II Bieg Maniacka Dziesiątka

Dotąd uważałem, że nie warto pokonywać kilkuset kilometrów by przebiec 10km. Zmęczony zimą i spragniony startów (tak wyszło, że nie startowałem od Chomiczówki), podchwyciłem pomysł Renaty i Darka i postanowiłem pojechać do Poznania.

Ważnymi atutami przemawiającymi za wyjazdem była możliwość pokonania atestowanej dychy (w Warszawie nie ma takiej możliwości – chyba najbliżej w Łomży) z dokładnie wymierzonymi kilometrami, pomiar czasu z chipami i wyższe niż w Warszawie temperatury, a co za tym idzie brak śniegu i lodu na trasie.

Styczeń przyniósł duże ilości śniegu i spory mróz, przez co z realizacją planu nie jest najlepiej. Bieganie przy temperaturze -19 stopni to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Pierwszym moim startem w sezonie był bieg na Chomiczówce. Impreza bardzo sympatyczna, dobra organizacja, duża frekwencja, ale z wyniku nie jestem zadowolony. Ruszyłem dość szybko i równie szybko przekonałem się, że przeceniłem swoje możliwości.

4 Pory Roku - Zima
4 Pory Roku – Zima

4 lutego w trudnych śnieżnych warunkach odbył się bieg na kabatach w ramach cyklu „Cztery Pory Roku”. Las prezentował się przepięknie, a atmosfera była jak zawsze wspaniała pomimo zawiei i zamieci. Po biegu organizatorzy serwowali wspaniałe grzane wino i samoobsługowe kanapeczki (możne było sobie samemu wybrać rodzaj serka i posmarować). Z biegu jestem zadowolony. Dobrze rozłożyłem siły i byłem w stanie cały czas przyspieszać, na ostatnim kilometrze zbliżyłem się do Bartka, ale gdy on mnie zobaczył przyspieszył ile sił w kolcach i nie udało mi się go dogonić. Kolejne tygodnie upłynęły na treningach realizowanych w dość ciężkich warunkach. Zima nie chciała ustąpić. Mróz wprawdzie nieco zelżał, ale za to pojawiło się dużo lodu, co zaowocowało lekką kontuzją kolana. Wiosna nadeszła z dużym opóźnieniem.

Do Poznania wyjechałem w sobotę 18 marca pociągiem 6:13. Podróż minęła szybko i bez problemów. Wysiadając na dworcu Głównym spotkałem Skarabeusza i razem pojechaliśmy ósemką na Maltę. Pogoda dość ponura, zachmurzenie pełne i zimno 1 stopień – na szczęście powyżej zera. W Poznaniu śniegu praktycznie nie ma. Jezioro Maltańskie w okowach zimy – w zeszłym roku podobno trenowali kajakarze, a teraz całe skute lodem. Nad okolicą góruje ośnieżony stok narciarski. Dochodzimy do hangarów i ustawiamy się w kolejce do zapisów. Krzysiek już stoi, też dziś przyjechał. Po chwili pojawili się Renata z Darkiem, którzy przyjechali wczoraj i zapisy mieli za sobą. W trakcie rozmowy czas mijał szybko, jeszcze szybciej zbliżała się chwila startu. Zrobiło się nerwowo. Ilość chętnych przekroczyła oczekiwania organizatorów, a niestety wielu tak jak ja przyjechało dość późno. Arti – dyrektor biegu szybko podjął decyzję o opóźnieniu startu o 15 min. To wystarczyło by wszyscy spokojnie zdążyli się zapisać.

Jeszcze tylko odbiór chipa, szybko się przebrać, oddać torbę do depozytu, pozdrowić Marcina, który na każdej dużej imprezie pojawia się z aktualnym numerem biegania.

Ruszamy truchcikiem, po drodze spotykamy znajomych. Na rozgrzewkę dobieg do linii startu trochę ponad kilometr. Z nad jeziora powiało mroźnym powietrzem. Właśnie sobie uświadomiłem, że rękawiczki zostały w kurtce. Truchtamy dalej. W okolicy startu zebrało się już sporo biegaczy. Jeszcze trochę rozciągania i ustawiamy się w tłumie przed linią startu. Z Krzyśkiem przebiliśmy się nieco do przodu. Rozmawiamy, czas mija błyskawicznie.

Nagle huk – to strzał startera – z armaty – na pewno nikt nie przegapił. Krzysiek ruszył ostro, ja spokojniej – liczy się czas netto. Na macie odpalam stoper i ruszam mocniej. Czuję unoszący się zapach prochu. Tłum spory, staram się nadać własne tempo, ale jest zbyt gęsto. Mijają pierwsze minuty robi się coraz luźniej mogę już biec swobodnie. Czołówka daleko z przodu. Biegnę, chyba dobrze. Przegapiłem pierwszy kilometr, na drugim czas 7:57. Przyspieszam. Zakręt, jestem na drugim końcu jeziora. Widok piękny, ale to jezioro jest wielkie, a trzeba tu będzie wrócić. Mijam Artiego – jak przystało na dyrektora biegnie dostojnie i spokojnie – daje wygrać innym. Lekki podbieg i zbieg. Czwarty kilometr trasa prowadzi w stronę hangarów. Ostry zakręt mijam metę. Teraz już „tylko” kółko. Patrzę wzdłuż jeziora, piękny widok, ależ ten drugi brzeg daleko. Podbieg na mostek wybija mnie z marzeń, wcześniej wydawało mi się, że jest niższy. Mijam maty na piątym. Zbieg w dół nad jezioro. Znowu pod górę, zbliżam się do linii startu. Czas coraz gorszy. Biegnę ponad 4 min/km. Patrzę na drugą stronę jeziora. Tam gdzieś na ósmym czołówka. Widzę prowadzącą dwójkę.

Zakręt, znów dobiegłem do końca jeziora. W oddali widać niebieski punkt to meta. Mijam ósmy kilometr 32:03 – brakuje 3s. Przyspieszam. Gdzieś tu „niedawno” widziałem czołówkę, patrzę na przeciwległy brzeg – sporo osób tam biegnie – nieźle rozciągnął się ten peleton. Na innych trasach tego tak nie widać, a tu cała dycha w zasięgu wzroku, trasa jak na dłoni.

Dziewiąty 3:59, za wolno – głupio by było nie złamać 40. Koniec podziwiana widoków – koncentruję wzrok na niebieskim punkcie mety, który w międzyczasie stał się sporo większy. Wydłużam krok, zbieg w stronę hangarów pomaga mi nabrać prędkości. To już tylko kilkaset metrów, łuk mety widać bardzo wyraźnie. Wyraźne robią się cyfry na zegarze 39:18 … 39:19 … czas leci nieubłaganie, ale dystans też coraz krótszy. Widzę Krzyska z medalem na szyi. Dam radę, przyspieszam. Dam radę, jeszcze kogoś wyprzedzam. Dam radę, tej myśli trzymam się kurczowo. Ostatni zakręt, krótka prosta … 39.48…, wpadam na metę … 39:54 (netto według zegarka 39:49,8).

Udało się – plan minimum zrealizowany. Jest życiówka poniżej 40min. Dostaję medal. Idziemy z Krzyśkiem na grochówkę. Kolejka jeszcze nie duża. Ustawiamy się obok trasy. Najpierw pojawił się Darek potem Skarabeusz i Renata. Dopingując biegniemy z nią do mety (oj ciężko się biega po grochówce). Skręcamy za barierki dla publiczności, a Renia wpada w niebieską bramę. Niestety skończyły się medale („Maniacy” obiecali, że doślą) za to jak wszystkie panie Renia dostała tulipana, a Darek dając przykład zachowania „fairplay” oddał jej swój medal (i tak zostanie w rodzinie).

Potem do szatni po torbę, umyć się i przebrać. O mało co zapomniałbym oddać chipa – człowiek nie przyzwyczajony, nie po 10km. Na ścianie hangaru wisi już lista, sprawdzam swój czas – netto 39:50 – czyli tak jak zmierzyłem. O pierwszej zaczyna się dekoracja i losowanie. Dyrektor Arti znów w garniturze i pod krawatem wręcza nagrody. W międzyczasie drukowane są dyplomy. Trochę wolno to idzie. Czekamy. Ponieważ odbiór jest według numerów startowych ja z naszej grupy jestem ostatni (304). Tuż przed 14:00 zapada decyzja, że drukowane będą do 300, reszta dostanie pocztą. Na moją prośbę dodrukowano do 305. Możemy wracać do domu. Jadę z Renatą i Darkiem. Razem podróż mija szybko i przyjemnie.

Nie wiem czy warto spędzić tyle godzin w podróży by przebiec 10km, ale na pewno warto by pojechać na „Maniacką Dziesiątkę” – naprawdę świetna impreza, bardzo dobrze przygotowana, kapitalna atmosfera i urok Malty, rzadko się zdarza możliwość przeglądu całej trasy i to przy nie całych dwóch kółkach. Wszystko razem powoduje, że chce się tam wracać.