Mój pierwszy Triathlon

6 sierpnia 2005r. – Triatlon na dystansie olimpijskim zorganizowany przez Klub Lechitów z Zielonki.

  • pływanie – 1,5km
  • jazda na rowerze – 40km
  • bieg – 10km

Pełen obaw zdecydowałem się na start. Nie licząc kilku dni w ostatnich tygodniach od lat nie pływałem, a na rowerze nie jeździłem od liceum. Co tam tego się nie zapomina.

odprawa przed startem
odprawa przed startem

Do Zielonki przyjeżdżam z opóźnieniem, pożyczam od Marka rower i jedziemy na glinianki. Rozgrzewka, ratownicy rozstawiają boje. Przebieramy się i do wody. Wszyscy narzekają, że woda zimna, dla mnie jest ok – ostatni tydzień pływałem w Bałtyku.

Pamiątkowe zdjęcie i sygnał startera …

Płyniemy. Ja, Marek i Bogdan zabezpieczamy tyły, ale co tam na biegu się odbije (nic bardziej mylnego). Najważniejsze dopłynąć – dobrze, że organizatorzy zapewnili ratowników. Kolejne pętle, łatwo nie jest. Ostatnia prosta, próbuję przyspieszyć przechodząc do kraula. Błąd, mięśnie reagują skurczem.

glinianki
glinianki

Wracam do żabki i rozglądam się za łodzią z ratownikiem. Pomogło. Do brzegu już nie daleko, dotrwam. Wychodzę z wody, nie mogę ustać na nogach – podobno po 50 minutach w wodzie to normalne. Dojście do siebie i przebranie zajmuje mi prawie sześć minut.

Wsiadam na rower, ruszam. Marek tuż przede mną, staram się go utrzymać. Nie znam trasy, a i na rowerze nie czuje się zbyt mocny. W efekcie Marek oddalił się na tyle, że nie zauważyłem gdy skręcił – znikający punkt. Jadę, skręcam w prawo, a z lewej woła mnie jeden z zawodników. Zawracam. Miałem szczęście, straciłem niewiele, gdybym tak pojechał w prawo? wyciągam plan i zaczynam mu się przyglądać. Moja taktyka trzymania się Marka zawiodła, jestem sam. Jadę już dobrą trasą, dojeżdżam do wiaduktu, skręcam w prawo i po dwóch kilometrach wracam do skrzyżowania, na którym już byłem, tylko z innej strony – tym razem z dobrej. Mijam jadących z naprzeciwka, oni są już na drugiej pętli. Dojeżdżam do miejsca startu przy gliniankach, doping zgromadzonych kibiców i mobilizacja. Pozdrawiam i jadę dalej. Wjeżdżam do Zielonki, skrupulatnie przeglądam plan. Skręcam, widzę przed sobą zamknięty szlaban, nic nie szkodzi i tak miałem jechać w drugą stronę. Jadę dalej – jedne, drugie światła z daleka zwalniam by nie stać na czerwonym, cmentarz – zakręt w prawo. Patrzę na plan, nazwy ulic się zgadzają.

na szosie
na szosie

Wracam w stronę glinianek. Mijam parking i pozdrawiających kibiców. Ktoś proponuje mi picie, dziękuję – kolejny błąd, ale to zrozumiałem później. Jadę zadowolony, druga pętla trasę już znam. Mijam kolejnych zawodników jadących z naprzeciwka, oni już kończą. Teraz nawigacyjnie droga nie sprawia mi problemów. Zakręt przy szkole (ten poprzednio przeoczyłem i musiałem tu wracać), wiadukt, stacja benzynowa, zakręt przed sklepem (stąd wracałem). Znowu mijam parking, z kibicami, znowu dziękuję za picie, znowu błąd. Czuję się jakbym był w domu, prosta i krótsza pętla po mieście, potem już tylko bieg.

Trasę pamiętam, chowam plan – kolejny błąd. Dojeżdżam do drogi ze szlabanem po lewej, skręcam w prawo, przede mną prosta droga i zakręt przy cmentarzu. Czuję zmęczenie, w głowie szumi jak po paru piwach. Należało skorzystać z tego picia. Chyba skręciłem za wcześnie (nie potrafię odtworzyć którędy jechałem), jedna ulica, druga wyciągam plan patrzę, ulica się zgadza. Dojeżdżam do skrzyżowania – z drugiej strony po prawej widzę cmentarz, jechałem dobrą ulicą tylko w złą stronę. Zawracam, jadę do parkingu, odstawiam rower. Nogi jakieś dziwne, ale jest fajnie, bo siodełko nie uwiera. Kolejny błąd – nie zauważyłem, jak przekraczam linie startu biegu. Trudno muszę się napić i zjeść batona.

bieg dookoła glinianek
bieg dookoła glinianek

Jestem zadowolony, najgorsze mam już za sobą. Widzę jak dojeżdża Marek – skąd on się wziął, miał przecież ogromną przewagę (później się dowiedziałem, że też błądził). Ruszam, nie tracę czasu. Trasa biegu prowadzi na pętli dookoła glinianek. Po kilkuset metrach zaczyna się biec dobrze, wpadam w rytm. Miękka ziemna ścieżka jest miła w dotyku (nie to, co siodełko). Mijam kolejnych zawodników, ale to nic nie znaczy oni mają więcej pętli i tak ich nie dogonię, każdym razie nie wszystkich. Ostatnia pętla, agrafka i wpadam na metę.

Udało się, ukończyłem! To zupełnie inne przeżycie niż samo bieganie. Wymaga większej koncentracji. To cięższe niż biegi górskie. Szczególnie dla kogoś, kto jest przygotowany tylko do biegu.

Zdjęcia: Lechici