Bieg 7 Szczytów

Far, far away

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami …
Do mety tak daleko, a przecież stoję przed nią. Czarna brama Salomona. Start i meta. Jeden punkt oddalony od siebie o 240 kilometrów. Dla obserwatora z zewnątrz to jedno miejsce. Dla mnie, jak się później okaże ponad 42 godziny w drodze. Wszystko jest względne. Oglądałem ostatnio serial Geniusz, o Albercie Einsteinie. Pewnie stąd takie myśli. Spiker sprowadza mnie na ziemię, przywracając właściwy punkt odniesienia.

Bieg 7 Szczytów
zdjęcie Łukasz Buszka – Dadadesign Images buszka.pl

Lądek Zdrój 20 lipca godzina 18:00. Odliczanie i start. Po kilku schodkach wybiegamy na Plac Mariański na wprost gmachu uzdrowiska “Wojciech”. Skręcamy w prawo. Biegnąc zwartą grupą pniemy się ulicami Orlą i Leśną by poza miastem skręcić na szlak prowadzący na Trojak. Dość łatwy i łagodny odcinek. Przełącz, Karpień i pasmo graniczne. Góry Złote. Stawka zaczyna się rozciągać. Docieramy do pierwszego punktu. Przełęcz Gierałtowska, dziesiąty kilometr, 01:17:38. Popijam izotonik z kubeczka i w drogę. Trasa falując wzdłuż granicy prowadzi na najwyższy szczyt pasma Kowadło 989 m. Toczą się wprawdzie dyskusje geografów co do podziału pomiędzy Górami Złotymi i Górami Bialskimi przez co Kowado nie jest jednoznacznie wskazywane jako najwyższy szczyt Gór Złotych po polskiej stronie, ale dla mnie to nie ma znaczenia. Odhaczam sobie kolejny szczyt do Korony Gór Polskich, choć nie zbieram jej oficjalnie. Biegnę. Mijam Smrek, Brusek i przełącz między Postawną, a Travną Horą. To te cztery szczyty pojawiają się w różnych interpretacjach jako najwyższe w Górach Złotych. Są wyższe to fakt, wszystkie powyżej 1100 m. Pytanie jak wyznaczyć granice. Niech się martwią geografowie i geolodzy. Ja tam żadnej granicy nie widzę. Nawet nie zauważyłem tej państwowej, gdy skręciliśmy i zbiegliśmy na Czeską stronę. W świetle czołówki widać tylko trasę. Jest dobrze oznakowana, poza tym zegarek czujnie prowadzi po śladzie. Odcinek asfaltówki, zakręt w leśną drogę. Z daleka widzę ognisko przed niskim domem. Wesoła gromadka, gwarne rozmowy. Coś pieką, coś piją. Dzieciaki podbiegają do drogi i pozdrawiają mnie śpiewnym czeskim “Achoj”. W głowie od razu pojawił się Krytek z niezapomnianej dobranocki. Piękne to czasy gdy nie ma granic, gdy z sąsiadami żyje się w zgodzie, a szlakiem można biec nie zwracając uwagi na polityczne podziały. Pnąc się na grzbiet wracamy na pasmo graniczne.

Bieg 7 Szczytów
zdjęcie Łukasz Buszka – Dadadesign Images buszka.pl

Przełęcz Płoszczyna. Drugi punkt. 32 km, 4:23:00. Pora coś zjeść. Późna kolacja. Zjadam banana, tosta z serem, kawałek szynki. Uzupełniam flaski. Wyruszam na szlak mając w rękach kubeczek z colą i garść rodzynek. Rykowisko, Dziczy Grzbiet, Sadzonki. Kolejne coraz wyższe szczyty wprowadzają w Masyw Śnieżnika. Granica lasu. Wybiegam na szeroki grzbiet. Śnieżnik. Najwyższy w Kotlinie Kłodzkiej 1426 m n.p.m.. Kolejny do korony. Byłem na nim pod koniec lat 70 ubiegłego wieku. Zimą. Pamiętam jak brnęliśmy w śniegu po kolana. To była ciężka przeprawa. Pamiętam, że gdzieś tu było schronisko. To właśnie na harcerskich obozach, zimowiskach i biwakach hartował się mój charakter. Obozy wędrowne. Nocne rajdy. Czytanie mapy. Orientacja w terenie. Wytrwałość, odporność na kaprysy pogody i radzenie sobie w różnych sytuacjach. Stok schodzi łagodnie. Można sprawnie zbiegać. Wyraźnie widać ścieżkę, ale okolica tonie w ciemnościach. Biegniemy w kilka osób. Większość z nich do Kudowy, gdzie na 130 km dotrą do mety. Zaczyna padać. Delikatny, ciepły deszcz. Nie przeszkadza. Biegnie się dobrze. Z czasem robi się bardziej intensywny. Wciąż jednak przyjemnie chłodzi. Stok sprowadza nas do Międzygórza. Uśpione miasteczko. Punkt. 45 km, 06:56:14. Przekąska, picie, uzupełnienie płynów. Szynka, ser, banan, rodzynki.

Bieg 7 Szczytów
zdjęcie Łukasz Buszka – Dadadesign Images buszka.pl

Wybiegam na niewielkie wzniesienie. Trawersem przez las mijam Igliczną. Wieś Marianówka. Wybiegam na otwartą przestrzeń. Odcinek przez pola. Szosa. Wilkanów. Pałac, cmentarz, szosa, las. Płaski odcinek. Lekko z górki. Stacja kolejowa. Most nad Nysą Kłodzką. Długopole. 64 km, 09:25:14. Oliwki, ser, kabanoski, pół drożdżówki i kawa. Przekroczyłem oś główną kotliny (Kłodzko, Bystrzyca, Międzylesie). Pola, wieś (Ponikwa), znów pola i las. Biegnę wzdłuż Autostrady Sudeckiej. Zaczyna się wspinaczka na Jagodną, najwyższy szczyt Gór Bystrzyckich. Biegnąc zaliczamy oba wierzchołki. Południowy oznaczony jako Jagodna (977) i północny oznaczony na mapach jako Sasanka (985). Według Wikipedii i źródeł na których się opiera jest to nazwa błędna, ponieważ jest to jedna góra z dwoma wierzchołkami i całość nosi nazwę Jagodna. Pod tą nazwa występuje w Koronie Gór Polskich. Jest już po czwartej. Zaczyna się wyłaniać nowy dzień. Rozjaśnia się pomimo chmur. Zaczyna intensywniej padać. Temperatura spada. Wiadomo o świcie jest najchłodniej. W lesie panuje cisza. W taką pogodę ptakom nie chce się śpiewać. Biegnę. Przełęcz Spalona.

Bieg 7 Szczytów
zdjęcie Łukasz Buszka – Dadadesign Images buszka.pl

Zbliżam się do punktu na 81 kilometrze obsługiwanym przez ekipę Biegu Rzeźnika. Na ten widok przypominam sobie śniadanie w Polańczyku. Wyjątkowość tamtego punktu zapadła mi w pamięć, ale to nie oznacza, że inne są gorsze. Długi, ciepły i suchy namiot. Uśmiechnięci, pomocni ludzie. Mirek nalewa rosołek. Podaje mi kubeczek. Ostrzega, że gorący. Popijam. Chwilę rozmawiamy. Rosół rozgrzewa. Przyjemnie wypełnia żołądek. Daję flaski do uzupełnienia i biorę się za pierogi. Jak ja dawno nie jadłem pierogów z jagodami. Smakują wyśmienicie. Żegnam się i w drogę. Fajnie się gada, ale czas nieubłaganie ucieka. Tak naprawdę to to jest kwintesencja punktu. Namiot gdzieś w lesie, przy drodze, uśmiechnięci, pomocni ludzie, coś do picia, coś do jedzenia, od czasu do czasu ciepłego. Stromy zbieg, i łagodny odcinek przez las. Trasa Autostradą Sudecką schodzi do Mostowic. Pokonuję most nad Dziką Orlicą i dobrze oznaczone przejście graniczne. Przede mną długi odcinek po Czeskiej stronie. W miarę łagodne podejście i bieg szerokim grzbietem przez las. Buty sprawują się znakomicie. Świetnie Jacek mi je dobrał. Na Rzeźniku po 80 km czułem już mocny ból. Teraz jest komfortowo. Wszystko się dobrze układa. Jednak to dopiero niewiele ponad ⅓ trasy. Odcinek asfaltu i Masarykowa Chata. Setny kilometr. 15:03:49. Uzupełniam izo, przegryzam szynkę i ser. Na drogę zgarniam tost z dżemem i colę. Jest ciepło. Rozpogodziło się. Nawet nie zauważyłem kiedy ciężkie szare chmury zmieniły się w białe obłoczki. Wygląda na to, że już nie będzie padać. Za to słoneczko będzie przygrzewać. Piję dużo. Na dłuższych odcinkach między punktami, gdy kończy się zapas we flaskach pociągam z bukłaka. Teraz już będzie niżej.

Bieg 7 Szczytów
zdjęcie Łukasz Buszka – Dadadesign Images buszka.pl

Góry Orlickie ostatni odcinek powyżej tysiąca metrów. Wspinam się na kolejny szczyt. Orlica 1084 m n.p.m. kolejny szczyt do korony. Na wierzchołku pomnik upamiętniający pobyt cesarza Józefa II, Johna Quincy Adamsa (późniejszego prezydenta USA) oraz Fryderyka Chopina. Schodzący szlak wije po stoku wśród drzew. Jakiś wąwóz, mostek nad potoczkiem. Droga trawersuje stok. Mijam Autostradę Sudecką i zagłębiam się w las. Polana Jamrozowa. Duży ośrodek sportowy. Centrum Polskiego Biathlonu. Trwają jakieś roboty. Punkt jest zlokalizowany na skraju stadionu. Rutynowo uzupełniam płyny, coś przegryzam i wybiegam z kubeczkiem coli w ręku. Zbiegam do Dusznik. Odcinek przez las. Krótki stromy zbieg. Park Zdrojowy. Fontanna, pijalnia, dworek Chopina. Biegnę sam. Na tym etapie to już normalne. Stawka bardzo się rozciągnęła. Ci co biegną na 130 zaczęli swój finisz. Spacerujący leniwie kuracjusze mnie pozdrawiają. Dopingują. Mijam most nad Bystrzycą. Uliczki miasteczka. Przede mną światła przy głównej drodze. Jest spory ruch. Muszę poczekać na zielone. Dochodzi mnie trzech zawodników. Trochę biegniemy razem. Las, pola. Niewielkie wzniesienie. Przejście pod torami. Pola, wieś, znów pola. Stosunkowo płaski, odkryty odcinek. Słoneczko przygrzewa. Kudowa. Krótki odcinek przez miasto. Park zdrojowy. Meta Super Trial – rozgrywanego na dystansie 130 km. Stąd o 20 wystartuje bieg KBL (Kudowa, Bardo, Lądek) na dystansie 110 km. Będą nas gonić. Dla mnie to kolejny punkt. Uzupełniam płyny. To był bardzo gorący odcinek. Podchodzi do mnie sędzia sprawdzający wyposażenie obowiązkowe. Wyciągam poszczególne rzeczy. Przy okazji podpinam powerbank do czołówki. Zakładam plecak, biorę kubek z colą i ruszam.

Bieg 7 Szczytów
zdjęcie Piotr Dymus

Trasa wspina się na górę parkową. Alejki z poręczami, a w bardziej stromych miejscach schodki. Mijam spacerujących kuracjuszy. Martwi mnie to, iż wyliczony przez zegarek dystans bardzo odbiega od rzeczywistości. Na szczęście zauważam, że dzięki nawigacji na podstawie tracka dokładnie wiem ile mam do mety. Wcześniej o tym nie pomyślałem, ale tak naprawdę to na zawodach to jest najważniejsza informacja. Nawet jeżeli bym pobłądził i dołożył kilka kilometrów, to nie byłoby to istotne. Na mecie liczy się oficjalny dystans trasy. W drodze najważniejsza jest informacja o tym ile mam do najbliższego punktu oraz jak daleko do mety. Kluczowy jest oczywiście czas jaki upłynął od startu. Przy kolejnych biegach zmienię sposób myślenia. Już przy planowaniu oprę taktykę na dystansie do mety. Biegnę rozmyślając. Wiem, że teraz długo będę biegł sam.

Bieg 7 Szczytów
zdjęcie Piotr Dymus

Najpierw pokonuje łagodnie wzniesienia, dalej strome podejście na Błędne Skałki. Pamiętam to podejście. Byłem tu kilka razy. Ostatnio w zeszłym roku, gdy biegłem GUR z Radkowa. Teraz jest znacznie ciężej. Mam już sporo w nogach. Szlak wychodzi na szosę. Nieprzyjemny odcinek. Akurat puścili samochody z góry i jadą jeden za drugim. Na Błędne Skałki szosa jest wąska i ruch odbywa się wahadłowo. Na szczęście to krótki odcinek, trasa skręca na szlak omijający rezerwat. Jest mniej widokowa, ale pusta. Dobiegam do krzyżówki, gdzie schodzą się szlaki. Skręcam w lewo, w schodzący ostro szlak do Pasterki. Odcinek bardzo trudny technicznie. Kamienie, korzenie, betonowe schodki. Mimo zmęczenia dobrze mi się zbiega. Mijam wielu turystów. Pozdrawiają. Dopingują. Szybko tracę wysokość. Niżej jest komfortowo. Leśne dukty schodzą łagodnymi zakosami. Jeszcze małe wzniesienie, droga, mostek i punkt.

Bieg 7 Szczytów
zdjęcie Mała Gośka

145 km, 22:32:19. Pasterka. Kultowe schronisko Kotliny Kłodzkiej. Za budynkiem przy wiacie ogromna balia z zimną wodą. W środku pływają arbuzy i butelki colą. Obmywam twarz i ręce. Jest bardzo gorąco. Kolejny ciepły posiłek, biorę makaron z sosem pomidorowym. Przemiłe dziewczyny uzupełniają flaski, przynoszą zimną colę. Wykorzystuję tę chwilę by siedząc w cieniu spokojnie zjeść. Makaron jest świetny. Biorę dokładkę. Czas ucieka. Ciężko, ale wyruszam zostawiając za sobą “pasterskie anioły”. Teraz krótki odcinek na Szczeliniec Początkowo drogą przez wieś, później mozolna wspinaczka wśród skał i głazów. Góry Stołowe. To pasmo charakteryzuje się stromymi stokami, płaskimi grzbietami i niesamowitymi formami skalnymi. Najwyższy i najsłynniejszy jest Szczeliniec (919). Pomiędzy skałkami wbiegam na przełęcz między Szczelińcami. Tu obok schroniska, znajduje się punkt z piciem. Mijam go i przez bramkę obok kasy wbiegam na trasę turystyczną. Zwiedzający ustępują mi miejsca, dopingują. Trasa jest wąska i kręta. Lawiruje pomiędzy skałkami, które tworzą niezwykłe formy. Miejscami korytarze są tak wąskie, że trzeba się przeciskać. Jest przepięknie. W szczelinach i wąwozach czuje się przyjemny chłód. Jest wilgotno, ślisko. Długie strome schody sprowadzają do słynnego “Piekiełka” głębokiego wąwozu wypełnionego wodą. Po biegnącej środkiem drewnianej kładce docieram na drugi koniec. Dalej schodami w górę i znów pomiędzy skałki w dalszą część labiryntu. W końcu docieram do końca trasy, zejścia w stronę Karłowa. Długie schody, betonowe stopnie bardzo mi nie pasują. Ciężko się po nich zbiega. Wreszcie szlak skręca w leśny dukt. W miarę płaska, równa droga sprawia, że mogę trochę odpocząć. Biegnę przez Park Narodowy Gór Stołowych. Przepiękny las, porozrzucane między drzewami fantazyjnie wyrzeźbione skałki, skalne grzyby. Kręta droga nieznacznie faluje to w górę to w dół. Kończy się las i szlak drogą wśród pól stromo schodzi do szosy.

Bieg 7 Szczytów
zdjęcie Mała Gośka

Biegnę. Widzę przed sobą łuk bramy rozpięty nad drogą. To rzadki widok. Wydaje mi się znajomy. Biegnę ulicą miasteczka. Słyszę z drugiej strony ulicy “Szczęść Boże”. Patrzę, to jakiś kapłan mnie pozdrawia. Zanim wysokie schody i górujący gmach bazyliki. Teraz sobie przypomniałem, to Wambierzyce. Byłem tu przed laty z rodziną. W czerwonych promieniach zachodzącego słońca bazylika prezentuje się niesamowicie. Biegnę przez miasto. Droga prowadzi lekko pod górę. Szlak skręca i polną drogą wspina się na kolejne wzniesienie, za którym znajduje się punkt w Ścinawce. 170 km, 26:43:05. To był długi odcinek. Podjadam, a wolontariusze uzupełniają mi flaski i bukłak. Kurtyna wodna umożliwia umycie się i schłodzenie. Wybiegam. Kawałek przez wieś, drogą wśród pól i nad torami. Zanurzam się w las. Robi się ciemno. Zapalam czołówkę. Zaczyna się druga noc. Zwalniam. Coraz częściej przechodzę w marsz. Szlak wychodzi na wielką polanę. Z daleka widzę ognisko. Jacyś ludzie grillują, śpiewają, popijają. Na szczycie wysoka, kamienna wieża widokowa. Podobna do tej na Wielkiej Sowie. Przyglądam się. W okienku na górze błyszczą czerwone oczyska. Z tablicy pod szczytem dowiaduję się, że to Góra Wszystkich Świętych. Zbiegam. Odcinek przez las i skręcam w ulice sporego miasta. Słupiec, dzielnica Nowej Rudy. Bloki, sklepy, kawiarnie, restauracje. Toczy się miejskie życie. Biegnąc ulicami przegapiłem skręt. Na szczęście zegarek szybko reaguje. Zawracam na trasę. Biegnę między blokami, mijam garaże i wracam na łono natury. Góry Bardzkie część zachodnia. Wspinam się mozolnie. Dopada mnie senność. Oczy się same zamykają. Idę. Próbuję podbiegać. Łapię się na tym, że przysypiam. Wzrok traci ostrość. Nogi jakoś pracują. Oczy odmawiają posłuszeństwa. Walczę o każdy metr, by się nie potknąć, nie przegapić znaków. Dobrze, że zegarek pilnuje trasy. Niestety niewiele na nim widzę. Wszystko jest rozmazane. Przy takim zmęczeniu przydałyby się okulary. Mam ochotę zapytać “Papo Smerfie, daleko jeszcze.” W ciszy nocy tylko zegarek odpowiada “tak daleko”, a ja się czuję jak jakiś osioł.

Bieg 7 Szczytów
zdjęcie Mała Gośka

Punkt na 191 km, 31:10:49. Przełęcz Wilcza. Popijam, pojadam i snuję się dalej. Koszmarna noc. Pociesza mnie to, że teraz punkty już będą gęściej. Ktoś mnie wyprzedza pędząc z zawrotną prędkością. To pierwszy zawodnik z KBL. Po jakimś czasie wyprzedziła mnie kolejna grupa. Wśród nich Trebi Corab, jak się później okaże drugi na mecie KBL. Jego pozdrowienie wyrwało mnie z letargu. Na chwilę trochę odżyłem. Kilka dni po biegu w rozmowie ze znajomym usłyszałem, że jego znajomy biegnący KBL w swojej opowieści użył zwrotu “gdy mijałem tych zombi z dwieście czterdziestki”. Myślę, że to świetnie oddaje moje samopoczucie drugiej nocy. Na profilu ten odcinek wyglądał łagodnie. Niby niskie góry, ale mocno poszarpane. W świetle czołówki po prawej stronie dostrzegam błysk oczu. Przyglądam się i widzę wśród krzaków sympatyczną buźkę. To sarna. Ona też mi się przygląda. W ogóle się mnie nie boi. Trwamy tak chwilę patrząc sobie w oczy. Ruszam. Droga prowadzi to w górę to w dół. Zaczyna świtać. Zbliżam się do Barda. Przepięknie położone miasteczko, z bogatą historią i pięknymi zabytkami wyłania się z szarości poranka. Zmęczone monotonią nocy oczy z przyjemnością wpatrują się w rozświetlone pierwszymi promieniami słońca budynki. Biegnę uliczkami i przez most na Nysie Kłodzkiej. Najniżej położone miejsce na trasie.

Bieg 7 Szczytów
zdjęcie Mała Gośka

Wreszcie wpadam na punkt. 203 km, 34:28:03. Wiem, że jest słabo. W nocy straciłem bardzo dużo czasu. Nieważne. Czas się nie liczy. Czuję, że mam dość sił by ukończyć. Zjadam porządne śniadanie. Rosół, paszteciki, ryż z jogurtem. Patrzę na namiot z materacami. To punkt, gdzie można się zdrzemnąć. Odganiam pokusę i ruszam w drogę. Krzyżową. Dosłownie. Podejście na Kalwarię prowadzi wzdłuż drogi krzyżowej. Jest dosyć stromo. Co kilkadziesiąt metrów mijam kapliczki kolejnych stacji. Wspominam swój pobyt w Jerozolimie. Jakże odmienna ta droga od tamtej, a obie niosą to samo przesłanie. Wierzchołek. Trasa prowadzi to lekko w dół, to znów trochę w górę. Widząc, że zostało mi niewiele energii w zegarku decyduję się wyłączyć nawigację. Jest już jasno, trasa dobrze oznaczona. Najważniejsze bym znał czas. Oczywiście mam powerbank, ale wziąłem tylko jeden kabelek, na szczęście ten do ładowania czołówki. Kolejna nauczka. Teraz zdobywam Wschodnią część pasma Gór Bardzkich. Na trasie Kłodzka Góra 763 m n.p.m. szósty na tej trasie szczyt do Korony. Znalazł się na tej liście, choć jest niższy o dwa metry od znajdującej się obok Szerokiej Góry. Zbiegam na Przełęcz Kłodzką. 215 km, 37:46:49. Popijam, podjadam i w drogę. Znów jestem w Górach Złotych. Po ciężkiej nocy mózg zaczął pracować. Światło słoneczne ma niezwykłą moc. Moc, która budzi. Ptaki swoim śpiewem radują się z nadejścia poranka. Oczy widzą coraz lepiej. Udaje mi się przyspieszyć. Biegnę. Robi się ciepło. Co i raz mijają mnie ściganci z KBL. Pozdrawiają, zamieniają dwa słowa i znikają w oddali. To bardzo pomaga. Nogi współpracują coraz lepiej, a oczy widzą wyraźnie.

Bieg 7 Szczytów
zdjęcie Mała Gośka

Ptasznik, Wilcza Góra. Szlak trawersuje stoki. Las chroni przed słońcem. Biegnę znacznie szybciej. Orłowiec. Ostatni punkt. 228 km, 40:12:12. Zostało już naprawdę niewiele. 12 km do mety. Ostatnie dwa wzniesienia. Dukt leśny przechodzi w drogę szutrową, a ta w asfaltową szosę. Lutynia. Otwarta przestrzeń. Słońce mocno przygrzewa. Popijam. Ciągną się te ostatnie kilometry, ale emocje sprawiają, że wciąż biegnę. Pojawia się zabudowa. Lądek-Zdrój. Ludzie dopingują. Schodząca łagodnie ulica sprzyja zbieganiu. Mijam budynek gdzie mam noclegi. Do mety zostało kilkaset metrów. Słychać głos spikera. Wita zawodników z KBL. Zbiegam wyznaczoną ścieżką, skręcam przy fontannie. Dzieciaki przybijają piątki. Jeszcze kilka schodków, brama i meta. 42:21:46.

Bieg 7 Szczytów
zdjęcie Piotr Dymus

Siadam na chwilę. Rozwiązuję sznurówkę by oddać chipa. Wiążę z powrotem. Idę do kwatery. Marzę by wziąć prysznic i pójść spać. Po drodze dzwonię do żony. Nastawiam budzik na 16, kąpię się i padam. Po trzech godzinach telefon wyrywa mnie ze snu. Półprzytomny ubieram się i idę coś zjeść. Pogoda się popsuła. Zaczął padać deszcz. Po dwóch dniach mam ochotę na coś konkretnego. Biorę grillowaną karkówkę, opiekane ziemniaki i zestaw surówek. Z sms’a dowiaduję się, że jestem trzynasty w open, drugi w kategorii. Jak się później okazało na 165 startujących ukończyło tylko 66 osób. To był zdecydowanie najcięższy bieg w jakim startowałem. Wracam i szybko zasypiam, by się obudzić po ponad dwunastu godzinach. Trochę po ósmej idę zjeść śniadanie. Mam ochotę na solidną porcję jajecznicy. Niestety wszystko zamknięte. Kupuję coś w Żabce. Zjem śniadanie w pokoju. Pomału się zbieram. Oddaję klucze i idę do strefy mety, na którą wbiegają zawodnicy Trojak Trial. Spotykam wielu znajomych. Mirka z rodziną, dwóch Robertów. Rozmawiamy, dzielimy się wrażeniami. Różne biegi, różne dystanse, różne doświadczenia. Rozpoczynają się biegi dla dzieci. Ciekawie poprowadzona trasa i waleczność najmłodszych przykuły naszą uwagę. To były bardzo widowiskowe biegi. Po biegach licytacja na cele charytatywne i uroczyste zakończenie. Całość prowadzi sympatyczny i dowcipny spiker. Jego śpiew “Serki z Pasterki, sialalala” do melodii “Brown girl in the ring” Boney M chyba już zawsze będzie mi pobrzmiewać w głowie.

Bieg 7 Szczytów
Dekoracja Bieg 7 Szczytów (zdjęcie Robert P.)

Robert znajduje dla mnie podwózkę do Wrocławia. Dekoracje zaczynają się od najkrótszych biegów. W końcu przychodzi czas na Bieg 7 Szczytów. Najpierw open, potem w kategoriach wiekowych. Kolej na M50. Wchodzę na pudło, odbieram gratulacje i pamiątkowy kubeczek z rąk Dyrektora Parku Narodowego Gór Stołowych. To bardzo miły moment. Chwila chwały, spełnienia i satysfakcji z dobrze wykonanej pracy. Do Wrocławia jadę z jednym z wolontariuszy i dwójką turystów, którą również zabrał. Po drodze dopada nas niesamowita burza. Takiej ściany deszczu chyba jeszcze nie widziałem. Nie daje się jechać. Jakie to szczęście, że coś takiego nie dopadło nas w biegu. Gdy wpadam na peron widzę tylko czerwone światła odjeżdżającego do Warszawy pociągu.

zdjęcie nagłówkowe Piotr Dymus