III Bieg Rzeźnika

Start w III edycji biegu „Rzeźnika” poprzedziłem kilku dniowym pobytem w Wetlinie. Bieszczadzkie szlaki przemierzałem wraz z Renatą, Darkiem i Bartkiem.

Widok na Rosochę i Hyrlatą
Widok na Rosochę i Hyrlatą

Poniedziałek nasza pierwsza wycieczka prowadziła z Żubraczy przez Berdo (1041) na Hyrlatą (1103) i Rosochę (1084) do Roztok Górnych, a następnie przez Solinkę z powrotem do Żubraczy. Pogoda piękna, trasa dzika, na znacznej części bez oznaczeń (częściowo oznaczona prywatnie, ale bardzo rzadko), dobrze opisana w przewodniku. Po drodze żadnych turystów, spotkaliśmy jedynie osoby zatrudnione przy wyrębie lasu. Prawdziwe dzikie Bieszczady. Tego dnia popełniłem błąd i wybrałem się w ciężkich butach trekingowych, co zaowocowało odciskami i niemożnością biegania na dogodnych do tego odcinkach.

Krzemieniec (1221) - styk trzech granic
Krzemieniec (1221) – styk trzech granic

Wtorek to wyprawa z Wetliny przez Jawornik (1021), Rabią Skałę (1199) i Krzemieniec (1221 – Kremenaros – styk trzech granic) na Wielką Rawkę (1307). Do Wetliny wracaliśmy przez Małą Rawkę (1271) i Dział. Z uwagi na wyliczony z mapy na 12 godzin czas wycieczki wyruszyliśmy tuż po 7 rano. Pogoda była niepewna i burza, która wisiała w powietrzu dopadła nas tuż za Rabią Skałą. Na szczęście zanim się rozpadało zdążyliśmy dotrzeć do szałasu – jednego z trzech zlokalizowanych na tym szlaku.

Gdy burza już odeszła i deszcz kończył padać polaną tuż obok szałasu przeszedł kozioł sarny. Dalszą wędrówkę kontynuowaliśmy już przy poprawiającej się z godziny na godzinę pogodzie, podziwiając wyłaniające się z chmur kolejne szczyty. Z Wielkiej Rawki przyjrzeliśmy się części trasy Rzeźnika od Smerka poprzez Połoniny Wetlińską i Caryńską po metę w Ustrzykach. Widzieliśmy też rejon Tarnicy, w którym przebiega ostatni odcinek czerwonego szlaku stanowiący wariant Hard Core. Ponieważ tego dnia już wszyscy mieliśmy porządne biegowe buty i marsz przeplataliśmy truchtaniem. Trasę pokonaliśmy znacznie szybciej niż to było zaplanowane i już po 8 godzinach byliśmy w Wetlinie.

Synagoga z XVIIw.
Synagoga z XVIIw.

Środa mimo dobrej pogody była dniem odpoczynku, który wykorzystaliśmy na zwiedzanie Leska, spokojnego i pięknie położonego miasteczka. Największe wrażenie zrobiła na mnie Synagoga i Kirkut oczyszczany z chaszczy i odrestaurowywany przez młodych wolontariuszy.

widok na Połoninę Wetlińską
widok na Połoninę Wetlińską

Czwartek, to ostatni przed Rzeźnikiem marszobieg. Trasa krótka żółtym szlakiem z Wetliny na Przełęcz Orłowicza (1075). Dalej szlakiem czerwonym przez Połoninę Wetlińską. Przechodząc przez Osadzki Wierch (1253) spotkaliśmy grupę studentów geografii wykonujących zadania z geologii. Od Chatki Puchatka zeszliśmy żółtym i czarnym szlakiem do szosy, a dalej 4km truchtem do Wetliny. Pogoda była dobra, choć chmury tylko z rzadka pozwalały podziwiać widoki. Po drodze w rejonie campingu BdPN „Górna Wetlina” widzieliśmy stado koni i kozy, a poniżej nabyliśmy sery produkowane z mleka kóz i owiec pasionych na Bieszczadzkich łąkach.

Piątek już w nocy przywitał nas ulewą i burzami. W planie i tak był to dzień odpoczynku, z założonym dłuższym spaniem. Później się rozpogodziło, a dzień okazał się bardzo szczęśliwy – Bartek dowiedział się, że został przyjęty do wybranej przez siebie klasy teleinformatycznej w Technikum Łączności. Martwiłem się tylko trochę, że po tych deszczach zrobi się w górach ślisko.

Michowa Wola - biuro zawodów
Michowa Wola – biuro zawodów

Wieczorem pojechaliśmy do Michowej Woli, gdzie zlokalizowane było biuro zawodów i nocleg. Gdy dojechałem Bogdan już był i zdążył odebrać dla nas numery. Zapisy szły sprawnie, a bracia Bienieccy wraz całym „Rzeźnickim” zespołem organizacyjnym uwijali się jak w ukropie. Na miejscu z Lechitów był też Grzegorz Radomski, biegł w drużynie z kolegą, który na ten bieg przyjechał specjalnie z Angli. Spotkałem wielu znajomych, ale trudno wymienić wszystkich – w sumie zgłosiło się ponad sto osób. Wkrótce dojechał też KrzysiekP, z którym często przemierzam Południowo-Praskie i Marysińskie ścieżki biegowe, wraz z Zetem, z którym tworzyli drużynę „ENTRE.PL-SBBP.PL Team”. Znając ich obu i wiedząc, co nieco o tym jak trenowaliby się do tego biegu przygotować stawiałem ich w gronie faworytów, z resztą nie tylko ja – organizatorzy zarezerwowali dla ich drużyny pierwszy numer.

Michowa Wola - odprawa
Michowa Wola – odprawa

Odprawa, pasta-party i zakwaterowanie, w czteroosobowym pokoju z Zetem, Krzyśkiem i Bartkiem, który postanowił robić zdjęcia i obserwować bieg od początku do końca. Renata z Darkiem wrócili na noc do Wetliny. Położyliśmy się trochę po 22:00, ale skrzypiące podłogi i dudniące schody nie pozwalały od razu zasnąć. Cóż, dla innych mieszkańców to była wczesna pora, nam na sen pozostało niewiele ponad trzy godziny. W nocy za oknem pojawił się szum, który z pewnością nie był szumem potoku. Znów zaczęło padać.

Komańcza - w oczekiwaniu na start
Komańcza – w oczekiwaniu na start

Sobota 1 lipca 2006 roku godzina 1:40 – odezwał się pierwszy budzik. Nikt nie zareagował, ale gdy po 5 minutach odezwał się drugi zaczęliśmy wstawać. Od tej pory czas leciał już bardzo szybko. O 2:30 jechaliśmy busem na start do Komańczy. Lało solidnie. Gdy dotarliśmy było już sporo osób. Dojechał Bogdan. Byli Renata i Darek, którzy zdążyli dotrzeć z Wetliny. Organizatorzy zbierali przepaki, zawodnicy chowali się pod daszkami, bębniarze grali, błyskały flesze.

Godzina 3:28 odliczanie, start – ruszamy powoli jak w zeszłym roku. Jest dużo ciemniej, ale droga szeroka wygodna. Zaczyna się podbieg, kilku osobowa grupa rusza zdecydowanie szybciej. Bogdan i ja stosujemy sprawdzoną zeszłoroczną strategię – jak dłuższy lub bardziej stromy podbieg przechodzimy w marsz już od samego początku. Deszcz leje równo. To nic, do Duszatynia droga dobra, a potem może przestanie (do końca wierzyłem, że kiedyś przestanie i nie pomyliłem się – przestało i to kilka razy).

Jeziorka Duszatyńskie – to jedno z trudniejszych miejsc, gdzie łatwo się zgubić. Przy obu jeziorkach szlak biegnie wzdłuż linii brzegowej, ale w miejscach gdzie do jeziorek wpadają potoki wydaje się, że ścieżka prowadzi do góry wzdłuż żlebów. Dobrze zapamiętam te miejsca, rok temu tu mieliśmy problemy. Teraz jest o tyle gorzej, że szerokość potoków w żaden sposób nie sugeruje, iż można je przejść. Kilka osób pobiegło już w górę, zawracamy ich i po przekroczeniu potoku odnajdujemy szlak. Niestety przy okazji nastąpiła wymiana wody w butach z już nieco ogrzanej na zimną. Przy drugim jeziorku to samo. Dalej już bez większych problemów wspinamy się na Chryszczatą (997). Robi się wąsko i peleton zaczyna się rozciągać. Zet z Krzykiem, którzy dotychczas biegli z nami zaczynają się oddalać. Mijamy obelisk na Chryszczatej.

Przełęcz Żebrak - na punkcie
Przełęcz Żebrak – na punkcie

Cały czas mocno pada i wieje silny boczny wiatr, ale granią da się biec. Trzeba uważać, jest bardzo ślisko, dobrze, że robi się coraz jaśniej. Mgła ogranicza widoczność do kilkudziesięciu metrów. Z Bogdanem realizujemy założony plan – tempo zbliżone do zeszłorocznego. Na przełęczy Żebrak wita nas błysk fleszy – to Renata i Bartek. Wpadają kolejne drużyny.

Wypijamy po łyku izotonika i lecimy dalej. Łagodne podejście na Jaworne (992) i Wołosań (1071). Dalej biegniemy granią przez Sasów (1010), Beret (942), Osinę (963) na Hon (820). Po drodze spotykamy drużynę OTK Rzeźnik z Mirkiem i Adamem. Z Honu strome zejście, nieprzyjemne szczególnie w okolicy wyciągu narciarskiego. Mijamy leśniczówkę (tu w zeszłym roku był przepak) i zbiegamy na parking w Cisnej, tu przeniesiono przepak. Tu robimy trochę dłuższy postój – pora coś zjeść – snikers, banan – śniadanie z głowy. Są nasi niezmordowani reporterzy, robią zdjęcia i przekazują na bieżąco relacje na forum biegajznami.pl

Cisna - przepak
Cisna – przepak

Mirek nie czuje się dobrze i rezygnuje z kontynuowania biegu, Adam przyłącza się do nas. Ruszamy, mijamy Cisną, przebiegamy mostkiem wąskotorówki i skręcamy w las. Pada, potoki coraz bardziej wezbrane, kolejny stanowi poważne wyzwanie. Szeroki, rwący – trudno ocenić jego głębokość. Rok temu nie było takich problemów – raczej dokuczał nam brak wody. Przypominam sobie, jak Mirek na odprawie obiecywał, że wody będzie ile dusza zapragnie – przesadził, aż ty nie trzeba. Szukamy przejścia, w końcu decydujemy się na skok. To miejsce okazało się feralne. Jak się później dowiedziałem przy lądowaniu Bogdan poczuł ból w kolanie. Ruszamy dalej, pniemy się pod górę na Rożki (943). Przed nami kolejne trudniejsze miejsce, szlak bez wyraźnych znaków skręca w lewo w drogę, choć ścieżka sugeruje jakby szedł prosto. Tu napotykamy zdezorientowaną drużynę, tak jak my w zeszłym roku poszli pod górę. Kawałek biegniemy drogą. Szlak skręca pod górę, zaczyna się długie mozolne podejście, Worwoska (1024), Małe Jasło (1097).

Robi się bardziej płasko, mniej pada, ale wiatr coraz silniejszy. Mijamy pierwsze połoninki, Szczawik (1098), Jasło (1153), łagodnie zbiegamy na Okrąglik (1101). Przed nami z mgły wyłania się biało-czerwona taśma odgradzająca wyraźnie szlak Słowacki od naszego. Tu również było dość trudne miejsce, ponieważ spotykają się dwa czerwone szlaki i można się pogubić. Taśma w takim miejscu – niesamowite zaskoczenie. Nieco dalej spotkamy GOPRowców z quadem zabezpieczających punkt, w którym Polski szlak odchodzi od granicy i skręca na Fereczatą (1102). Na słupku granicznym stoją kubeczki z napojami. To dopiero zaskoczenie – znakomity pomysł, to bardzo potrzebne na tym najdłuższym odcinku, na którym w zeszłym roku wiele osób miało problemy z odwodnieniem. Niestety czołówka chyba ich nie spotkała, biegli zbyt szybko, a GOPRowcy dotarli z opóźnieniem, ponieważ warunki, jakie napotkali po drodze nawet dla nich i quada okazały się bardzo ciężkie.

Biegniemy. Doganiają nas bracia Celińscy z „Byledobiec Anin”. Razem zbiegamy do punktu w Smereku. Ten przepak został przeniesiony nieco wyżej, na skrzyżowanie polnych dróg, w którym rok temu też się pogubiliśmy. Oczywiście nie tylko my.

Przepak w Smereku
Przepak w Smereku

Za nami 50km – przed nami Połoniny. Kolejny posiłek – snikersy i banany. Adam zmienia drużynę – dalej będzie biegł z „Byledobiec Anin”. Są szybsi i nie oszczędzają sił tak jak my na dodatkowy odcinek. Czas mamy dobry – ze Smerka wyruszamy 20min szybciej niż w zeszłym roku. Nie pada, chowamy kurtki, biegniemy szosą do mostku i wejścia na teren BdPN. Mijamy Wetlinkę, kolejny potoczek i wspinamy się na Smerek (1222). Bogdanowi zaczyna coraz bardziej dokuczać kolano. Przed wyjściem z lasu zakładamy kurtki, znowu zaczyna padać, a na otwartej przestrzeni porywisty wiatr jest chwilami tak silny, że trudno ustać. Podchodzimy pod szczyt, mijamy krzyż, rok temu tu odpoczywaliśmy – teraz marzę by jak najszybciej stąd uciec. Jest zimno, zaczynam żałować, że nie wziąłem rękawiczek.

Mijamy Przełęcz Orłowicza (1075). Dalej jest odcinek przebiegający między krzakami buczyny, które osłaniają nas przed wiatrem. Niestety dość krótki. Gdy szlak podchodzi na Osadzki Wierch (1253) i dalej otwartą przestrzenią do Chatki Puchatka. Znów dokucza nam zimno. Pogoda koszmarna – przynajmniej tak by ją określili „normalni” ludzie – ale jak dłużej się zastanowić to chyba gorsza była w zeszłym roku, gdy pokonywaliśmy trasę przy pięknej pogodzie, w pełnym słońcu, 28 stopniowym upale. Bieganie zmienia mój pogląd na wiele spraw, a niemożliwe staje się możliwe.

Mijamy pojedynczych turystów, patrzą się na nas dość dziwnie. W schronisku robimy krótką przerwę, chwila na ogrzanie.

Zjadamy po garści rodzynek, wypijamy Frugo (niestety nie było czarnej porzeczki) i w drogę. Przed Chatką spotykamy kolejną drużynę – robią pamiątkowe zdjęcie i ruszają ostro w dół. Z Bogdana kolanem jest coraz gorzej, a zejście sprawia mu poważną trudność. Pada, w lesie robi się cieplej – wiatr tak nie wieje.

Berehy Górne
Berehy Górne

Berehy Górne – ostatni punkt. Bartek wybiega nam na spotkanie. Renata z Darkiem pojechali na metę witać zwycięzców.

Dowiadujemy się, że Zet z Krzyskiem mają już sporą przewagę i biegną po pewne zwycięstwo. Nam został najkrótszy odcinek – Połonina Caryńska. Bogdan mimo wszystko decyduję się na kontynuowanie biegu, czas mamy lepszy niż w zeszłym roku, żal mu drużyny. Ruszamy. Podejście idzie nieźle. Na górze znów koszmarna pogoda. Truchtanie i strome zejście. Bogdan mnie pociesza, że znajdę kogoś, kto zrobi ze mną wariant Hard Core. Mówię bez sensu, że damy radę, pójdziemy razem, a przecież wiem, że to nie możliwe. Dociera do mnie, że Bogdan powinien był zejść w Berehach, widzę ile kosztuje go każdy krok. Przestaje padać. Jest już mniej stromo.

Meta w Ustrzykach Górnych
Meta w Ustrzykach Górnych

Z daleka słychać znajome bębnienie (takie jak na starcie). Wpadamy na mostek. Widzimy napis „META”. W tym roku meta jest trochę bliżej. Została przeniesiona na teren PTTK, do miejsca gdzie była na pierwszym biegu – to słuszna decyzja, jest dobre zaplecze. Mijamy metę. Grają bębny. Sporo osób nas wita: Jarek, Mirek, Renata, Darek, Bartek, Krzysiek, Zet, Adam, Arek, Robert … trudno wszystkich wymienić, sporo kibiców, szybsi koledzy.

Medale, gratulacje, zdjęcia. Kończymy na siódmym miejscu z czasem 11:25 lepszym o 8 minut niż w zeszłym roku. Dowiaduję się, że zwycięzcy złamali 10 godzin i ustanowili nowy rekord trasy 9:55 – to niesamowity wynik. Trzy pierwsze drużyny poprawiły zeszłoroczny rekord trasy.

Ustrzyki Górne
Ustrzyki Górne

Czas ucieka, kiełbaska i piwo korcą. Sił mam jeszcze sporo, jestem w dużo lepszej formie niż w zeszłym roku, gdyby nie pech, kontuzja Bogdana ruszylibyśmy dalej. Sam nie polecę, po prostu się boję – to zbyt duże ryzyko. Próbuję kogoś namówić, pomaga mi w tym Mirek. Trudno znaleźć chętnego. Pamiętam jak to było w zeszłym roku, gdy biegliśmy w Ustrzykach marzyłem tylko by przekroczyć metę, wypić, zjeść, odpocząć – ani kroku dalej.

Ustrzyki Górne - drużyna Alex-Robert-Konrad rusza na wariant hard-core
Ustrzyki Górne – drużyna Alex-Robert-Konrad rusza na wariant hard-core

Po kilkunastu minutach bracia Celińscy – Alex i Robert podejmują wyzwanie. Ruszamy. Pogoda znacznie się poprawiła. Widać sporą część podejścia na Szeroki Wierch. Szlak początkowo prowadzi asfaltem, łagodnie pod górę. Wejście do Parku, mało sympatyczny pan, nie daje się przekonać, że mamy bilet zbiorowy i nie chce nas wpuścić. Trudno – kupujemy nowe bilety, w końcu to Hard Core – trzeba sobie radzić. Szlak skręca w las, robi się stromo. Długie podejście. Mijamy turystów, większość schodzi. Pogoda nad granicą lasu niezła. Nie pada, wieje znacznie słabiej, w dole widać Ustrzyki.

Przed nami gęste chmury, żadnych szczytów. Pokonujemy kolejne wierzchołki Szerokiego Wierchu. Robi się coraz gorzej, wiatr się nasila, mgła gęstnieje, znowu wchodzimy w strefę deszczu. Im bliżej Tarnicy, tym gorzej. Mijamy najwyższy wierzchołek Szerokiego Wierchu ze zwalonym triangułem. Deszcz coraz większy, zimno, lodowe igiełki smagają twarze, chwilami wiatr nie daje iść. Szlak schodzi w dół, na Przełęcz Goprowców. Liczyłem, że może Tarnica choć trochę nas osłoni. Nic bardzie mylnego. Na przełęczy jest jeszcze gorzej. Jest kilka osób. Tu można skręcić w niebieski i uciec do lasu. Robert, który dotąd spokojnie trzymał się na końcu, przerywa mą myśl pytaniem „To gdzie na ten Halicz” (może nie dosłownie, ale tak to zapamiętałem) i przejmuje inicjatywę. Szlak schodzi w dół na kolejną przełęcz, by potem łagodnie trawersując stoki Krzemienia (1335) i Kopy Bukowskiej (1320) wprowadzić nas na Halicz (1333). W dole wiatr słabnie, lecz tylko na chwilę.

Pniemy się w górę. Z mgły wyłania się dwóch turystów, próbują nas przekonać byśmy zawrócili, mówią że wyżej jest dużo gorzej. Wolę nie wiedzieć co o nas pomyśleli. Oni z plecakami w ciężkich butach, grubych spodniach i kurtkach, a my w „adidaskach”, krótkich spodenkach. Ja miałem cienką kurteczkę, a Robert i Aleks krótkie rękawki. Brniemy dalej. Nie czas na myślenie. Jest coraz bliżej. Wchodzimy na Halicz przez kolejne wzniesienia. Wiatr znów silniejszy, znów więcej wody. Kolejny trianguł – wierzchołek Halicza. Schodzimy. Miejscami na grani skałki nas chronią od wiatru. Przełączki pomiędzy nimi staramy się przebiec, by jak najkrócej być na tym wietrze. Zimno, mokro, ręce kostnieją.

Kolejne wierzchołki to Rozsypaniec (1280). Podejścia i zejścia dosyć łagodne, szkoda, że tylko końca nie widać. Jeden, drugi, trzeci. Aleks mnie pyta ile ich jeszcze. Miejsce wydaje mi się znajome i szlak zaczyna schodzić ostrzej w dół – mówię: „ten był ostatni, teraz Bukowska Przełęcz i las”.

Truchtamy. Z mgły się wyłania kolejne wzniesienie. Aleks spojrzał się na mnie i nic nie powiedział – nie musiał – to było bardzo wymowne spojrzenie. A jednak miałem rację, jednak się nie myliłem. Szlak nie dochodząc to tego pagórka skręcił i łagodnie sprowadził nas na wymarzoną Przełęcz Bukowską (1107). Szeroka droga, las, wiatr szumi w koronach drzew, deszcz lekko mży. Co za ulga. Robert odbiera telefon od Mirka, podaje naszą pozycję i orientacyjny czas zejścia. Na przemian idziemy, truchtamy. Jest ciepło, deszcz ustaje. Dociera do nas, że się udało, najgorsze za nami teraz już tylko kilka kilometrów w dogodnych warunkach, bez pośpiechu. Czas mamy dobry, wygląda na to, że się zmieścimy w 16 godzinach.

Mijamy szlaban BdPN, droga się robi szeroka. Po lewej potężny betonowy most z zakazem ruchu pojazdów i pieszych. Truchtamy. Z daleka widać zieloną tabliczkę – to „WOŁOSATE”. Jeszcze kilometr, może półtora. Chmury na chwilę się rozstępują i widać fragmenty błękitnego nieba. Wzdłuż drogi mijamy kolejne budynki. Dochodzimy do budki BdPN gdzie kończy się szlak – to nasz cel – nasza meta.

Meta w Wołosatym - drużyna Alex-Robert-Konrad ukończyła wariant hard core
Meta w Wołosatym – drużyna Alex-Robert-Konrad ukończyła wariant hard core

Robert dzwoni do Mirka, że już jesteśmy, podaje nasz czas – 15:40. Po kilku minutach podjeżdża samochód, to Jarek z Bartkiem. Gratulują nam, Bartek robi nam zdjęcia przy słupku z napisem „POCZĄTEK/KONIEC GŁÓWNEGO SZLAKU BESKIDZKIEGO E-8”. Wsiadamy do samochodu, gorąco, aż parzy, Jarek specjalnie go dla nas tak wygrzał. To świetny pomysł robi się ciepło, przyjemnie.

Jesteśmy szczęśliwi – zdobywcy pucharu Hard Core, przyjęci w poczet „Rzeźników”. Czujemy się trochę tak jak pionierzy, który pierwsi przebyli szlak. Oczywiście nie można wykluczyć, że ktoś kiedyś to zrobił, ale prawdopodobieństwo jest znikome. Bez zorganizowanej imprezy, punktów z przepakami, wsparcia, zaangażowania rzeszy ludzi, którzy czuwali nad naszym bezpieczeństwem i dbali by nam niczego nie zabrakło – to niemożliwe – naprawdę niemożliwe.

Przy dźwięku klaksonu wjeżdżamy na metę w Ustrzykach. Znów gratulacje, krótkie rozmowy. Autokar czeka, wsiadamy. Ponad godzinę jedziemy na zakończenie w Michowej Woli.

Na miejscu czas leci szybko. Nie widać jeszcze Jarka i Mirka, zbierają kolejne osoby. Na zakończenie podsumowanie, wręczenie pucharów dla trzech drużyn najszybszych i za Hard Core. Puchary gliniane, ręcznie robione – tak jak medale. Potem pokaz filmu z poprzedniej edycji i zdjęć z tegorocznej. Nie zostajemy, czas wracać na nocleg, w niedzielę powrót do domu. Do Wetliny dojechaliśmy tuż przed północą. Bartek ustanowił swój rekord bez snu – blisko 22 godziny.

Zakończenie imprezy w Michowej Woli - Nagroda za pokonanie wariantu hard core
Zakończenie imprezy w Michowej Woli – Nagroda za pokonanie wariantu hard core

Chcę podziękować i pogratulować udanej imprezy wszystkim, dzięki którym ten bieg powstał i jest realizowany. Mirkowi i Jarkowi Bienieckim, ich rodzicom i przyjaciołom, całemu zespołowi organizacyjnemu OTK Rzeźnik, który tak znakomicie przygotował kolejną edycję biegu. Trudno sobie wyobrazić ile musieliście włożyć pracy w to by wszystko tak perfekcyjnie zaplanować i zorganizować.

Gratulacje dla wszystkich, którzy odważyli się stanąć na szosie w Komańczy. Bez względu na to, jak było dalej wszyscy jesteśmy zwycięzcami!

  • Najszybsi i najwolniejsi.
  • Ci, co dotarli do mety i my, którym udało się pociągnąć dalej.
  • Ci, którzy musieli zejść. To były na pewno najtrudniejsze decyzje, taka była konieczność i każdego mogło to spotkać.
  • Również ci, którzy nie biegli, ale byli na punktach, starcie i mecie. Tylko dzięki Wam my mogliśmy biec.

Specjalne podziękowania i gratulacje dla Bogdana – kapitana mojej drużyny, który tak znakomicie prowadził mnie już po raz drugi i bez którego nie pokonałbym tej trasy. Jego wytrwałość i doświadczenie pomogły mi dotrzeć do mety, to on mnie przekonał bym poszedł dalej.

Podziękowania i gratulacje dla Aleksa i Roberta, którzy zdecydowali się pojąć „Hard Corowe” wyzwanie.

Chcę też bardzo podziękować Renacie i Darkowi, którzy przez cały tydzień suportowali Bartka i mnie. To oni wymyślili wcześniejszy wyjazd i mnie do tego namówili. Dzięki nim mógł pojechać Bartek. Jestem pewien, że wcześniejszy pobyt w Bieszczadach i wspólne wycieczki pomogły mi zrealizować marzenie.

Na koniec podziękowania dla nie obecnego w Bieszczadach mojego trenera – Darka Sidora, który przez kilka miesięcy pomógł mi przygotować się do tego biegu.

I oczywiście dla Marka, dzięki któremu zaczęła się moja przygoda z bieganiem.

Udało mi się zrealizować zeszłoroczne marzenie, dzięki pomocy tak wielu wspaniałych ludzi – jeszcze raz dzięki – wielkie dzięki.

Zdjęcia: Bartłomiej Różycki