Łemkowyna Ultra Trial 2016

Panta rhei

„Panta rhei” tymi słowami Heraklita z Efezu rozpoczyna się informator tegorocznej Łemkowyny. Były to prorocze słowa. Dalej organizatorzy napisali „Mamy też kilka niespodzianek, które zobaczycie dopiero na trasie”. Ciekawe ile z niespodzianek jakie zobaczyliśmy zaskoczyło też organizatorów. Mnie najbardziej zaskoczyło to, że błoto może mieć tyle odmian, o tak różnorodnych właściwościach fizykochemicznych. Tych drugich nie sprawdzałem, ale te fizyczne starałem się ogarnąć. Szczególnie skupiłem się na takich cechach substancji jak gęstość, lepkość, siła wyporu, ciśnienie hydrostatyczne, właściwości cierne. Coś z pogranicza edafologii stosowanej, czyli jak wdepnąć by się nie wy…, hm…, to znaczy by pozostać w pozycji, w której oś główna ciała (axes verticales) jest skierowana w stronę środka ziemi. Instynkt przetrwania i chęć ukończenia w jak najlepszym czasie odsunęły na dalszy plan wrodzoną ciekawość inżyniera.

Łemkowyna Ultra Trial 2016

Do Krynicy pojechałem z Kaziem, który biegł osiemdziesiątkę, jego siostrzenicą Marysią, która zgodziła się zapewnić nam logistykę transportową oraz Arkiem, który tak jak ja postanowił zawalczyć z najdłuższym dystansem. W zeszłym roku Kazio i Arek biegli ŁUT 70 i zabrali mnie z Komańczy. Do Krynicy pojechałem pociągiem, co było pierwszym błędem jaki wtedy popełniłem. Tym razem logistyką zajęli się koledzy i swoje zadanie wykonali perfekcyjnie. Z Warszawy wyjechaliśmy o dziesiątej, dzięki czemu mogłem się wyspać. Po drodze zatrzymaliśmy się kilka razy, co pozwoliło rozruszać mięśnie i rozprostować kości. W Krynicy był zarezerwowany dla Marysi pokój na tyle duży, że przed startem mogliśmy się zdrzemnąć. Pełen profesjonalizm.

Łemkowyna Ultra Trial 2016

Na start przed Pijalnią Główną dotarłem z Arkiem pół godziny przed czasem. Oddaliśmy depozyty na metę i przepak w Chyrowej. Deszcz akurat ustał. Podgrzewana przez spikera atmosfera robiła się gorąca. Wejście do stref, zapalenie tylnego światła, końcowe odliczanie i start. Ruszyliśmy z Arkiem spokojnie. Bulwary Dietla, szeroka ulica Puławskiego i strome wejście na szlak prowadzący na Huzary. Wspinamy się gęsiego. Mijamy szczyt i w dół. Arek, gdzieś zniknął na zbiegu. Zaczyna padać. Docieramy do rzeczki Kamienica. Jak dobrze pamiętam w zeszłym roku dało się ją przejść suchą nogą po kilku kamieniach. W tym roku na szczęście zrobiono przejście po betonowych słupach. Mochnaczka, Banica i pierwszy punkt przesunięty w tym roku do Siwejki.

Łemkowyna Ultra Trial 2016

Dwa kubki coli, ciasteczko, garść rodzynek i w drogę. Jak na większości tego typu biegów trzeba mieć własny kubek. W poprzednich latach wychodziłem z założenia, że wystarczy mi to co mam w bukłaku, ale w tym kupiłem sobie silikonowy kubek i uważam, że to rewelacja. Dzięki temu można napić się czegoś innego, a nie tylko izotonik i izotonik. Biegniemy, podchodzimy, walczymy z błotem, ale myślałem, że będzie gorzej (później przekonam się, że będzie).  Na początku trasy błoto jakieś lepsze, mniej śliskie. Przypuszczam, że to kwestia mieszanki. To błoto z pierwszego odcinka trasy zawierało więcej żwiru, dzięki czemu miało większą przyczepność. Nie zmienia to faktu, że właśnie na tym odcinku jeden z poślizgów zakończył się niegroźnym upadkiem. Leje dość intensywnie. Biegnę starając utrzymać się dobre jak mi się wydawało tempo. Robi się szaro, można wyłączyć czołówkę.

Łemkowyna Ultra Trial 2016

Bartne, drugi punkt. Jest 7 rano. Ciepłe śniadanie, pomidorowa z kluskami i pieczone ziemniaczki. Pycha. Dociera do mnie, że biegnę za szybko. Planowałem być tu godzinę później. Wychodzę na szlak. Zaraz zaczyna się podmokły teren. Truchtam, nawet nie próbując szukać obejść. Butom jest wszystko jedno, mnie też.  W górę napieram jak wcześniej, ale w dół staram się biec wolniej, ostrożniej. Wiem, że w tych warunkach zbieganie mocno obciąża kolana. Deszcz nieco zelżał. Góry w jesiennej szacie są piękne nawet przy takiej pogodzie. Wszechobecna żółć liści sprawia, że las wygląda jakby między drzewami prześwitywało słońce. Chyrowa, na zegarku 13, tempo tego odcinka zgodne z planem. Z przepaku rezygnuję, nie ma sensu zmieniać skarpetek, czy ubierać się w suche rzeczy.  Po tym jak w zeszłym roku błota nie było, a na trasie tylko dwa strumienie, przez które dało się przejść suchą nogą organizatorzy obiecali poprawę i dołożyli wszelkich starań by wynagrodzić to zawodnikom. Nie tylko udało im się zapewnić standardową ilość wody i błota, ale dostarczyli też zaległe zasoby i to wraz z odsetkami.

Łemkowyna Ultra Trial 2016

Cegrowa, przedziwna góra tak nietypowa w tym rejonie. Nie widziałem jej w zeszłym roku. Owszem, tak jak w tym roku była na trasie, ale ja byłem na niej w środku nocy i nie zdawałem sobie sprawy z tego jak ona wygląda. Strome podejście przy takim błocie dało się mocno we znaki. Bieg wąskim grzbietem, z którego roztaczał się fantastyczny widok na rozświetlone zachodzącym słońcem Beskidy. Na koniec dnia słoneczko łaskawie wyjrzało zza chmur. Niesamowita feria barw, chyba wszystkie możliwe odcienie żółci, czerwieni i brązu. Trzeba jednak bardzo uważać na trasę, bo ścieżka naprawdę wąska, a stoki bardzo stronę. Zwłaszcza północny, ten po lewej. Stromy zbieg, sprowadził nas kolorowym jarem do asfaltowej drogi. Stabilna nawierzchnia daje wytchnienie stawom, lecz stopy przyzwyczaiły się do miękkiego podłoża i bardzo są niezadowolone. Lubatowa, Iwonicz Zdrój, muszla koncertowa.

Łemkowyna Ultra Trial 2016

Siedemnaście godzin w trasie 100 kilometrów w nogach. Popijam kawą kabanosy. Przegryzam kawałek twardego żółtego sera i w drogę. Wiem, że mocno zwolniłem. Ostatnie 20 kilometrów zajęło mi  ponad cztery godziny. Jest po siedemnastej. Za chwilę nadejdzie zmierzch. Jeszcze kawałek biegnę przez miasto. Szlak skręca w góry, na leśny dukt. Na podejściu wyciągam czołówkę, wymieniam baterie, napieram. Jestem sam. Tak będzie przez większość czasu do końca.

Łemkowyna Ultra Trial 2016

Między drzewami snują się mgły. Efekt jest niesamowity. Gwałtownie przed oczami powietrze eksploduje blaskiem, oślepia. Widoczność spada do półtora, może dwóch metrów. Tylko elementy odblaskowe przymocowane do margentowych taśm Łemkowyny pobłyskują tańcząc na wietrze. Mgła znika równie nagle jak się pojawiła, jakby ktoś pociął ją nożem na małe kawałki. Widok niezapomniany. Kontem oka dostrzegam świecące po lewej oczyska. Odruchowo skręcam głowę i widzę w świetle czołówki szary kształt. Sterczące uszy, grzbiet i ogon. Przez chwilę patrzymy na siebie i każdy czmycha w swoją stronę. Czy to jakiś zabłąkany pies? Do najbliższej wsi jest dość daleko. Był duży i szary jak wilk, ale w tym świetle wszystko jest szare. Stał nieco wyżej na stoku, na lisa za duży. Cóż, tej zagadki nigdy nie uda mi się rozwiązać.

Łemkowyna Ultra Trial 2016

Ostatnie pięćdziesiąt kilometrów biegnę praktycznie sam. Owszem przez chwilę biegłem z Dawidem, który mnie dogonił po tym jak jego kolega zrezygnował w Iwoniczu, ale to tylko chwila, kilka jakże potrzebnych słów. Był dużo mocniejszy, mogłem tylko patrzeć jak migoczące czerwone światło tonęło w mroku. Później jeszcze minęły mnie dwie, trzy osoby. Ja też kogoś minąłem, ale to tylko chwile. Szum wiatru, spadające z liści krople, pohukiwanie sów i mlaskanie błota. Takie dźwięki towarzyszyły na tym odcinku. W głowie grała mi Wolna Grupa Bukowina. „Był Beskid i były słowa … „. Nic dziwnego, że tak ciężko było opuścić gwarny punkt w Puławach, gdzie przemili wolontariusze serwowali wyjątkową zupę dyniową.

Łemkowyna Ultra Trial 2016

Oczywiście wolontariusze wszędzie byli fantastyczni. Ci na punktach i ci poza nimi, serwujący napoje i jedzenie, kierujący w trudnych miejscach na trasie, czy spisujący numery na lotnych punktach. Zawsze zachwyca mnie ich radość, entuzjazm i życzliwość. W każdym wpisie będę dziękował im za to, że są. Dotyczy to też goprowców, którzy patrolowali trasę i choć pojawiali się z rzadka, pytając o to jak idzie, to wiem że czuwali przez cały czas, by w radzie potrzeby ruszyć na ratunek. Nie było oczywiście biegu bez organizatorów, niewielkiej w porównaniu z wolontariuszami grupki ludzi, którzy wymyślili i perfekcyjnie przygotowali ten bieg. Logistycznie to jest niesamowite wyzwanie. Znając co nieco realia to wiem, że już jak tylko uda im się posprzątać i pozamykać wszystkie sprawy związane z tegoroczną edycją znaczną przygotowywać następną. Są też wspaniali fotografowie, którzy nie zważając na warunki robią fantastyczne zdjęcia. Dzięki nim może my się podzielić naszymi przeżyciami z rodziną i przyjaciółmi, a po latach wspominać te chwile. To niesamowite jak potrafią złapać chwilę, oddać atmosferę, zawrzeć w kadrze to wydaje się nieuchwytne. Wszystkim Wam, którzy współtworzycie ten bieg należą się ogromne podziękowania i gratulacje.

Łemkowyna Ultra Trial 2016

Wybiegam z Puław. Dwanaście minut w cieple i na zewnątrz zaczyna mną telepać. Na podejściu błyskawiczne się rozgrzewam. Las, łąka, długi łagodny grzbiet. W tej części gór błoto zupełnie inne. Lepkie, maziste, jak zaprawa szpachlowa. Czepia się butów, nie trzyma podłoża. Tam gdzie się da biegnę po trawach. Zauważyłem, że na leśnych duktach w miejscach gdzie płynie woda błoto jest bardziej stabilne i mniej się przykleja. Nad horyzontem pojawił się księżyc. Malutki żółty rożek. Ech, w zeszłym roku jak świecił, to na otwartej przestrzeni gasiłem czołówkę. Na leśnych odcinkach, wciąż pojawiają się mgły. Chwilami wzmaga się wiatr. Oszronione drzewa i liście tworzą bajkowy klimat. Jakby za chwilę miała nadjechać Królowa Śniegu. Jest blisko, już zagarnęła Tatry.

Łemkowyna Ultra Trial 2016

Przełęcz Tokarnia i długi zbieg do ostatniego punktu. Kawa o pierwszej smakuje wybornie. Jest bardzo mocna, ciepła. Ostatnie podejście, szeroki grzbiet, błoto, trawy. Daje się trochę biec. Z daleka wiatr niesie zapach dymu. Ostatnia watra przed metą. Rok temu tu biegłem za dnia. Teraz już tylko w dół. Ten stok mi jakoś pasuje. Kąt nachylenia ułatwia bieg, a błotko jakby ciut stabilniejsze. Krótki stromy odcinek, asfalt i światła. Komańcza. Zamiast wiaduktu, skręt w lewo i podbieg na nasyp. Chwilowe obejście, remont wiaduktu. Szeroka szosa. Przebiegam na chodnik. Gaszę czołówkę. Latarnie dają lepsze światło. Mimo wniesienia biegnę. Coś mnie pogania, niesie do mety. Chwilami przechodzę w marsz, ale mi nie pasuje i biegnę dalej. Skręt za kościołem. Droga, na której o tej porze stawałem do startu w Rzeźniku. Jeszcze kilkaset metrów, błotnista polana, brama i wrzawa na mecie. Medal, bluza, płonąca watra. Ostatnia tej nocy.

Łemkowyna Ultra Trial 2016

Ciepły posiłek. Nie wiem z czego była ta zupa, ale smakowała rewelacyjnie, kasza z warzywami też była dobra, ale ta zupa, tak jak dyniowa miały coś w sobie takiego, czego nigdzie indziej nie jadłem, oryginalny, wyjątkowy smak. Przejazd do szkoły, prysznic i sen. Zasypiam szybko i szybko się budzę trochę po siódmej. Nie mogę już zasnąć, leżę. Pomału ludzie zaczynają się zbierać. O ósmej odjeżdżają pierwsze autobusy do Krynicy i Krosna. Wciąż docierają kolejni zawodnicy. Jedni z mety, inni z punktów, na których zeszli. Wszyscy zmęczeni i ubłoceni. Bieg jeszcze trwa. Wpół do dziesiątej przyjeżdża Kazio z Marysią i Arkiem. Wracamy. Wymieniamy się wrażeniami. Kazio zakończył tak jak planował. Arek zszedł w Chyrowej. Około południa sprawdzamy wyniki. ŁUT 80 ukończyło  w limicie 60 osób. Kazio z czasem 14:54:00 był 40.  ŁUT 150 ukończyło w limicie 169 osób. Ja z czasem 27:15:17 zająłem 44 miejsce. Niesamowity bieg, nieprawdopodobne emocje.

zdjęcia Piotr Oleszak