Korea – jedna podróż – dwa światy

6 IAU 24H World Challange
18-19 Października 2008

Po moim udanym starcie w Mistrzostwach Polski otrzymałem powołanie do reprezentacji na Mistrzostwa Świata. To było jak sen. Będąc nastolatkiem, jak wielu marzyłem by stać się reprezentantem, ale moim największym osiągnięciem był udział w reprezentacji szkoły w sztafecie 4 x 400m. Zresztą bieganie nie było moim ulubionym sportem, zdecydowanie wolałem grać w piłkę. Gdy po latach zacząłem biegać nawet przez myśl mi nie przeszło, że może mnie spotkać taka przygoda.

Hotel Ohmom-Gyo Co-op Residence
Hotel Ohmom-Gyo Co-op Residence

Do Korei poleciałem 14 października z przesiadką w Helsinkach. Po kilkunastu godzinach, już 15 rano wylądowałem na lotnisku Incheon International Airport, skąd wraz z reprezentantami z kilku innych krajów zostaliśmy przewiezieni do hotelu Ohmom-Gyo Co-op Residence w dzielnicy Youngdungpo-Gu. Pierwszego dnia wybrałem się wraz z Tadeuszem Dziekońskim Dyrektorem Zawodów z ramienia IAU w rejon, gdzie miały być rozgrywane zawody. Dojście z hotelu do stadionu prowadziło przez tereny rekreacyjne, które ciągnęły się wzdłuż rzeki Anyang-Cheon. Stadion to trochę wygórowane określenie, była to betonowa 400m bieżnia z dwoma zadaszonymi grupami ławeczek. Najważniejsze było jednak znakomite oświetlenie w postaci czterech jupiterów, których mógłby pozazdrościć niejeden prawdziwy stadion. Obok znajdowały się dwa boiska piłkarskie, a wzdłuż rzeki ciągnęła się ścieżka rowerowa. Widziałem wielu rowerzystów, biegaczy i rolkarzy, a na boiskach drużyny piłkarskie wraz z kibicami.

centrum Seulu
centrum Seulu

Spore wrażenie zrobiła na mnie wszechobecna mgła. Zaniepokoił mnie widok ludzi w maskach na twarzach. Niestety, wprawdzie tego dnia było dość pochmurno jednak efekt zamglenia był znacznie wzmocniony przez smog. Jak się później przekonałem nawet w bezchmurny dzień było zamglenie. Po południu wybrałem się do centrum Seulu, w rejon ulicy Insadong. Zwiedziłem pałac Unhyon-gung i uliczki centrum Seoulu, zmieniające swój wygląd wraz z zachodem słońca i zmianą oświetlenia. Wieczorem wybrałem się razem z Markiem Gulbierzem, moim współlokatorem, znakomitym długodystansowcem na ostatni przed startem trening i pobiegałem trochę po przyszłej trasie biegu. Pomimo siedmiogodzinnej różnicy czasu zasnąłem bez problemu około godziny 21 (14 w Warszawie), ale to nic dziwnego nie spałem od ponad 36 godzin.

Pałac Królewski Gyongbokgung
Pałac Królewski Gyongbokgung

16 października – budzę się rano ok. 8 (w kraju to już 15), nie spieszę się. Pamiętam przestrogi trenera by nie przesadzić ze zwiedzaniem. Po śniadaniu wyruszyłem do metra i pojechałem zwiedzać Pałac Królewski Gyongbokgung. Zwiedzanie zajęło mi kilka godzin. Na początku obserwowałem zmianę warty. Oddziały w historycznych, niezwykle barwnych strojach, orkiestra, złożona ceremonia. Całość trwała ponad godzinę. Później spacerowałem mijając kolejne bramy, dziedzińce, zabudowania. Trafiłem również do National Folk Muzeum, gdzie mogłem się przyjrzeć historii Korei od czasów prehistorycznych i tradycyjnemu życiu koreańskiej wsi, a także odpocząć w bezpłatnej (nie licząc ceny kawy) kawiarence internetowej.

Pałac Królewski Gyongbokgung
Pałac Królewski Gyongbokgung

Wracając zwiedziłem świątynię buddyjską Beomnyeonsa i znów podziwiałem centrum Seoulu, gdzie nowoczesność i historia przenikają się w niezwykły, magiczny sposób.

Dzielnica Youngdungpo-Gu
Dzielnica Youngdungpo-Gu

Po południu spotkałem się z pozostałymi kolegami z kadry Tadeuszem Rutą, Augustem Jakubikiem, Andrzejem Urbaniakiem i Piotrem Kuryłą, którzy przylecieli dopiero we czwartek. Pod wieczór (określenie względne, przed zachodem) w strojach reprezentacyjnych wybraliśmy się na spacer w okolice naszego hotelu. Dzielnica Youngdungpo-Gu jest dzielnicą przemysłową, pełną warsztatów i sklepików.

17 października – dzień przed startem. Znów spałem dobrze. Przed południem wraz z Tadziem Rutą pojechaliśmy metrem do City Hall i zwiedziliśmy rejon Hong-Dong rozpoczynając od Anglikańskiej Katedry i najmłodszego w Seoulu, europejskiego w swoim charakterze pałacu Deoksungun. Oczywiście w kompleksie pałacowym znajdowały się również starsze obiekty, reprezentujące tradycyjny koreański styl budownictwa. Następnie poszliśmy do muzeum agrokultury, w którym poznaliśmy między innymi tajniki uprawy ryżu, skomplikowane systemy nawadniania.

pałac Deoksungun
pałac Deoksungun

Kolejnym obiektem był pałac Kyonghuigung, obok którego znajdowało się Muzeum Historyczne Seoulu. Idąc w stronę metra, widzieliśmy stojącą między wieżowcami nowoczesną, ruchomą rzeźbę Hammer Man. Ze względu na zaplanowaną na godzinę 14 odprawę techniczną musieliśmy na tym zakończyć i wrócić do hotelu. Zresztą i tak dzień przed startem trzeba było zachować rozsądek w zwiedzaniu. Odprawa rozpoczęła się zgodnie z planem. Zapoznaliśmy się jeszcze raz z regulaminem, otrzymaliśmy numery, chipy, identyfikatory. Wyjaśniono nam zasady obowiązujące w trakcie zawodów. Poznałem reprezentantów innych krajów, poczułem atmosferę wielkich zawodów. Zaczęła się krzątanina, napięcie rosło.

Hammer Man
Hammer Man

Czas spakować torbę na zawody, strój, odżywki, zapasowe buty, ubrania. Bardziej doświadczeni koledzy dzielą się ze mną uwagami, przekazują ostatnie rady. Przygotowanie, zwłaszcza rozrobienie dostateczniej ilości izotonika (10 butelek 0,5l) zajęło trochę czasu, a na 19:00 była zaplanowana uroczysta kolacja i oficjalne rozpoczęcie mistrzostw. Pośpiech i krzątanina sprawiają, iż atmosfera robi się coraz bardziej gorąca. Zjeżdżamy do restauracji, robimy zdjęcie w strojach reprezentacyjnych, odnajdujemy nasz stolik i rozpoczyna się uroczystość. Najpierw przemówienia i prezentacja poszczególnych drużyn: Australii, Belgii, Brazylii, Czech, Danii, Finlandii, Francji, Hiszpanii, Holandii, Irlandii, Japonii, Kanady, Korei, Niemiec, Norwegii, Nowej Zelandii, Polski, Rosji, Słowacji, Stanów Zjednoczonych, Szwajcarii, Szwecji, Tajwanu, Ukrainy, Węgier i Włoch. Później uroczysta kolacja (pasta-party), pamiątkowe zdjęcia. Czas leci szybko. Wracamy do pokoju. Jeszcze sprawdzam czy nic nie zapomniałem i kładziemy się spać. Niestety tym razem sen nie nadchodzi. Próbuję zasnąć, ale nie mogę – nic nie pomaga. Chwilami przysypiam, ale na krótko tysiące myśli wypełnia mi głowę, emocje, niepokój. Czasem tak bywa przed ważnym startem.

18 października 2008 – dzień startu.

Śniadanie od 6:00 rano. Solidny posiłek trzeba zjeść kilka godzin przed biegiem. Z pobudką nie miałem problemu. Czas leci szybko. Kolejny raz sprawdziłem wszystko i zniosłem torbę do samochodu.

w drodze na start
w drodze na start

Organizator przewoził rzeczy na start. Chwila oddechu, łyk izotonika. Zbieramy się, idziemy razem na start. Stadion wygląda zupełnie inaczej. Otoczony barierkami, maszty z flagami, wzdłuż dwóch boków namioty z boksami dla poszczególnych reprezentacji, brama startowa, telebim, scena. Z głośników dobiega muzyka. Boksy się zapełniają, trwa przed startowa krzątanina. Czas umila zespól Koreańskich tancerzy, a w wolnych chwilach robimy pamiątkowe zdjęcia. Jest 9:30, organizatorzy zapraszają na uroczystość otwarcia zawodów. Powitanie, przemówienia, robimy ostatnie zdjęcia, idziemy na linię startu. Przed nami brama, na niej dwa liczniki. Jeden będzie wskazywał czas biegu, a drugi czas do jego zakończenia. Emocje sięgają zenitu. Zbliża się godzina próby, godzina prawdy, godzina na którą tak długo czekałem.

Andrzej, Piotr, Konrad, Marek, August, Tadeusz
Andrzej, Piotr, Konrad, Marek, August, Tadeusz

Ruszamy. Biegniemy w kierunku przeciwnym do standardowego, okrążając stadion w prawo. Następnie skręt w lewo i wybiegamy w alejki otaczające stadion. Wzdłuż barierek zabezpieczających trasę kibice. Kolejny skręt w lewo, prosta i znów w lewo. Alejka prowadzi wzdłuż rzeki.

start

Staram się utrzymać ostrożne tempo. Wiem, że zbyt mocny początek zawsze źle się kończy. Kolejny skręt w lewo i zaczyna się strefa odświeżania. Wzdłuż krótszej prostej kilka namiotów i kolejny skręt w lewo. Strefa się ciągnie kilkaset metrów. Biegnę, mijam namiot naszej reprezentacji, który dzielimy ze Szwajcarami. Na końcu alejki punkty odżywcze i namiot medyczny. Kolejny skręt w lewo, znów jestem na bieżni. Mijam bramę, zamykam pierwsze okrążenie. Czas leci powoli. To dopiero początek, później nie będę liczył minut. Odliczam kolejne kółka co pięć odbijając na zegarku. Tempo mam dobre ok. 5:40-5:50 min/km. Krótka pętla (ok. 930 m) sprawia, że dość szybko mijają mnie zawodnicy z czołówki. Bezchmurne niebo i wyjątkowo dobra przejrzystość powietrza wróżą, że będzie gorąco. Wiem, że pić trzeba dużo. Stawka jest tak wymieszana, że trudno powiedzieć, kto jest za kim. Wiem, że z reprezentacji tylko Andrzej mnie nie zdublował, ale czuję już jego oddech na plecach. Nieważne, dobówka to walka z samym sobą.

6 IAU 24H World ChallangeRobi się coraz cieplej. Piję, polewam się wodą. Akurat dziś musiał się trafić najpiękniejszy dzień. Biegnę. Mijają godziny. Już nie czas, a krążenia określają rytm. Dobrze, że to jesień i słońce wcześnie zachodzi. Pomału robi się chłodniej.

Problemy techniczne z wyświetlaniem pomiaru dystansu, sprawiają, iż musimy liczyć na własne obliczenia. Z początku to nie problem, tempo równe ustabilizowane. Każdą piątkę biegnę z założeniem, że na 2 i 4 okrążeniu idę wzdłuż namiotów, pijąc i podjadając w marszu. Pięć okrążeń zajmuje mi około 27-30 minut. Więcej problemu sprawia mi obliczenie ilości pokonanych kilometrów. Andrzej podsuwa mi pomysł by liczyć „w drugą stronę” zakładając, że ilość kilometrów odpowiada ilości okrążeń plus 10%, czyli 50 km to 55 okrążeń. Jest w tym pewien błąd, ale niewielki i na korzyść.

6 IAU 24H World Challange

Jest już ciemno. Jupitery dają naprawdę mocne światło. Biegnę. Kibice wciąż dopingują. Wspierają wszystkich gorąco, choć swoich nieco mocniej. Pamiętam niektóre twarze. Rozpoznaję tych, którzy są z nami od rana. Licznik wskazuje 110 okrążeń, czas nieco lepszy od zamierzonego, dziesięć godzin i dwadzieścia parę minut. Pierwszą setkę mam już za sobą. Czuję się dobrze. Upał (maksymalna 27°C) zniosłem bez problemów. Piłem dużo. Zwalniam, po pierwszej setce wprowadzam lekki odpoczynek, tak jak w Krakowie. Wyświetlanie nadal nie działa. Organizatorzy drukują tabele w Excelu. Tadzio podaje mi wynik 99 km 733 m w 10:18:56. Godziny mijają coraz szybciej. Awaria oświetlenia, gasną dwa jupitery. Żartuję, że jak tak dalej pójdzie będą rozdawać czołówki. Półmetek, 12 godzin, szacuję dystans na jakieś 110 km, ale spadek tempa wydaje mi się zbyt duży. Chyba się pogubiłem w odbijaniu.

6 IAU 24H World Challange

Wciąż biegnie mi się dobrze, ale to dopiero połowa. Dostaję komunikat, w 12 godzin 1 minutę i 22 sekundy pokonałem 113 km 585 m. Biegnę. Marek mnie pyta o klucz do pokoju, jest wykończony. Od przyjazdu spał kiepsko, a po ponad 100 km to daje się mocno we znaki. Ze snem miałem szczęście, udało mi się szybko przestawić. Rady trenera poskutkowały. Kolejne kółka. Wykrakałem, gasną dwa pozostałe jupitery. Nie jest tak źle jak myślałem. Oświetlenie okolicy, nadrzecznej promenady i mostu, przy którym przebiegamy daje całkiem dobre światło. W parku po zmroku jest znacznie ciemniej.

Tempo nieco spadło, ale wciąż jest dobrze po 16:40:50 mam w nogach 155 km i 141 m. Zaczyna mnie boleć lewe kolano. To kiepska wróżba. Ze stawem nie ma żartów. Wydłużam odcinki marszu, rozciągam delikatnie mięśnie. Ból narasta, coraz trudniej wrócić z marszu do biegu, a zmiana rytmu staje się problemem. Gdy biegnę równo jest jakby lepiej. Kilka okrążeń biegnę bez zwalniania, ale czuję, że długo tak nie wytrzymam. Wprawdzie jest chłodno, ale jednak pić się chce. Andrzej i Piotrek mijają mnie regularnie, ale pozostałych nie widzę. Drukowane co godzinę komunikaty są dla mnie coraz mniej optymistyczne, w ciągu ostatnich dwóch godzin udało mi się pokonać tylko 12 km.

6 IAU 24H World Challange

W końcu za radą Andrzeja decyduję się ma masaż. Masażysta, pomimo iż niewidomy doskonale wyczuwa słabe punkty. Po ok. 10 minutach wracam na bieżnię, jak nowo narodzony. Znów mogę biec. Radość mnie trochę ponosi. Biegnę poniżej 6 min/km. Gdzieś podświadomie chcę nadrobić stracone kilometry, niestety nie trwa to zbyt długo. Zaczyna świtać. Grupka kibiców, znów się powiększa. Są tacy, którzy wytrwali przez całą noc. Myślę o tych, co w kraju, czy jest relacja w necie? Wiem, że wiele osób jest ze mną. Gdyby tu byli, też by wytrwali. Robi się chłodno, ubieram się cieplej. Kolano boli, znów muszę chodzić. Kolejny masaż, tym razem dwóch masażystów. Chwila wytchnienia i odprężenia. Dopadają mnie dreszcze. Zrobiło się naprawdę zimno, bez ruchu wysiadło wewnętrzne ogrzewanie. Okrywają mnie kocami. Szybko odzyskuję temperaturę i mogę wracać na trasę. Wychodząc słyszę przestrogę „Now you don’t run, only walk, remember you don’t run”.

6 IAU 24H World Challange

Początkowo grzecznie się słucham i idę. Nawet wychodzi mi to całkiem nieźle, udaje mi się przejść kółko w około siedem minut. Niestety tempo jest trochę za duże i sztuczne. Muszę zwolnić. Próbuję podbiegać, ale kolano szybko przywraca mnie do porządku. Jest już zupełnie jasno. Zostały już tylko dwie godziny. Pojawia się Marek, Tadeusz i August. Wrócili z hotelu, by wesprzeć nas na finiszu.

Liczę kółka. Myślę, czy uda mi się pokonać barierę 200 km?

Obliczenia nie wyglądają zbyt dobrze. Nadzieja w tym, że może zgubiłem gdzieś jakieś okrążenie. Znów próbuję podbiegać. Już tylko godzina i tylko kilka kilometrów do dwustu. Ból staje się nieznośny, schodzę na ostatni masaż. Tym razem króciutki, ale czasu już mało i niewiele da się zrobić. Masażysta nakleja mi plastry stabilizujące rzepkę i w drogę. Mijam bramę – zostało już tylko 50 minut.

6 IAU 24H World ChallangeIdę. Czas leci szybciej niż kilometry. Wiem, że bez biegu nie będzie 200. Już myślę tylko by dotrwać do końca. Piotrek i Andrzej przekroczyli dwusetkę. Czas znów się dłuży. Trzydzieści, piętnaście odliczam kolejne minuty. Widzę Andrzeja jak biegnie z flagą, kolejne flagi pojawiają się w rękach reprezentantów. Narasta euforia i radość. Kibice wzmagają doping, dodają otuchy. Niektórych rozpoznaję bez problemu, po twarzach, sposobie dopingowania, po głosie. Najtwardsi wytrwali z nami całą dobę. Słońce grzeje znów mocno, będzie pogodny dzień. Widać, że wszyscy nie mogą już doczekać się końca. Niby już wszystko poukładane, lecz walka trwa, o każdy metr, o każde miejsce, każdy walczy ze sobą i każdy walczy dla siebie. Porywa mnie radość finiszu, próbuję przyspieszać. Nic z tego, w ostatnie 5 minut pokonałem niecałe 450 m. Sędziowie rozstawiają się wzdłuż trasy. Rozpoczyna się końcowe odliczanie. Mijają 24 godziny. Stajemy, każdy tam, gdzie dotarł. Sędziowie błyskawicznie oznaczają miejsce i można wracać do swoich. Coś wypić, usiąść, odpocząć, na chwilę uciec do cienia.

6 IAU 24H World ChallangeWśród pań, których wystartowało 55 podium zdominowały Francuzki:

  1. Anne-Mare Vernet (Francja) – 239km 685m,
  2. Anne-Cecile Fontaine (Francja) – 239km 252m,
  3. Brigitte Bec (Francja) – 229km 818m.

Spośród 106 panów tryumfowali:

  1. Ryoichi Sekiya (Japonia) – 273km 366m,
  2. Fabien Hoblea (Francja) – 267km 074m,
  3. Yuji Sakai (Japonia) – 264km 389m.

Drużynowo wśród pań tryumfowały oczywiście Francuzki (708km 755m), a wśród panów Japończycy (785km 432m).

Polska reprezentacja zajęła 12 miejsce (616km 430m).

  1. Piotr KURYŁO – 211km 510m (41),
  2. Andrzej URBANIAK – 205km 932m (48),
  3. Konrad RÓŻYCKI – 198km 988m (54),
  4. Tadeusz RUTA – 144km 983m (90)
  5. Marek GULBIERZ – 128km 360m (97),
  6. August JAKUBIK – 113km 586m (100).

6 IAU 24H World Challange

Zbieramy się razem. Pakujemy torby. Szykujemy do powrotu. Jeszcze pamiątkowe zdjęcia pod bramą i …na chwilę robi mi się ciemno. Czuję, że lecę. Po chwili koledzy niosą mnie na trawnik, kładą z nogami na ławce i świat wraca na swoje miejsce. Ktoś podaje mi picie. Leżę, jest dobrze, nie chce mi się wstawać. Upał narasta, słońce praży. Przenoszę się z głową w cień namiotu. Zakończenie się opóźnia, więc decydujemy się wracać do hotelu. Prysznic zmywa zmęczenie, kładę się na chwilę, ale zasnąć nie mogę. Zbliża się pora obiadu. Zgłodniałem, nareszcie okazja porządnie się najeść.

6 IAU 24H World ChallangeNajpierw telefon do domu. Dzwonię, gdy słyszę zaspany głos żony uświadamiam sobie, że u niej dopiero po piątej. Wymieniamy kilka zdań i idę na obiad. Po obiedzie koledzy wybierają się zwiedzać Seoul. Skąd mają jeszcze siły. Wracam do pokoju. Przysypiam. Kolacja, a potem podsumowanie i pożegnanie. Większość wraca jutro do kraju. Rozmowy schodzą na temat przyszłości, planów i marzeń. Startów przyszłych i przeszłych. Wiele dowiaduje się od bardziej doświadczonych kolegów. Czas leci szybko, a trzeba się wcześnie położyć. Tym razem zasypiam twardo i bez problemów. Śpię całą noc spokojnie.

20 października – po 10 godzinach snu, budzę się bez problemów. Śniadanie, wreszcie mam odwagę spróbować wszystkiego. Kimchi (bardzo ostra sałatka z kapusty pekińskiej) zatyka dech w piersiach, ale ja uwielbiam ostre potrawy. Ruszamy z Markiem do metra. Jedziemy do stacji Jongno 3GA.

Jongmyo Rogal Shrine
Jongmyo Rogal Shrine

Wysiadamy i kierujemy się do Królewskiego Sanktuarium Jongmyo Rogal Shrine, słynnego obiektu znajdującego się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Najpierw zwiedzamy muzeum, gdzie na monitorze możemy oglądać przebieg odbywających się tu uroczystości religijnych oraz naczynia liturgiczne i fotografie. Następnie zwiedzamy obiekty takie jak kuchnia ze studnią (Jeonsacheong), pawilon królewski (Eosuksil) i pawilon dla orkiestry (Akgongcheong). Obiekty sakralne, w których odbywały się uroczystości imponują ogromem. W kompleksie znajdują się dwa takie obiekty, mniejszy Yoengnyeongjeon (Sala Wiecznego Pokoju) oraz większy, główny Jeongjeon. Jest to plac otoczony murem, którego najdłuższy bok stanowi budynek z podcieniami oraz znajdujące się po przeciwnej stronie pawilony poświęcone siedmiu bogom nieba (Gongsindang) oraz w dosłownym tłumaczeniu, zasługującym na pochwałę osobom urzędowym (Chilsandang).

Pałac Changgyeonggung
Pałac Changgyeonggung

Kompleks jest połączony mostem nad ulicą Yulgongno z pałacem Changgyeonggung. Pałac jest ulokowany u podnóża niewielkiej góry, a park i część obiektów są ulokowane na jej stokach. Ciszę i spokój zakłóca gwar i śmiech rozbawionych dzieciaków, ubranych w jednakowe, kolorowe ubranka. Mniejsze dzieciaki paradują w kolorowych dresach, a starsze chodzą w szkolnych mundurkach.

Chińska pagoda
Chińska pagoda

Zwiedzanie przerywamy odpoczywając nad stawem u stóp chińskiej pagody. Kolorowe liście odbijają się w lustrze wody, którego spokój mącą olbrzymie ryby, podobne do naszych karpi. Dochodzimy do oranżerii w końcu ogrodu i wracamy wzdłuż muru do głównej bramy, by później skierować się z powrotem do sanktuarium i wrócić do punktu wyjścia. Wychodząc z kompleksu zwracamy uwagę na tłum zgromadzony wśród drzew pobliskiego parku. Grupa ludzi, głównie starszych, choć są też i dzieci siedząc na karimatach gra w GO. Wokół grających wianuszki kibiców. Chodzimy wśród nich, przyglądając się grze. To niesamowite, ten spokój, ta ponad czasowość. Przejęci grą jakby nas nie zauważali. Na twarzach widać pasję i zaangażowanie.

Świątynia Chogyesa
Świątynia Chogyesa

Idziemy dalej poznawać miasto. Po dłuższym spacerze docieramy do największej w Seoulu świątyni Chogyesa. Na dziedziniec prowadzi brama. Główny pawilon kryje w swoim wnętrzu trzy ogromne, złote posągi Buddy. W głębi widać budynek mniejszej świątyni oraz pawilon z dzwonem i bębnem. Na placu przed świątynią pagoda. We wnętrzu trwa modlitwa. Przyglądamy się z boku, robimy kilka zdjęć i w ciszy się wycofujemy. Wracamy na ulicę Ujonggungno pełną sklepików z Buddyjskimi akcesoriami i pamiątkami dla turystów.

Świątynia Chogyesa
Świątynia Chogyesa

Idziemy dalej do Jongno Tower, której charakterystyczny kształt, stał się w ciągu tych kilku dni dla mnie drogowskazem, punktem odniesienia. Obok znajduje się największa 17 piętrowa złota pagoda, a po drugiej stronie ulicy pawilon Boshingak, w którym umieszczony był dzwon odmierzający rytm życia miasta. Oznajmiał on porę otwarcia i zamknięcia bram miejskich oraz ostrzegał w przypadku pożaru.

Jongno Tower
Jongno Tower

Podążamy dalej na południe w stronę bazaru Nandaemun. To nowoczesna cześć miasta z ogromnymi wieżowcami, przecięta wyglądającym jak kanał dopływem rzeki Han. Po drodze między budynkami widzimy wzgórze Namsan z wieżą telewizyjną i prowadzącą na wierzchołek kolejką linową. To niby tylko 262 m n.p.m, ale Seoul jest położony nisko, nad morzem i takie wzgórza górują nad miastem. Dochodzimy do Nandaemun i skręcamy w kolorowe uliczki bazaru. Zupełnie nie przypomina Jarmarku Europa. Wąskie uliczki pełne sklepików wtopionych w partery wysokich budynków. Gwar, kolorowe reklamy, rozmaite towary, tłum przechodniów, wśród których bez pośpiechu i przepychania przemieszczają się dostawcy na motorach.

Nandaemun
Nandaemun

Brama zachodnia Nandaemun, jest remontowana i można ją zobaczyć jedynie na zdjęciu wiszącym na rusztowaniach. Idziemy do metra przy City Hall. Wracamy linią, która jedzie mostem nad rzeką Han. Nie będzie czasu by zobaczyć ją z bliska, więc choć rzut oka przez okno wagonu. Dzień chyli się ku zachodowi, my już jesteśmy zmęczeni. Kładziemy się, trzeba wstać wcześnie rano. Marek jutro wylatuje, a ja mam w planie wycieczkę do Suwon.

21 października – śniadanie i znów do metra. Najpierw odwożę Marka do szybkiej kolei jadącej na lotnisko, a potem dalej metrem do Suwom, miejscowości położonej ok. 45km od Seoulu. Dojazd jest nieco skomplikowany, bo linia metra wychodzi na powierzchnię, rozgałęzia się, a z jednego peronu ruszają pociągi w różnych kierunkach. Stacja nie wygląda jak stacja metra, raczej jak stacja kolei.

Suwon
Suwon

Na szczęście Koreańczycy są uprzejmi i znają angielski. Największy problem jest wtedy, gdy ja próbuję przeczytać nazwę z angielskiego opisu. Oni czytają to zupełnie inaczej. Wysiadam w Suwon i zgodnie z wydrukowanym ze strony opisem znajduję informację turystyczną, kupuję bilet do Folk Village, w którym zawarta jest opłata za dowożący w obie strony autobus. Przy okazji dostaję mapkę Suwon, z której wynika, że miasto jest również bardzo ciekawe, a jego centrum stanowi średniowieczna, znakomicie zachowana warownia. Jestem zaskoczony, bo wcześniej nie znalazłem o tym informacji, a przed wyjazdem szukałem ciekawych miejsc w naprawdę różnych źródłach.

Folk Village
Folk Village

Autobus odjeżdża punktualnie o 10:00 (tak jak podano w Internecie) i po ok. 40 minutach jazdy przez miasto, pełne wieżowców i nowoczesnych osiedli, wysiadam na ogromnym parkingu. Kieruję się w stronę bramy, po przekroczeniu której odnoszę wrażenie jakbym znalazł się w innym świecie. Czas cofnął się o kilkaset lat. Wioska jest położona w zalesionej dolinie rzeki otoczonej wzgórzami.

 Folk Village
Folk Village

Jesienna aura nadała całości niesamowitej plastyczności i fantastycznego kolorytu. Idę mijając kolejne zabudowania. Mam mało czasu, bo wiem, że o 11 zaczynają się pokazy. Najpierw jest taniec farmerów. Niezwykle dynamiczny i urozmaicony. Widownia wokół areny, wypełniona jest dziećmi. Głosy zachwytu i dziecięce okrzyki potęgują efekt. Nikt nie reaguje tak żywiołowo i spontanicznie jak dzieciaki. Kolejne figury, zmiany rytmu. Nic tego nie odda, żadne słowa, żadne zdjęcia, to trzeba przeżyć, to trzeba zobaczyć na własne oczy, usłyszeć i poczuć ten rytm. Kolejny pokaz to akrobaci. Najpierw dziewczyny skaczące na huśtawce-ławeczce i kręcące salta, a potem dostojny, niezwykle spokojny linoskoczek. Chwila przerwy.

taniec farmerów
taniec farmerów

Szukam domu weselnego. Nie ma problemu, wszystko jest świetnie oznakowane. Kolejny pokaz to tradycyjne koreańskie wesele. Po weselu dłuższa chwila przerwy do następnego pokazu. Zwiedzam zagrody, zaglądam do chat i obejść. Skansen jest żywy, w zagrodach zwierzęta, a ludzie w tradycyjnych strojach zajmują się sezonowymi pracami.

pole ryżowe
pole ryżowe

Akurat trafiłem na zbiór ryżu. Pole ryżowe o tej porze roku wygląda inaczej niż sobie wyobrażamy, jest wysuszone. Mnie to nie dziwi. Technologię uprawy ryżu poznałem w muzeum agrokultury. Następny pokaz to woltyżerka z elementami walki z szablami, dzidami. Największe wrażenie robią na mnie jeźdźcy, którzy w pełnym galopie strzelają z łuków do tarczy. Dzieciaki też są zachwycone. To był ostatni pokaz, więc idę zwiedzać kolejne obiekty. Szkoła konfucjańska, młyn, zagrody, ukryty wśród skał posąg Buddy, kuźnia, bazar, browar, świątynia Buddyjska. Nawet nie zauważyłem jak szybko uciekł mi czas i słońce znalazło się nisko nad horyzontem. Tak wiele wrażeń, ale trzeba wracać, bo zaraz odjedzie autobus, a chciałbym jeszcze zobaczyć Suwon.

Folk Village
Folk Village

Autobus mnie dowiózł do dworca. Idę w stronę twierdzy Hwaseong. Mijam Paldamun, południową główną bramę i udaję się do pałacu Hwaseong Haenggung. Pałac podobny do tych z Seoulu. Mnóstwo podwórek, bram i budynków. Robi się szaro. Chmury przykryły niebo, a słońce chyli się ku zachodowi. Idę dalej. Mijam sanktuarium Hwaryeongjeon i docieram do północnych murów twierdzy przy bramie Hwaseomun.

Paldamun - brama południowa
Paldamun – brama południowa

Wchodzę na mury i kieruję się w stronę drugiej z bram głównych, północnej Janganmun. Zapada zmrok, moim oczom ukazują się fantastycznie oświetlone mury. Widok jest niesamowity. Dochodzę do Hwahongmun przepustu na rzece Suwoncheon. Jest już całkiem ciemno. Wracam przez miasto do bramy południowej i na stację metra.

22 października – ostatni dzień w Korei. Moim celem był Park Narodowy Bukhansan. Park obejmuje tereny górskie położone na północ od Seoulu.

Bukhansan
Bukhansan

Największy, dominujący masyw nosi nazwę Bukhansan, co tłumaczy się jako „góra na północ od Han” i składa się z trzech głównych wierzchołków: Baegundae (836), Insubong (810) oraz Mangyeongdae (799). Zwiedzając Seoul wielokrotnie widziałem te wzgórza, gdyż dla większości miasta masyw jest najbardziej charakterystycznym, widocznym z daleka punktem. Jest często odwiedzaną atrakcją turystyczną okolic stolicy, głównie dla celów wspinaczki i obserwacji ptaków. W rejonie znajdują się liczne zabytki, 500-letnie mury obronne Bukhansanseong z bramami oraz ponad setka rozrzuconych w dolinach i na stokach gór świątyń i klasztorów.

Budda
Budda

Jest pochmurno. Jadę zgodnie z opisem w przewodniku. Najpierw metrem, później autobusem. Przy wejściu do parku Bukhansanseong otrzymuję mapę oraz informację o najpopularniejszych w okolicy trasach. Ruszam według swoich planów. Przed wyjazdem zaplanowałem sobie pętlę, na około 7 godzin (według przewodnika). Góry wyglądają zupełnie inaczej niż sobie wyobrażałem. Wydają się znacznie bardziej wyniosłe, a bloki granitu w lekko łososiowym odcieniu, fantastycznie komponują się z barwami jesiennych liści. Idę wzdłuż potoku, to znaczy kamienie wskazują, że płynie tu potok, ale wody nie widać. Tylko delikatne szemranie zdradza jej obecność. Po kilkunastu minutach dochodzę do wtulonych w skałę zabudowań. Sklepiki, restauracje, stragany trochę jak w Kuźnicach tylko wystrój inny i zamiast oscypków, smażone w głębokim oleju placki oraz owoce morza.

Bukhansan
Bukhansan

Moją uwagę zwracają kijki trekingowe substytut ciupagi, śmieję się w myślach. Ich lekkość i wykonanie robią dobre wrażenie, a niska w przeliczeniu na nasze cena sprawia, że nie mogę się oprzeć. Zaopatrzony w kijki ruszam w dalszą drogę. Prowadząca między zabudowaniami droga szybko przechodzi w górską, wspinającą się na stok ścieżkę. Mijam bezwodną kaskadę (widziałem na zdjęciach, że to spory wodospad) i podchodzę dalej zerkając co chwilę w stronę granitowych płyt na stoku wzgórza Wonhyobong, mojego pierwszego celu. Po kilkudziesięciu minutach wychodzę na asfaltową drogę i docieram do kolejnych zabudowań. Znów pełno sklepów, restauracji, straganów. Idę wzdłuż drogi, z daleka słyszę cichą muzykę.

Świątynia Buddyjska
Świątynia Buddyjska

Zbliżam się do jej źródła i widzę w lesie na stoku posąg Buddy. Kilkaset metrów dalej napotykam znak odchodzącego w bok szlaku. Wynika z niego, że do świątyni Buddyjskiej jest 15 minut drogi. Skręcam, podchodzę. Znów słychać muzykę. Malutki budynek, a z jego wnętrza dobiega śpiew mnicha. Zaglądam do środka. Pusto, śpiew dobiega z głośników. Przepiękne, bogate wnętrze, złote posagi Buddy, naczynia liturgiczne. Świątynia położona w lesie, na stoku, kilkanaście minut od drogi, a u nas na dzień zamyka się kościoły. Wracam. Schodząc do drogi studiuję mapę. Wychodzi, że poszedłem za daleko. Pytam o drogę i wracam kilkaset metrów w dół, by skręcić na właściwy szlak. Kolejna świątynia, również otwarta. Zaglądam. Dalej szlak wchodzi w las.

Drewniany posąg
Drewniany posąg

Bajeczne barwy – jesień w górach, słońce nieśmiało przedziera się przez chmury. Robi się stromo. Dochodzę do wniosku, że kijki to dobry zakup. Mijam drewniane posągi. Ścieżka pnie się wciąż w górę. Mijam ludzi remontujących szlak, zupełnie jak u nas. Między drzewami dostrzegam mur. Wchodzę na przełęcz, przy bramie Bukmun. Znakomicie zachowane obwarowania średniowiecznej, górskiej twierdzy. Szlak prowadzi wzdłuż muru. Wychodzę na skalną płytę, skąd rozpościera się przepiękny widok. Do szczytu już niedaleko. Po kilku minutach jestem na Wonhyobong – 677 m n.p.m.. Widok zapiera dech w piersiach. Z lewej wyniosły masyw Bukhansan, z prawej tonący we mgle Seoul. Poniżej osłonięta od wiatru grupa turystów je coś z kartonów pałeczkami. Zawracam.

Wonhyobong, widok na Baegundae
Wonhyobong, widok na Baegundae

Przede mną Baegundae główny cel, najwyższy wierzchołek masywu mierzący 836 metrów. Wracam na przełęcz i w dół do rozwidlenia szlaków, by wrócić znów do wspinaczki. Na zejściu kolano daje się we znaki. W myślach dziękuję opatrzności za kijki. Czas mnie pogania, idę zbyt wolno. Według opisu powinienem być już na właściwym szczycie, a to dopiero punkt widokowy. Mam dwie godziny opóźnienia. Szlak znów prowadzi przez bajkowy świat. Mijam klasztor, jest zamknięty. Podchodzę bliżej, robię zdjęcia i znów do góry. Robi się stromo, na skalnych płytach poręcze. Podchodzę, kolano zdecydowanie woli podejścia. Znów widzę mur i kolejną bramę Wimun. Przechodzę na drugą stronę. Odsłania się widok na Insubong, granitowy, wyniosły, słynny w Korei ze ścian wspinaczkowych.

Podejście na Baegundae
Podejście na Baegundae

Podejście na Baegundae rozpoczyna się po schodach, które prowadzą do skalistego żlebu. Pakuję kijki. Droga prowadzi po skale, będą przeszkadzać. Szlak zabezpieczony jest stalowymi linami, coś pomiędzy naszymi łańcuchami a poręczami. Na wejście czekam w kolejce. Tłok, może nie taki jak na Giewont, ale poruszam się bardzo powoli.

Baegundae (836m)
Baegundae (836m)

Widać wierzchołek, a na nim łopoczącą flagę Korei. Wiatr robi się silny, a zaciągnięte ołowianymi chmurami niebo nie wróży dobrze. Gdy jestem na szczycie zaczyna kropić. Widok wspaniały. Gdyby nie chmury? Robię kilka zdjęć i ruszam w dół. Powoli docieram do przełęczy. Zastanawiam się co robić. Jest już późno, a ja dopiero w połowie planowanej pętli. Do tego kolano ma już dosyć. Pytam o najkrótszą drogę, jak to dobrze, że Koreańczycy znają angielski. Ktoś proponuje bym poszedł z nimi. Deszcz się wzmaga, robi się ślisko. Schodzę powoli, nie mogę dotrzymać im kroku. Kijki sprawują się świetnie, nawet nie chce myśleć jak byłoby bez nich. Droga jest prosta, mam schodzić w dół nie skręcając w boczne szlaki. Mijam schronisko. Schodzę sam, choć co chwilę ktoś mnie wyprzedza.

Bukhansan, szlak w deszczu
Bukhansan, szlak w deszczu

To dla mnie nowe doświadczenie, śmieję się w myślach. Planowałem zrobić 7 godzinną wycieczkę w 4-5 godzin, a tu 4 godzinna (to zejście było dużo krótsze) zajęła mi ponad 7. Dochodzę do wyjścia (na mapie oznaczone jako Baegundae). Sklepy, restauracje, parking. Na środku placu posąg Buddy. Dowiaduję się, że autobus ma być za pół godziny. Leje. Moją uwagę przyciąga brama. Tradycyjna, jak do świątyni. Strzegą ją lwy, a wewnątrz posągi niebiańskich wojowników. Tylko dlaczego jest nad szosą? Ciekawość zwycięża. Przechodzę przez bramę. Szosa łagodnym łukiem podchodzi wzdłuż stoku, nie widzę żadnych zabudowań. Pewnie gdzieś dalej jest świątynia lub klasztor?

w oczekiwaniu na autobus
w oczekiwaniu na autobus

Nie mam sił i czasu by to sprawdzić. Trudno, nie sposób zobaczyć wszystkiego. W lesie dostrzegam posąg Buddy, jest szaro, zdjęcie robię z podpórki. Nie lubię lampy, z resztą i tak nie oświetli lasu. Wracam na parking, ustawiam się w kolejce, za chwilę podjedzie autobus. Pytam się jak dojechać do metra. Jakieś małżeństwo oferuje mi swoją pomoc, też jadą metrem, to mnie odprowadzą. Jak się okazało, autobus parkowy dowoził na pętlę autobusów miejskich, którymi mogłem dojechać do metra. Mój przewodnik znał świetnie angielski. Rozmawiamy choć nie było mi łatwo, bo ja angielski znam dość słabo. Czytanie jakoś mi wychodzi, ale rozmowa – znacznie gorzej. Szczególnie ciężko przyszło mi udzielić odpowiedzi na pytanie „Co sądzisz o Wałęsie? Jak to z nim jest?”. To trudne pytanie nawet po Polsku. Czas minął szybko.

Brama Dongdaemun
Brama Dongdaemun

Wysiadłem na stacji Dongdaemun, tu miałem przesiadkę do swojej linii. Nie byłbym sobą, gdybym nie skorzystał z okazji i nie wyszedł na powierzchnię. Zapadał zmrok. Pomału rozgrzewały się światła oświetlające Dongdaemun, wschodnią bramę Seulu, od której nazwę przyjęła dzielnica, w tym stacja metra.

Bazar Dongdaemun
Bazar Dongdaemun

Zwiedzam okolicę, uliczki bazaru. Malownicze sklepiki, liczne restauracje. Poczułem głód. Zamawiam wieprzowinę i piwo. Kelnerka rozgrzewa zamontowany w stoliku grill, kroi karkówkę, przynosi miseczki z sosami i sałatkami. Do picia biorę piwo, oczywiście Koreańskie. To mój ostatni wieczór w Korei. Jestem zmęczony, kolano wymaga regeneracji. Jestem sam, ostatni zawodnicy odlecieli dzień wcześniej rano. W kraju czeka rodzina i przyjaciele, a jednak…

jakoś mi smutno, jakoś mi żal wyjeżdżać z Korei.

23 października – powrót do domu. Metro, Airport Rail Express i jestem na lotnisku. Przede mną 7 tys. kilometrów. Dziesięć godzin lotu do Helsinek, trzy oczekiwania i półtorej godziny do Warszawy, ale to nic, za osiem godzin będę w domu. Mam tyle do opowiedzenia, tyle do przekazania. Próbuję ułożyć myśli, jakoś je zebrać. Tyle wrażeń, takie wspomnienia.

Incheon International Airport
Incheon International Airport

Samolot spokojnie obniża lot. Widzę jeziora i lasy. Schodzimy. Za oknem budynki i drogi. Delikatny wstrząs, hamowanie i kołujemy w kierunku portu. Kolejna odprawa i jestem w domu, to znaczy w Europie. Naprawdę poczułem się jak u siebie. Wszystko wygląda inaczej, tak jak u nas w kraju. Nawet Fińskie napisy wydają się bliskie. Na samolot do Warszawy czeka sporo Polaków. Czuję się, jakbym miał zaraz wyjść z autobusu i wejść do domu.

Jeden wyjazd dwa światy:
◾bieg, impreza sportowa, możliwość spotkania najlepszych na świecie, także kolegów z reprezentacji. Wcześniej, nawet w Krakowie nie było okazji żeby się poznać. Teraz te kilka dni razem i start w jednej drużynie to zupełnie co innego. Nowe przyjaźnie i nowe nadzieje. Czy będzie okazja by znów się spotkać? Z pewnością tak. Gdzieś, kiedyś, na jakimś biegu.
◾Korea, cudowny kraj, mili, życzliwi ludzie. Tyle nowych doświadczeń, tak inny świat. Widziałem Rzym, Ateny i Paryż, Pragę, Budapeszt i Wiedeń, byłem na Cyprze, w Egipcie i Izraelu. Żaden kraj, żadne miasto nie wywarło na mnie takiego wrażenia. Gdyby nie bieganie, pewnie bym nigdy tego nie przeżył.

Okęcie
Okęcie

Nie byłoby startu w Korei gdyby nie grono wspaniałych ludzi, którzy bardzo mi pomogli. Ten wyjazd jest konsekwencją sześciu lat mojego biegania. Wsparcia rodziny, szczególnie żony, która nie tylko znosi moje wielogodzinne treningi, ale pomaga mi się do nich przygotować. Opieki trenera, który od lat skutecznie prowadzi moje treningi. Pomocy przyjaciół, którzy nie tylko słowem i duchem byli ze mną, ale też towarzyszyli mi na treningach. Decyzji pełnomocnika PZLA, który do reprezentacji powołał nowicjusza.

Ciepłemu przyjęciu kolegów z kadry, którzy swoją radą i doświadczeniem wspierali mnie w trudnych chwilach. Wyrozumiałości zwierzchników, bo przy długich treningach nie jestem dyspozycyjny. Hojności władz spółki PKP Informatyka, w której pracuję. Bez wsparcia finansowego i opieki sponsorskiej ze strony firmy tak daleki wyjazd nie byłby możliwy. „Bieganie to nasze hobby. I jak każde hobby – musi kosztować” – jak napisał Marek Tronina w październikowym numerze Biegania.

Start w reprezentacji, w mistrzostwach na poziomie światowym, nikt sam nie dojdzie to takiego sukcesu. Na to się składa pomoc wielu wspaniałych ludzi.

Dziękuję.

Zdjęcia z biegu: Tadeusz Dziekoński oraz koledzy z kadry.