|
W zeszłym roku nie startowałem w Maratonie Warszawskim, z uwagi na kolidujące terminy wybrałem bardziej dla mnie egzotyczny maraton w Austriackiej Dolinie Wachau.
W mojej pamięci pozostał obraz Maratonu Warszawskiego z lat poprzednich, ze startem spod Arkadii i metą na Agrykoli. Wiedziałem, że jest inna trasa i nowa otoczka organizacyjna. Teraz to już duże święto biegowe rozpoczynające się w piątek biegami dla dzieci i młodzieży kontynuowanymi również w sobotnie przedpołudnie. W sobotnie południe odbył się bieg charytatywny z udziałem gwiazd, a o 14:00 wystartował Ekiden (sztafeta maratońska).
Biuro zawodów działało sprawnie, więc szybko otrzymałem pakiet startowy. Potem zeszliśmy na dół w okolice mety obserwować zmagania sztafet, w których startowało wielu znajomych. Z każdą godziną napływali nowi zawodnicy, wśród nich wielu znajomych z biegajznami.pl
W niedzielę przyjechałem dość wcześnie - byliśmy z Ojlą tuż po 7:30. Dzięki temu spokojnie się przebrałem, znalazłem czas na pogadanie ze znajomymi i porządną rozgrzewkę. Drużyna Lechitów na starcie zameldowała sie w składzie: Bogdan (BOP), Krzysiek, Marek (Keram), Kuba (Quba) i ja. Tuz przed 9:00 ustawiam się przed linią startu. Stanąłem za plecami - peacemakera w charakterystycznej żółtej koszulce z tabliczką z napisem "3:00". Mam sporą tremę, wokół sami mocni biegacze - sporo "Rzeźników" - prowadzący grupę Bogdan, Mirek, Sławek i Alek. Taktykę mam prostą, zacząć ostro i postarać się utrzymać tempo jak najdłużej, najlepiej do mety.
Strzał startera, ruszyliśmy - linie startu mijamy po 3 sekundach - nie będzie zapasu. Biegło się dobrze, stawka szybko się rozciągała, nie było tłoku i od razu można było iść własnym tzn. nadawanym przez peacemakera tempem. Bonifraterska, Miodowa skręt w Senatorską - nie zauważyłem pierwszego kilometra. Teatr Wielki i pierwsza grupa kibicujących szkół. Trzymam się z tyłu grupy pilnując by żółta koszulka z napisem "3:00" nie uciekła zbyt daleko. Kolejne zakręty i wybiegamy na Marszałkowską. Pl.Konstytucji i Koszykowa - tędy jeszcze nie biegłem. Pl. Na Rozdrożu i pierwszy punkt z piciem. Wypijam dwa kubki wody trzeci do czapki i na głowę, robi coraz cieplej. Al. Szucha, Pl. Unii Lubelskiej i Bagatela - bardzo podoba mi się ta trasa. Wysokie domy dają cień i chronią przed wiatrem. Al. Ujazdowskie i powrót do centrum. Kolejny punkt odświeżania - teraz są już, co 2,5 km. Chwała orgom za ten pomysł.
Rondo de Gaulle, Nowy Świat - Warszawa naprawdę jest piękna. Kolejne zakręty - Świętokrzyska, Czackiego, Pl.Piłsudskiego - jakbym to już widział. Wierzbowa, pl.Teatralny - woda i doping kolejnej szkoły. Ten konkurs kibicowania to kolejny strzał w dziesiątkę. Senatorska - tu mi mignęły Isia z Kasią. Pl.Zamkowy, Starówka - uwielbiam ten odcinek, wąskie ulice, Rynek, Barbakan. Kolorowe kamienice na tle błękitnego, bezchmurnego nieba prezentują się fantastycznie. Nowe Miasto - kostka brukowa już trochę mnie męczy, dawniej mi to tak nie przeszkadzało. Grupa marzeń ciut się oddala. Zaczynam podganiać.
Kolejne zakręty i znów Bonifraterska. Tu jest agrafka, drugiej strony pozdrawia mnie KrzysiekP. Mijam bramę startową - czyżby dejavu - na szczęście do mety już tylko niecałe 30km. Nawrót, biegniemy w kierunku mostu Gdańskiego. Patrzę na biegnących z drugiej strony agrafki. Szukam Bogdana (BOP), ale go nie widzę - myślę, że pewnie tak jak we Wrocławiu jest tuż za moimi plecami. Ciągnę za grupą - znów się oddala. Z boku słyszę głos Zenka "spokojnie, wyrównaj, dasz radę". 14 km czas idealny 59:30, ale wiem, że zwalniam - szybko straciłem sekundy nadrobione na pierwszych kilometrach. Most Gdański - otwarta przestrzeń - słońce zaczyna operować. Zbieg i kolejny punkt odświeżania i kibicowania, doping jak na La Vuelta a Espana.
Prosta wzdłuż ZOO i podbieg na most nad kanałem portowym i dalej na Świętokrzyski. Słońce zaczyna przypiekać, zwalniam dość mocno. Grupa marzeń znika gdzieś w tłumie. Koniec zabawy - zaczyna się walka. Teraz już muszę sam się pilnować. Najważniejsze, by bardziej nie zwalniać i biec poniżej 4:30. Zajęcza, Dobra - i znowu woda. Korzystam jak mogę z tego dobrodziejstwa - woda, izotonik, gąbki. Zakręt w Karową - Iśka z Kasią - znów zastrzyk dopingu. Tunel - chwila wytchnienia - słońce nie praży - wiatr trochę osłab, choć słychać pracę wentylatorów. Półmrok - żółte światło. Znajomy głos - to mnie pozdrawia Jacek. Wybieg z tunelu - nie tak męczący jak na wiosennym półmaratonie - może z tej strony jest łagodniejszy. Połówka - 1:30:46 - nieznacznie wolniej niż we Wrocławiu. Marzenie uciekło wraz z żółtą koszulką peacemakera.
|