Ultramaraton Bieszczadski 2018

Gonią wilki za dzikami

Czyli od Rzeźnika Ultra po Ultramaraton Bieszczadzki.
Gdy wraz z przyjaciółmi opuszczałem Cisną zrobiło mi się na chwilę smutno. Patrząc z okna samochodu na cudownie wybarwione wzgórza uświadomiłem sobie, że właśnie skończył się jeden z moich najlepszych sezonów. Patrzę na to w kontekście ultramaratonów trailowych, bo w kontekście startowym trudno wyznaczyć granice. Oczywiście wybieram w sezonie dwa, trzy starty docelowe. Atak grypy żołądkowej sprawił, że nie udało mi się ukończyć Ultramaratonu Podkarpackiego i na inaugurację sezonu ultra musiałem poczekać do Festiwalu Biegu Rzeźnika. Bieg Rzeźnika Ultra na dystansie 140 km był dla mnie priorytetowy. Chciałem wyrównać z nim rachunki i sprawdzić stan przygotowań do UTMB. Sporo o nim napisałem w relacji “Dziki” więc nie będę się powtarzał. Podsumowując, rozpocząłem sezon od zdobycia statuetki z dzikami kończąc ten niezwykle trudny bieg (ukończyło tylko 12 zawodników) na 7 miejscu w open i 2 w M50.

Ultramaraton Bieszczadski 2018
Cisna

Ultramaraton Bieszczadzki to była kolejna wyprawa z Beatą i Jackiem. Ich ultramartoński debiut. Choć nigdy nie pokonali jeszcze maratonu, jestem pewien, że sobie poradzą. Przygotowywali się do tego startu od roku. Ja postanowiłem pojechać za ich namową i też byłem zapisany na 52 km, dopiero później, gdy Mirek ogłosił nowy dystans przepisałem się na 90. Dołączył do nas tym razem Alfred, który po raz pierwszy jedzie w Bieszczady. Do Cisnej dotarliśmy wczesnym popołudniem. Wysiadamy z samochodu, a gospodyni widząc mnie z daleka mówi “Pan to już u nas był?”. Niesamowite. Fakt, byłem kilka razy, ale przed wielu laty, teraz Jacek załatwiał noclegi, a ja nie wiedziałem gdzie. Rozpakowujemy się, a potem idziemy coś zjeść i odebrać pakiety. Później przygotowanie do startu i drzemka. Kładziemy się wcześnie, chciałbym się zdrzemnąć na dwie – trzy godziny.

Ultramaraton Bieszczadski 2018
zdjęcie UltraLovers – Jacek Deneka

Sen się mnie nie ima. Wstaję ok. północy. Start jest o pierwszej. Ubieram się, coś zjadam, zabieram plecak, kije i w drogę. Wyszedłem trochę za wcześnie. Jakoś mi się wydawało, że jest dalej. Organizatorzy szykują miejsce startu. Pomału zbierają się zawodnicy. Fotografowie robią zdjęcia. Jest piękna noc, choć powietrze dość rześkie. Krótka odprawa, ostatnie wskazówki i strzałem z pistoletu Mirek daje sygnał do startu. Ruszamy. Początkowo szosą w kierunku Dołżycy. Mijamy most nad Solinką by po kilkuset metrach skręcić w prawo. Przejście przez tory i łagodna wspinaczka do szerokiego duktu pokonującego trawersem stok. Poniżej widać nieliczne światła z centrum Cisnej. Skręcamy w głąb ciemnej doliny. Jest nieco pod górę, ale daje się truchtać. Po drodze nieświadomie przecinamy szlak, którym będziemy zbiegać do mety. Jest zbyt ciemno by dało się go zauważyć. Trasa powraca w pobliże szosy. Między drzewami dostrzegam światła przejeżdżającego samochodu.

Ultramaraton Bieszczadski 2018
zdjęcie Fotografia Bez Miary Magdalena Sedlak

Docieram do wsi Majdan. Dalej asfaltową drogą dnem doliny dobiegam do punktu w Starych Roztokach. 12 km. Czas 1:10:47. Mijam punkt tylko coś przegryzając i przez chwilę, przy zgaszonej czołówce podziwiam gwiazdy. W górach nocne niebo jest wyjątkowe. Jest ciepło. Docieram do przełęczy nad Roztokami Górnymi. Jacek, szef trasy osobiście pilnuje byśmy na pierwszej pętli skręcili we właściwym kierunku. Wybiegam na szlak graniczny. Zaczyna się normalna górska trasa. Podejście. Wyciągam kijki. Pierwsze wzniesienie ponad 1000 m n.p.m. Rypi Wierch. Biegniemy granią wzdłuż granicy. Między drzewami migoczą dyndające na Rzeźnickich taśmach odblaski. Sinkowa, Stryb, Beskyd, Czerteź, Czerenin, Maksymowa. Trasa faluje przez kolejne wzniesienia, by po odejściu od granicy dotrzeć do punktu w Solince.

Ultramaraton Bieszczadski 2018
zdjęcie UltraLovers – Jacek Deneka

26 km, 3:16:11. Uzupełniam flaski, coś przegryzam i w drogę. W dolinie jest znacznie zimniej niż na górze. Zakładam rękawiczki. Dopinam bluzę. I zbiegam szosą w stronę Żubraczy. Nocną ciszę zakłóca szum Solinki. Trasa odchodzi w bok i rozpoczyna się długa, mozolna wspinaczka. Podejście na Berdo, Zwornik i Hyrlatą (1103 m n.p.m.). Dalej granią na Rosochę i długi zbieg. Ze stoku widzę światła. Punkt w Starych Roztokach. Pięknie się prezentuje. Wydaje się jakby był w zasięgu ręki. Trasą to jeszcze ponad 2 km. Dobiegam do punktu. 38 km, 5:14:12. Picie, ciepły posiłek i w drogę. Robi się jasno. Wracam na przełęcz nad Roztokami. Tym razem skręcam w przeciwną stronę. Rozpoczyna się podejście na Okrąglik. Dobrze pamiętam ten odcinek. Wzdłuż szlaku znajdują się tablice dydaktyczne. Kijki pracują. Dobrze mi się idzie. Patrzę na zegarek. Właśnie z Cisnej startuje dystans 52. Beata z Jackiem ruszają w pościg. Ciekawe kto pierwszy dotrze do mety. Ożywia mnie budzący się dzień. Uwielbiam tę porę dnia. Liście w promieniach wschodzącego słońca nabierają intensywnych barw. Chyba nigdy nie widziałem tak pięknej jesieni. Brakuje mi tylko śpiewu ptaków. Coś za coś. Na wiosnę muzyka, na jesieni obrazy.

Ultramaraton Bieszczadski 2018
zdjęcie UltraLovers – Jacek Deneka

Z Solinki rusza Alfred. Z pewnością będzie pierwszy. Ma tylko 26 km do pokonania. Okrąglik (1101 – wysokość binarna 😉 Punkt zwrotny. Skręcam wzdłuż granicy na długą pętlę. Kurników Beskid, Płasza, Dziurkowiec, Rabia Skała (1199 m n.p.m.). Skręcam od granicy w stronę Paprotnej i na Jawornik. Po drodze mijam jagodową polanę, którą zbiegałem na wiosnę. Wtedy biegłem w stronę nadciągającej burzy. Teraz pogoda jak marzenie. Bezchmurne niebo. Słońce operuje z pełną mocą. Na szczęście w październiku tej mocy jest mniej niż latem. Wetlina. 60 km, 8:55:00. Długo wyczekiwany punkt. Uzupełniam płyny i kalorie. Krótki odcinek wzdłuż szosy i skręt na żółty szlak. Jest sporo turystów. Dużo dzieci. Dopingują. Ustępują z drogi. Są bardzo życzliwi. To budujące. W górach są fajni ludzie. Podchodzę. Las mieni się odcieniami żółci, zieleni, czerwieni i brązów. Kończy się las, wychodzę na połoninę. Sznur podchodzących. Trawy w jesiennych barwach. Przełęcz Orłowicza. Skręcam na czerwony szlak. Mój ulubiony. To miejsce budzi wspomnienia.

Ultramaraton Bieszczadski 2018
zdjęcie Jolanta Błasiak-Wielgus

Podchodzę na Smerek. Najwyższy punkt na trasie. 1222 m n.p.m.. Dawno tu mnie nie było. Jest nowy krzyż. Chyba trochę mniejszy. Staję na chwilę. Rozglądam się dookoła. Widok zapiera dech w piersiach. Te kolory są niesamowite. Schodzę, miejscami zbiegam. Siedem razy tędy biegłem, w zasadzie wchodziłem bo trasa prowadziła w przeciwnym kierunku. Jakoś dziwnie się czuję. Mijam parking, na którym kiedyś był punkt, wejście do parku i most. W asyście wolontariusza przebiegam przez szosę i skręcam w drogę Mirka. Dobiegam do przejścia przez tory i tu zaskoczenie. Trasa nie biegnie asfaltem lecz skręca na torowisko. Biegnę. Zmurszałe, zarośnięte podkłady nie ułatwiają. Trzeba być bardzo skoncentrowanym by się nie potknąć. Strasznie się dłuży ten odcinek. Przecinam szosę. Z daleka widzę wolontariuszy stojących na torach i kierujących w boczną drogę. Nareszcie koniec tych torów. Bardzo zmęczył mnie ten odcinek. Przekraczam szosę przy zamkniętym sklepie. Pamiętam jak w 2005 roku na moim pierwszym Rzeźniku odpoczywaliśmy z Bogdanem na tych schodkach. Za sklepem jest punkt.

Ultramaraton Bieszczadski 2018
zdjęcie UltraLovers – Jacek Deneka

72 km, 11:13:33 Uzupełniam płyny coś podjadam. Czuję niedosyt. Czegoś mi tutaj brakuje. No tak, uświadamiam sobie. W Smereku zawsze były bułki z żółtym serem. Jak bardzo mi tego brakuje. Nie, że byłbym głodny. Włączył się sentyment. Tęsknota za starą trasą. Wybiegam w złą drogę. Po jakiś 100 metrach droga skręca w prawo i zegarek alarmuje, że schodzę z trasy. Zdekoncentrowały mnie te wspomnienia. Wracam do punktu i wybiegam właściwą drogę. Zgodnie z oznaczeniami. Trochę asfaltu i długie podejście na Fereczatą. Pamiętam jak zbiegaliśmy tu po koszmarnym błocie. Było tak ciężko, że w kolejnym roku Mirek wymyślił obejście do dziś zwane “drogą Mirka”. Dodatkowym motywem była chęć ominięcia odcinka, na którym szlak prowadzi wzdłuż szosy. Dziś ominęliśmy go torami. Podchodzę. Jest sucho. Nawet śladu błota. Przede mną trzy górki, podejście na pasmo graniczne i Okrąglik. Z lewej wybiegają zawodnicy z krótszych dystansów. Zastanawiam się gdzie jest Beata z Jackiem. Ostatni odcinek. Wiosną biegłem tu w burzy.

Ultramaraton Bieszczadski 2018
Cisna

Jasło. Rozglądam się po okolicy chcąc zapamiętać te niezwykłe widoki. Taka pogoda i tak malownicza jesień to rzadkość, drugiej szansy mogę już nie mieć. Zbiegam. Z przeciwnej strony jadą jacyś goście konno. Piękne, dostojne zwierzęta. Idą spokojnie. Nie widać po nich zmęczenia. Mam tylko nadzieję, że jeźdźcy wiedzą co robią. Zbiegam. Jest dość tłoczno. Zawodnicy, turyści. Nie stanowi to jednak problemu. Kilka mniejszych wierzchołków i przekraczam drogę, którą biegliśmy w nocy. Z dołu dochodzą dźwięki z mety. Coraz wyraźniej słychać słowa spikera. Dobiegam do potoku i przez chwilę chcę skręcić w lewo do “Rzeźnickiej kładki”, która była na wiosnę. Błąd. Teraz trasa prowadzi jak dawniej (tylko w drugą stronę) trawersem ponad Solinką do mostu kolejowego. Słyszę jak spiker zapowiada Beatę i Jacka. Niesamowite. Są tuż przede mną. Skręcam na most i wzdłuż szpaleru kibiców wpadam na metę. Beata, Jacek i Alfred stoją opodal, gdy spiker podaje moje nazwisko. Udało się. Kolejny bieg Ultra zaliczony. Ósmy w tym roku. 90 km. Czas 14:07:49. Jestem bardzo szczęśliwy.

Ultramaraton Bieszczadski 2018
Alfred, Beata, Jacek i ja

Chwila odpoczynku i idziemy coś zjeść. Chłodne piwo, gorąca strawa tego mi było potrzeba. Beata i Jacek dzielą się wrażeniami, a Alfred opowiada, że tak zachwycił się Bieszczadami, iż po dotarciu na Jasło przez kilka minut stał rozglądając się wokół i robiąc zdjęcia. Trzeba przyznać, że trafiliśmy na wyjątkowo malowniczy okres. W międzyczasie dowiaduję się, że zająłem trzecie miejsce w kategorii. W ogóle na to nie liczyłem. Wiedziałem, że jestem zmęczony sezonem i nie nastawiałem się na dobry czas. Wspaniała niespodzianka na zakończenie tego cudownego weekendu. Na zakończeniu odebrałem statuetkę wilka, która znakomicie pasuje do zdobytych na wiosnę dzików.