I Półmaraton Warszawski

26 marca 2006 I Półmaraton Warszawski. Moje miasto, znane okolice. Trasa wprawdzie nowa, to jednak większość jej odcinków już przebiegłem. Początek jak w Biegu Niepodległości, pozostałe częściowo po trasie Maratonu i zupełnie nowy odcinek ulicami Sadyby.

W sobotę odebrałem numer startowy i wzbogaciłem się o porcje węglowodanów. Biuro sprawnie zorganizowane, wszystko szło bardzo szybko. Pogoda była bardzo przyjemna – słonecznie, ciepło ok. 10 stopni, w powietrzu czuć wiosnę. Bartek, który w ramach imprez towarzyszących dla dzieci i młodzieży biegł na 800m był ubrany w krótkie spodenki i bawełnianą koszulkę z krótkimi rękawkami.

Niedzielny poranek przywitał nas pochmurną, jesienną aurą. Było zimno +4 stopnie i siąpił deszcz. Na Podzamcze przyjechałem ok. 9:00. Zostawiłem Bartka, który pomagał przy obsłudze mety i poszedłem przez Stare Miasto na pl. Zamkowy. Deszcz przestał padać i postanowiłem zaufać prognozom, które mówiły, że zacznie najwcześniej po południu. Ubrałem się tak jak tydzień temu w Poznaniu. Cienkie długie leginsy, startówka i na wierzch bluza. W ramach rozgrzewki pobiegałem uliczkami Starego Miasta. Czas minął szybko. Spotkałem wielu znajomych z bliskich i dalekich stron. Lechici wystawili solidną reprezentację w składzie: Jerzy Fido, Andrzej Góra, Bogdan Piątek, Marek Pytkowski, Grzegorz Radomski, Roman Radomski, Konrad Różycki, Krzysztof Stankiewicz, Jakub Zabłocki

Nie mogłem znaleźć Bogdana i razem z Grześkiem ustawiłem się dość blisko linii startu. Strzał startera. Do mat spokojnie by się mogło przed nami trochę rozluźnić. Straciłem tylko 9 sekund, a dla mnie i tak ważniejszy jest czas netto. Krakowskie Przedmieście, minęło dość szybko. Dogonił mnie Bogdan. Zwolniłem – wydawało mi się, że biegnę za szybko. Pierwszy kilometr równo 4:30 -za wolno. Przyspieszam. Nowy Świat, Rondo de Gaula. Przegapiłem drugi kilometr. Aleje Ujazdowskie. Na trzecim kilometrze czas dobry 12:32, ale cały czas jest lekko z górki. Plac Na Rozdrożu, Belweder, ostry zbieg. Bogdan zaczyna się oddalać.

Ul.Sobieskiego, długa prosta prowadząca do Wilanowa. Tak jest w Biegu Niepodległości, my skręcamy i dobiegamy do Czerniakowskiej. Obok znajoma postać z wózeczkiem to Zula. Punkt z wodą i nawrót, Aleją Witosa wracamy do ul.Sobieskiego. Bogdan zniknął w oddali. Kolejny zakręt, wbiegamy w uliczki Sadyby. Mata 10km, czas netto 41:53. Mieszczę się w założonych widełkach. Kolejny kilometr i wybiegamy na ul. Powsińską. Po prawej budynek TVN, gdy biegam do Morysina oglądam go z drugiej strony. Kolejny punkt z napojami. Zula pozdrawia mnie po raz kolejny. Miło, to pomaga i dodaje sił. Dobiegam do ul.Czerniakowskiej to też dobrze znane mi miejsce, półmetek wielu treningów.

15km – jest życiówka 1:02:47. Czuję się coraz mocniejszy. Próbuję przyspieszyć i dogonić wyprzedzającą nas grupkę. Razem ze mną przyspiesza jeszcze kilka osób. Biegniemy razem pomału wyprzedzając kolejne grupki. Mijamy Trasę Łazienkowską i doganiamy grupkę, w której jest Bogdan. Most Poniatowskiego i zbieg do tunelu. Ciekawe wrażenie, pomnożony echem stukot butów, półmrok. Tunel jest na łuku, więc nie widać drugiego końca. Sądziłem, że będzie duszno, ale nie – widać dobrze działa wymiana powietrza. Biegnie się jakoś lżej, szybciej. Są też nieliczni kibice. Z tyłu słychać okrzyki, ktoś sprawdza działanie echa. Pojawia się konie tunelu. Widać czekający nas podbieg, na szczęście krótki.

Mijam Most Śląsko-Dąbrowski, przyspieszam. Wiem, że jest dobrze. Dogania mnie KrzysiekP i próbuje namówić na wspólny finisz. Widzę, że ma duży zapas sił, a wiem co potrafi więc wolę nie ryzykować. Z lewej strony Podzamcze. Widzę metę i zegar 1:25:46 1:25:47 … Jest jeszcze kawałek, ale to już tylko kilkaset metrów. Dobiegamy do zjazdu z mostu Gdańskiego i podbiegamy nim kawałeczek, by po chwili wypaść na ostatnią prostą.

Zaczynam finisz. Przyspieszam. Nigdy dotąd nie miałem sił by przyspieszać na 21 kilometrze. Widać są efekty treningu. Zegar ustawiony pod kątem widzę dopiero w ostatniej chwili 1:27:42, 1:27:43 … mijam metę. Łapię czas 1:27:37, jak się później okazało identyczny z oficjalnym pomiarem netto (brutto 1:27:46).

Medal, torba z piciem i słodyczami, ktoś okrywa mnie folią. Bartek też zajmuje się foliami. Zamieniamy dwa słowa wychodzę ze strefy mety.

Po chwili pojawia się Bogdan i kolejni znajomi. Pomału robi się chłodno, ubranie zaczyna parować. Obieram torbę z samochodu, zakładam kurtkę, idziemy coś zjeść. Gorąca grochówka ogrzewa od środka. Pojawiają się kolejni biegacze. W trakcie rozmów czas płynie szybko. Nigdzie się nie spieszę, żaden pociąg mi nie ucieknie. Do domu blisko.

Impreza bardzo mi się podobała, fajna, dość szybka trasa, dobra organizacja, przystępny termin na początku sezonu i wspaniała atmosfera to chyba największe atuty. Mam nadzieję, że ta impreza wejdzie na stałe do kalendarza. Bieganie we własnym mieście ma swój niepowtarzalny urok.