziałem, że regeneracja idzie dobrze. Przejrzałem dotychczasowe biegi i postanowiłem, że spróbuję złamać 14 godzin, co oznaczało bieg ze średnią 8:25 min/km. Na Rzeźniku na 99 km miałem 14:12:06. Tam jednak wiedziałem, że mam w planie jeszcze 60 km, poza tym już dokuczała mi noga.

Bieg 7 Dolin
Z Jurkiem Skarżyńskim na Expo, zdjęcie UltraLovers – Jacek Deneka

Do Krynicy ruszyłem w piątek nad ranem, po raz czwarty w tym roku pociągiem “Malinowski”, który ma wagony do Zakopanego i Krynicy. Niestety ze względu na remonty z Krakowa musiałem jechać autobusową komunikacją zastępczą. Na szczęście podstawiono porządne autokary i jechało się komfortowo choć na miejsce dotarłem z trzygodzinnym opóźnieniem. Najpierw tuż za Warszawą zepsuła się lokomotywa i czekaliśmy dwie godziny na nową. Opóźnienie zwiększyło się do Krakowa o kolejne pół godziny, a potem autobus stał trochę w korkach. W sumie jednak nie mogę narzekać bo trochę drzemał i dotarłem nawet całkiem wypoczęty. Odebrałem pakiet podkręciłem się po expo. Spotkałem paru znajomych i wysłuchałem wywiadów z Joanną Jóźwik i Patrycją Bereznowską. Koło 17 przyjechał Arek i poszliśmy razem na bardzo dobrą carbonarę, a później na kwaterę. Początkowo planowałem przenocować na hali, ale Arek jechał sam i miał wolne łóżko. Nocowaliśmy w tym samym miejscu, gdzie przed zeszłoroczną Łemkowyną. Zostało mi jeszcze przygotowanie plecaka i ubrania na start i mogłem się położyć. Chwilę poczytałem i zasnąłem około 21. Spałem całkiem mocno i do drugiej zdążyłem się całkiem porządnie wyspać. 

Bieg 7 Dolin
zdjęcie ze strony Festiwal Biegów

O drugiej lekkie śniadanie, ostatnie sprawdzenie wyposażenia i na start. Na deptaku przed Pijalnią Główną zebrał się nas spory tłumek ponad 500 startujących, osoby towarzyszące, organizatorzy. Czas zleciał szybko i tuż po trzeciej ruszyliśmy na trasę. Początkowo lekko w dół główną ulicą Krynicy, by po kilometrze skręcić w drogę wspinającą się na stok Jaworzyny. Dobrze wspominałem ten odcinek. Teraz w założeniu chciałem pobiec go mocno. Bezchmurna księżycowa noc. Chłodno, jakieś 9 stopni. W konarach hulał więcej wiatr. Biegło mi się świetnie nawet pod górę. Byłem mocno zdziwiony, gdy dotarłem do stacji kolejki gondolowej na Jaworzynie. Dalej długim przyjemnym zbiegiem do pierwszego punktu na Hali Łabowskiej. 22 kilometry, czas 2:23:46. Uzupełniam flaska, biorę garść suszonych moreli i w drogę. Z pomiędzy drzew prześwituje księżyc. Jest blisko pełni. Przez to gwiazd widać niewiele. Trasa wije się po łagodnych wzgórzach. W dole widzę światła jakiejś miejscowości. Niebo na wschodzie zaczyna się rozjaśniać. Nad horyzontem króluje jasny czerwony punkt. Mars. Poranek szybko się budzi. Niestety jest już cisza. Śpiew ptaków o wschodzie pozostał już tylko we wspomnieniach z wiosennych biegów. Otwiera się przede mną widok na szeroką malowniczą Dolinę Popradu, nad którym przycisnęło urocze miasteczko. Rytro. Policja zabezpiecza przejście przez szosę. Biegniemy chodnikiem. Trasa skręca w lewo w ścieżkę pod wiaduktem kolejowym by po chwili wrócić na drogę do Perły Południa. Pamiętam ten odcinek z Maratonu Wyszehradzkiego. To był ciężki finisz. Wypijam żel. Teraz udaje mi się cały czas biec.

Bieg 7 Dolin
zdjęcie ze strony Festiwal Biegów

Docieram do punktu. 36 km, 4:04:18. Uzupełniam Izo, biorę kawałek kabanosa i suszone owoce. Morele, rodzynki, żurawinę. Szczególnie ta ostatnia bardzo mi pasuje. Kwaśny smak doskonale kontrastuje ze słodkim jaki pozostał po żelach i izotoniku. Wybiegam. W tym samym czasie startują zawodnicy na dystansie 64 km. Są wypuszczani co 5 sekund, dzięki czemu nie tworzy się zator. Trasa wchodzi w las. Biegnę do momentu gdy po przejściu przez potok robi się zbyt stromo. Wspinaczka na Przehybę szybko mi zleciała. Po wyjściu na grzbiet znów daje się biec. Z naprzeciwka biegną zawodnicy w stronę Radziejowej. Ja mam przed sobą jeszcze kilkaset metrów do punktu przy schronisku.

Bieg 7 Dolin
zdjęcie ze strony Festiwal Biegów

Przehyba 44 km, 5:31:27. Uzupełniam flaski, biorę garść owoców i w drogę. Jest kilka miejsc gdzie bardziej ekonomiczne jest dla mnie podchodzenie. Widok z grzbietu jest fantastyczny. Na południowym zachodzie królują Tatry przykryte lekką pierzynką z chmur. Tu słońce operuje bez przeszkód. Dobiegam do drewnianej wieży widokowej. Radziejowa. Najwyższy punkt na trasie. Teraz czeka mnie długi zbieg. Oczywiście po drodze jest trochę wzniesień w tym Eliaszówka. Po drodze niezapowiedziany punkt kontrolny z pomiarem czasu. Ten odcinek to znów widoki na Dolinę Popradu. Błękitna wstęga rzeki wije się wśród zielonych wzgórz. Wzdłuż rzeki szosa i rozsiane zabudowania gęstniejące w centrum Piwnicznej. Znów przypomina mi się Maraton Wyszehradzki. Sporo czasu minęło. W dolinie odcinek po chodniku. Przejście przez szosę zabezpieczają policjanci. Łagodny zbieg do punktu remontowaną ulicą. Piwniczna, 66 km – 07:59:11. Na punkcie spory tłum. Do swojego startu szykują się zawodnicy biegnący na dystansie 32 km. Nie tracę czasu. Na solidniejsze jedzenie nie mam ochoty. Uzupełniam Izo, biorę garść suszonych owoców i w drogę. Przebiegam przez most nad Popradem. Szosę pokonuję w asyście policji i rozpoczynam podejście. Ta część trasy, gdy się patrzy na profil wydaje się najłatwiejsza. To bardzo złudne. Pamiętam jak bardzo się oszukałem poprzednio. Stoki są strome i odsłonięte. Słońce daje się we znaki, a pokonane dotychczas kilometry czuć w nogach. Wąski grzbiet i zbieg w dolinę. Łomnica Zdrój. Rzeka, szosa, dość strome podejście. Długi łagodny grzbiet wśród pól. Płytka przełęcz i ostre podejście przez dający trochę cienia las. Zbieg do Wierchomli. Około dwukilometrowy odcinek po szosie prowadzi do punktu w Wierchomli Małej. 77 kilometr, 9:45:43.

Bieg 7 Dolin
zdjęcie ze strony Festiwal Biegów

Uzupełniam picie, biorę garść owoców i w drogę. To chyba najgorsze podejście na tej trasie. Gorąco. Długie, strome, w pełnym słońcu. Po lewej wyciąg krzesełkowy. Puste krzesełka kuszą. Jadą spokojnie do góry, a ja wpatrując się w ich linię szukam stacji końcowej. Stok jest długi. Najpierw bokiem wspinamy się do wyciągu. Potem trochę pod nim by wreszcie dotrzeć do szczytu. Teraz jest sporo w dół. Trochę za stromo by dało się wygodnie biec. Do tego kamieniste podłoże osuwa się z każdym krokiem. Do końca zostało niewiele, ale szansa na złamanie 13 godzin ucieka. Szczawnik – 83 kilometr, 10:50:35. Asfaltowa droga, szeroki parking. Autokar właśnie przywiózł zawodników na “Runek Nordic Walking”. Stąd startuje też najkrótszy bieg na tej trasie – “Runek Run”. Do mety zostało 17 km.

Bieg 7 Dolin
zdjęcie ze strony Festiwal Biegów

Droga prowadzi początkowo łagodnie pod górę. Daje się biec. Zmęczenie i kąt nachylenia sprawia, że zaczynam stosować metodę Gallowaya. Cztery minuty biegu i jedna marszu. Docieram do ostatniego punktu, Bacówki nad Wierchomlą. 88 kilometr. Czas 11:37:28, do mety 12 km. Do szczytu pozostało około 2,5 km. Potem będzie tylko w dół. Wprawdzie profil pokazywany, przez zegarek jest bardzo uproszczony, ale jak dotąd pozwalał mi zorientować się w tym co mnie czeka. Poza tym pamiętam, ten odcinek, jako dość przyjemny zbieg. Zaczynam wierzyć w złamanie 13 godzin. Wystarczy, że średnia będzie poniżej 7 min/h. Na razie to nierealne, ale napieram starając się podchodzić jak najmocniej. Mijam wierzchołek, zaczynam zbieg. Według zegarka zostało mi trochę ponad 9 km i niecała godzina. Zaczynam zbieg, by po krótkim odcinku przekonać się, że Runek ma drugi wierzchołek. Niby niedługie podejście, ale średnie tempo spada. Zbiegam. Drobne nierówności na profilu okazują się na tyle strome, że znów muszę podchodzić. Czas ucieka, a mnie nie udaje się uzyskać planowanego tempa. Staram się szybko zbiegać. Zegarek wskazuje 5 km do mety. To ogromna zaleta biegu z nawigacją, zawsze wiem ile mi zostało. Do złamania 13 godzin mam jeszcze trochę ponad 26 minut. Zbieg ma fajne nachylenie i dobrą nawierzchnię. Trzeba uważać na korzenie i kamienie, ale miejscami biegnę po 4:40 (wg. zegarka). W każdym razie już nie kalkuję. Skupiam się na zbiegu.

Bieg 7 Dolin
zdjęcie ze strony Festiwal Biegów

Coraz wyraźniej słychać spikera i muzykę dochodząca z mety. Niesie. Kończy się las. Zbiegamy wąską błotnistą ścieżką. Muszę zwolnić. Wreszcie ulice. kostka brukowa. Stabilne równe podłoże. Policjanci wstrzymują ruch bym mógł bez przeszkód wbiec na ostatnią prostą. W oddali brama mety. Przy barierkach tłum kibiców. Cisnę ile fabryka dała. Obok mnie zawodnicy z niebieskimi numerami. Wspólnie łatwiej zmusić się do szybkiego finiszu. Na zegarze przy bramie 12:55 z jakimiś sekundami. Wiem że się udało. Mijam metę. Patrzę na swój zegarek. Czas bezpiecznie poniżej 13 godzin. Później w wynikach sprawdziłem 12:56:46, 5 miejsce w kategorii, 76 open. Medal, woda, piwo. Rozmowy ze znajomymi. Po kilku minutach wpada Arek. Nie może uwierzyć, że byłem przed nim. Pomału wracamy na kwaterę. Umyć się, przebrać i wrócić na pasta-party. Makaron z sosem smakuje, ale trochę go mało. Arek zabiera mnie na pierogi do knajpki, którą dobrze zna. Naprawdę były pyszne. Wracamy. Pakuję się i idę na dworzec skąd o 22 zabierze mnie autobus na pociąg do Krakowa. W sobotę wraca mało osób, więc nie miałem problemu by się wyspać. W pociągu byłem sam w przedziale.