Półmaraton Praski

Półmaraton Praski

Półmaraton Praski nie był zaplanowanym startem. Rok temu chciałem go pobiec, ale po tym jak przed Bydgoszczą dopadła mnie choroba nie było szans. Po dwóch tygodniach brania antybiotyku musiałem zrezygnować. W tym roku stwierdziłem, że bieg w weekend między Bydgoszczą i Malborkiem nie ma sensu. Jednak gdy, zbliżał się dzień startu. Zobaczyłem przygotowania do biegu pod moim domem, a regeneracja szła bardzo dobrze uznałem, że można się przebiec. Wiedziałem, że nie mogę przycisnąć, ale mocniejszy trening w komfortowych warunkach można zrobić. W piątek się zapisałem podając czas planowany 1:45 by mnie przydzielili do właściwej strefy. Uważam, że to dobry pomysł by przydzielać do stref w zależności od planu, a nie od życiówki. Poszedłem do biura zawodów i odebrałem pakiet startowy.

Start 8:30. Budzę się gdzieś piętnaście po siódmej. Leciutkie śniadanko, jest jeszcze czas by chwilę poleżeć. Z domu wychodzę dziesięć po ósmej. Spokojnie, do startu mam niewiele ponad kilometr. Truchtam do parku, spotykam kolegów z Zielonki. Idziemy zająć miejsca w swoich strefach. Jest bardzo tłoczno ciężko się przebić. W końcu przebijam się do peacemakerów z balonikami na planowany czas. Postanowiłem, że będę się ich trzymał i wprowadziłem sobie zakaz wyprzedzania. Ma być spokojnie.

Startujemy falami. Poszczególne grupy są puszczane co kilkadziesiąt sekund. Przy tej ilości zawodników to jedyne rozsądne wyjście. Czas i tak się liczy netto. Ruszamy z Zielenieckiej, mijamy Teatr Powszechny, skręcamy w Grochowską, Rogatki, Wedel. Jest gęsto. Biegnę za peacemakerami. Przesuwamy się jak nurt rzeki, która przy brzegach płynie wolniej. Mińska, Terespolska, Podskarbińska. Mijamy kolejne ulice. Rondo Wiatraczna. Skręt w Waszyngtona. Pośród kibiców widzę Paulinę z rodziną. Biegnę spokojnie. Grenadierów, Kinowa, działki. Z przodu dostrzegam kogoś w koszulce „Runner’s Bergamo”, dobrze znam to logo. Podbiegam zamieniam z nim kilka słów. Mówię, o moim starcie w Bergamo, a on, że tam mieszka i był zespole organizacyjnym. Po chwili się rozstajemy. Dla mnie za duże tempo.

Mijam czwarty kilometr i wypatruję małżonki, która wyszła przed dom by mi kibicować. W tym miejscu rozdziela się trasa. Piątka odchodzi w prawo, na metę do parku. My biegniemy dalej prosto. Zrobiło się jakoś luźniej. Skręt z Ronda Waszyngtona w ul. Francuską. Tu się zgromadził spory tłum kibiców. Jest super. Tak często tędy biegałem, lecz nigdy środkiem ulicy. Zakręt w Zwycięzców i Saska. Wiadukt nad Trasą Łazienkowską , Afrykańska i dalej prosto na Gocław. Z ul.Bora-Komorowskiego skręcamy w ul.Abrachama. Zbliża się 9 km. Tu kibicuje Ojla z Iwonką. Witam się z dziewczynami, zamieniam dwa słowa i w drogę, bo trochę mi uciekł balonik. Nie szarpię, spokojnie doganiam ich po dwóch kilometrach .

Półmaraton Praski

Jest bardzo gorącą, słońce przygrzewa. Mnie to zupełnie nie przeszkadza. Punktów odżywczych jest dużo. Wolontariusze, zwłaszcza Ci młodsi z ogromną radością polewają biegaczy. Trzeba przyznać, że nie idą na żywioł, tylko najpierw pytają czy polać. Biegnę Umińskiego, Komorowskiego, Fieldorfa. Rozpoznaję wśród kibiców znajome twarze. Skręt na Wał Miedzeszyński. Po drugiej stronie też biegną jakieś baloniki, chyba na 1:30?. Ja trzymam się swoich, tych z 1:45. Przebiegamy pod wiaduktem Trasy Siekierkowskiej, kawałek prosto i przy Kadetów nawrót na drugą stronę ulicy. Biegniemy drugim pasem. Lubię takie biegi. Bo to okazja by biec ulicami, które na co dzień nie są dostępne dla pieszych. Ma to swój urok. Pozwala spojrzeć z innej perspektywy.

Wzdłuż Wału trzymamy się lewej strony. Na tym odcinku wysokie drzewa rzucają cień. Gorąco. Nasza grupka rzednieje, rozciąga się. Tempo mam równe, czuję się świetnie. Piętnasty, szesnasty, kolejne kilometry szybko mijają. Już jest dość blisko do mety. Wyjazd z Brukselskiej, kolejna znajoma, Ula z pociechą. Przebiegam pod trasą, mijam Zwycięzców i moje stare liceum. Pamiętam jak nasz wuefista kazał mam biegać po Wale do Mostu Poniatowskiego, a czasem nawet na błonia Stadionu 10 Lecia. To było dla nas tak duże wyzwanie. Tym razem Most Poniatowskiego pojawił się dosłownie po chwili. Jak bardzo zmieniło się moje spojrzenie na dystans.

Stadion Narodowy, Most Kolejowy, Wybrzeże Szczecińskie, skręt w prawo. Sokola, Port Praski, Stacja Metra, Zamojskiego, Marcikowskiego, Targowa. Biegniemy przez kawałek starej Pragi. Dwudziesty kilometr, lekko przyspieszam. Skręt w Zieleniecką. Finisz. Biegnę niesiony dopingiem kibiców. Skręcam do parku. To jest odcinek, na którym zimą trenuję podbiegi. Teraz mam tylko w dół, niesie. Tłum kibiców gęstnieje. Na wprost brama. Wzrokiem próbuje odnaleźć żonę. Przekraczam metę. Dostaję medal. Z prawej woła mnie Marzenka. Ona mnie wypatrzyła. Wychodzę ze strefy, wracamy do domu przez park. Czas 1:43:44, plan wykonany. Miało być spokojnie, na luzie. I tak właśnie wyszło pomimo upału. Nieraz o taki czas musiałem mocno walczyć, a teraz po prostu jest forma.

zdjęcia serwis FotoMaraton.pl