Bieg Rzeźnika Ultra 140

Dziki

Biegnąc szutrówką w stronę Smereka w pewnym momencie chcąc sprawdzić dystans przewijałem ekrany na zegarku i mój wzrok zarejestrował wysokość 666 m n.p.m. Faktycznie tegoroczna trasa 140 to iście szatański pomysł. Cóż. Po zeszłorocznej narzekaliśmy, że jest trochę nudna to teraz dostaliśmy naprawdę ciekawą. Trudną i wymagającą, ale piękną.

Cisna - Siekierezada
Cisna – Siekierezada

Do Cisnej wyjechałem we środę z Wojtkiem i Rafałem. Koledzy startowali klasycznego Rzeźnika w parze i chcieli spokojnie odpocząć we czwartek. Na miejsce dotarliśmy pod wieczór, odebraliśmy pakiet i zameldowaliśmy się na nocleg “Na Jeleni Skok” i poszliśmy do Siekierezady coś przekąsić. Czwartek minął nam leniwie na odpoczynku, obiedzie u Trolla i rozglądaniu się i w przypadku chłopaków zakupach na ekspo. Położyliśmy się wcześnie, bo trochę po 1:00 koledzy wyszli by pojechać na start do Komańczy. Ja sobie pospałem i leniuchowałem do południa, obserwując w internecie, jak się biegnie zawodnikom. Po przemyśleniu tego co dzień wcześniej oglądałem zdecydowałem się na zakupy. Przede wszystkim kupiłem (obiecując sobie, że po raz ostatni) kijki, do tego Rzeźnicki pas na numer i czapkę. Obiad zjadłem w Łemkowynie. Uwielbiam te ich pierogi. Później znów odpoczynek, ostatnie przygotowania i wyjście na start. Gdy pojawiłem się w rejonie mety na Orliku, Wojtek z Rafałem odpoczywali w strefie finiszera.

Cisna - Siekierezada
Cisna – Siekierezada

Około dziewiętnastej ustawiłem się w tłumie przed bramą startową. Przed biegiem czułem ogromne napięcie. Z jednej strony chęć wymazania zeszłorocznej porażki, z drugiej pierwszy sprawdzian formy w przygotowaniach do UTMB. Szczęście w drugim losowaniu sprawiło, że 31 sierpnia będę miał szansę stanąć na starcie w Chamonix. Ostatnie minuty. Kilka słów Mirka i Jacka. Szczegółowe informacje o trasie i aktualnych warunkach. Niestety wiele osób rozmawia zamiast słuchać i zagłusza, a potem pretensje że trasa źle oznakowana. Na przykład dla mnie kluczową informacją było to, na których odcinkach jest mniej znaków organizatora bo biegniemy dobrze wyznaczonym szlakiem. Jest piękny ciepły wieczór po upalnym dniu. Ostatnio słońce mocno dawało się we znaki powodując iż zarówno spośród startujących w Biegu Rzeźnika jak i w Rzeźnik Sky (Mistrzostwa Polski w UltraSkyrunningu) wielu nie dotarło do mety. Próbuję trochę się wyciszyć.

Bieg Rzeźnika Ultra - start
Start – zdjęcie UltraLovers – Jacek Deneka

Tradycyjny strzał z dubeltówki i ruszamy. Wybiegamy do skrzyżowania w Cisnej i dalej drogą w stronę Leska, za pilotującym samochodem. Po ok dwóch kilometrach skręcamy z asfaltu w dolinkę by pomału zagłębić się w góry i rozpocząć wspinaczkę na Łopiennik. Gdy podejście staje się strome wyciągam kijki z kołczana i rozpoczynam podejście ze wspomaganiem. To moja trzecia próba biegu z kijkami. Jak dotąd moje doświadczenie jest negatywne. Bardziej mi przeszkadzały niż pomagały, ale większość jednak z nich korzysta i są zadowoleni. Sam również zdaję sobie sprawę z tego, że bardzo pomagają na podejściach, a w trudnych warunkach mogą być nieocenione. Muszę jakoś się przełamać. Na ekspo zobaczyłem kijki, które jak się wydaje eliminowały wszystkie niedogodności poprzednich. Były składane w sprytny sposób z blokującym zatrzaskiem. Żadnego skręcania, zatrzasków, regulacji. Stały rozmiar 120 cm (tak wyszło z tabeli dla mojego wzrostu). Uchwyty z paskami. Poprzednio miałem takie z wypinanymi niby rękawiczkami, wyjątkowo mi nie pasowały. Dodatkowym atutem był kołczan, dzięki temu mogłem je przytroczyć do plecaka. Do tego znacznie lżejsze od poprzednich. Przyznaję, że z ciężkim sercem zdecydowałem się na ten dość kosztowny eksperyment.

Bieg Rzeźnika Ultra
zdjęcie Fotografia Bez Miary Magdalena Bogdan

Szczyt Łopiennika i zbieg. Kije błyskawicznie lądują na plecach i nie przeszkadzają w zbieganiu. Pomału zapada zmierzch. Kręta ścieżka przez las. Dolina Łopienki. Długie cienie kładą się na polanie. W głębi połyskują w ostatnich promieniach zachodzącego słońca kopuły murowanej cerkwi. To jedyna pozostałość po opustoszałej w wyniku wysiedleń po drugiej wojnie światowej wsi Łopienka. Mijam potok i na początku podejścia znów sięgam po kije. Idę lekko odpychając się od podłoża. Pamiętam, że poprzednio jednym z problemów było to, że za mocno obciążyłem ręce na początku i później nie chciały współpracować. Robi się ciemno. Czas wyciągnąć czołówkę. Grzbiet lekko faluje. Nie chowam kijków. Na krótkich, łagodnych i prostych zbiegach niosę je w ręce. Noc zaczęła się na dobre. Na otwartej przestrzeni gaszę na chwilę czołówkę by nacieszyć się widokiem gwiazd. Dłuższy zbieg. Kije na plecy. Teraz przydaje się wyświetlany na zegarku profil trasy. Biegnie się komfortowo. Puste ręce ułatwiają utrzymanie równowagi. Niektórzy wspomagają się w takiej sytuacji balansując kijami, ale mnie zawsze przeszkadzały. Teraz, gdy są przytroczone do plecaka nawet czuję ich obecności.

W miejscowości Górzanka wybiegam na szosę. Asfalt daje odpocząć nogom. Zmiana rytmu zawsze jest korzystna. Most nad potokiem i kolejna wieś. Wołkowyja. Nazwa brzmi jakoś znajomo. W świetle latarni gaszę czołówkę. Grupka młodzieży nas dopinguje. Znaki prowadzą przez wieś. Wiem, że jestem blisko Jeziora Solińskiego. Droga skręca ostro w lewo. Przebiegam obok dużego budynku ośrodka wypoczynkowego “Rancho”. Asfalt zaczyna się dawać we znaki. Na szczęście znów wracamy w teren. Podbieg na Wierchy.

Bieg Rzeźnika Ultra
zdjęcie Julita Chudko Photography

Pomiędzy drzewami pojawił się podświetlony jeszcze na pomarańczowo księżyc. Wprawdzie jest już po pełni, ale tylko nieznacznie się cofnął, więc gdy wzszedł nieco wyżej i nabrał blasku można było na otwartych przestrzeniach podziwiać nocne krajobrazy. Mają swój urok. Są trochę jak czarno-białe fotografie. Kolejne plany nakładają się na siebie odcieniami szarości. Od czasu do czasu oświetlenie pogrążonych we śnie wiosek dodaje nieco sepii. Oczywiście gwiazdy zbladły, a znaczna ich część przestała być widoczna. Za to Mars i Jowisz wyróżniają się wyraźnie. Odcinek długim lekko pofalowanym grzbietem i zbieg do Polańczyka. 34 km 4:30:03. Tym razem punkt był na zewnątrz, w grillowym ogródku. Zapach dymu, blask ognia, przepyszna zupa krem (nie mam pojęcia z czego) i …
… sushi. Ciekawy pomysł. Polańczyk znów mnie zadziwił. Wybiegam. Najpierw ulicą w dół, a dalej dziką ścieżką wzdłuż Fiordu Nelsona. Podbieg. Przejście przez szosę i znów zagłębiamy się w dzikie tereny. Wprawdzie trasa prowadzi szlakiem, ale widać, że mało uczęszczanym. Kręta, pofałdowana ścieżka prowadzi po stokach i wąwozach wijąc się wzdłuż potoku Myczkowskiego. Sporo powalonych drzew. Potok i jego dopływy, przekracza się po kamieniach. Trudny, ale przepiękny odcinek. Docieramy w pobliże Sanu i skręcamy w lewo, zgodnie z jego leniwym w tym miejscu nurtem. Pomiędzy drzewami połyskują światła odbijające się w wodzie. Biegniemy skrajem rezerwatu Nad Jeziorem Myczkowieckim. Szlak jest oznakowany niebieskimi serduszkami. W pobliżu stanicy harcerskiej na wprost zapory osiągamy najniższy i najbardziej wysunięty na północ punkt trasy. Skręcamy na południe. Wracamy w stronę Cisnej.

Bieg Rzeźnika Ultra
zdjęcie Fotografia Bez Miary Magdalena Bogdan

Szlak lawirując nad Berezówką i jej dopływami wspinamy się na Zrąb. Trasa jest zbyt łagodna by opłacało się sięgać po kijki. Na łagodnych podbiegach daje się biec. Mijając jakimś wąwóz usłyszeliśmy z dołu donośny basowy ryk. Zastanawialiśmy się co to za zwierzak. Rozgorzała dyskusja. Dźwięk powtarzał się kilkakrotnie. W końcu uznaliśmy, że brzmi jak jeleń na rykowisku. Choć to raczej nie ta pora roku. Cóż, kto jeleniowi zabroni. Później wysłuchałem nagrań na YouTube i teraz nie mam wątpliwości. To był niedźwiedź. Biegniemy. Szczyt omijamy trawersem i zabiegamy łagodnie do szosy. Mijamy pogrążony we śnie Myczków. Znów wspinamy się na Wierchy. Tym razem kijki wspomagają. Chyba trafiłem na właściwą długość. Ręce męczą się mniej niż przy poprzednich próbach. Zaczynam łapać technikę. Przed szczytem krótki odcinek, którym wcześniej biegłem do Polańczyka. Na szczycie trasa skręca w prawo. Zabiegamy przeciwległym stokiem w stosunku do tego, którym wieczorem wbiegaliśmy.

Kawałek asfaltu i skręt na stok. Podbiegamy długim, odkrytym grzbietem ponad Bereźnicą Wyźną. Budzi się dzień. Za mną wyraźny blask wschodzącego słońca, po prawej księżyc, a na wprost błyskająca niepokojąco chmurka. Na szczęście wiatr pokierował ją w inną stronę. Odcinek przez las i zbieg do punktu Natura Park. 63 km 9:10:46. Dobieg do wiaty, a raczej chatki / szałasu, w którym zorganizowany jest punkt. Tutaj jest pierwszy przepak. Ja jakoś nie mogę się przekonać do przepaków. Nie potrafię przewidzieć co, na którym kilometrze może mi się przydać, więc wolę mieć to co niezbędne przy sobie. Znajoma twarz. Rozpoznaje jednego z wolontariuszy. Widziałem go już na wielu biegach. To dzięki takim ludziom możemy liczyć na wsparcie. Widzę, że jest potwornie zmęczony. Im taki Rzeźnicki długi weekend daje się bardziej we znaki niż zawodnikom. Gar pysznej zupy grzeje się na wolnym ogniu. Ciepły posiłek dodaje sił. Uzupełniam picie i w drogę. Jak dotąd brak izotonika, ale jest woda i cola.

Bieg Rzeźnika Ultra
zdjęcie UltraLovers – Jacek Deneka

Początkowo wracamy tą samą drogą, by dalej dobiec do szosy. Jacek dokłada chorągiewki. Zastanawiam się po co. Jak dla mnie w tym roku trasa jest wyjątkowo dobrze oznakowana. W żadnym punkcie nie miałem wątpliwości jak biec. Moim zdaniem świetnym pomysłem było wykorzystanie istniejących oznaczeń szlaków. Tabliczki z napisem np. “teraz biegniemy zgodnie z czerwonym szlakiem” to genialny pomysł. Szlaki są oznaczone trwałymi znakami. Nic ich nie zerwie. Oczywiście nie wszystkie odcinki biegną szlakami, ale na nich było mnóstwo żółtych taśm, a na skrzyżowaniach czarne strzałki na pomarańczowym tle. Tak samo w nocy. Nic nie zastąpi odblasków rozmieszczonych wzdłuż trasy. Trasa łagodnym stokiem biegnie wzdłuż szosy by po jej przekroczeniu zanurzyć się w tereny Ciśniańsko-Wetlińskiego Parku Krajobrazowego. Długa wspinaczka. Kije pracują. Siedemdziesiąt kilometrów za mną, a jeszcze nie mam ich dosyć. Chyba coś się zmieniło. Wreszcie się przekonałem i trafiłem na takie, które mi pasują.

Berdo, Durna, Wierch Jabłoński i kulminacja w tym paśmie – Łopiennik. Ponownie przekroczyłem 1000 m n.p.m.. Wróciłem w góry. Kije na plecy i zbiegamy tą samą drogą, którą wczoraj wbiegliśmy. Droga na potokiem prowadzi do punktu przy szosie Cisna – Jabłonki. Z oddali słychać gwizd lokomotywy. Kolejka zabiera zawodników na Rzeźniczka. Na punkcie jest Izo. Wolontariusz pomaga mi napełnić flaski. Coś przegryzam. Biorę na drogę trochę coli do mojego niebieskiego kubeczka z Chojnika i ruszam wzdłuż szosy. Trzeba uważać. Tu jest spory ruch. Na szczęście odcinek drogą jest krótki. Upewniwszy się, że nic nie jedzie przebiegam na drugą stronę i skręcam na szutrówkę, która prowadzi obok budynków na mostek nad Ciśnianką.

Trasa z mojego zegarka (po uproszczeniu i redukcji punktów).

Dalej rozpoczyna się długie podejście. Początkowo drogą w stronę Bacówki pod Honem. By u podnóża stoku narciarskiego skierować się pod wyciąg. Siedmiokrotnie tędy zbiegałem. W różnych warunkach, ale zawsze to było trudne miejsce. Do góry pokonuję ten odcinek po raz pierwszy. Jest znacznie łatwiej, zwłaszcza z kijkami. Hon. Osina. Berest. Tuż przed wierzchołkiem trasa odbija od szlaku i oznakowana żółtymi taśmami sprowadza w dół do Żubraczy. Słyszę głuchy huk. Mirek wystartował Rzeżniczka. Niedługo podążę ich śladem. Zbieg. Tory kolejki. Szosa. Most Nad Solinką. Żubracze 83km 12:59:13. Podbieg na Zwornik i w dół do Solinki. Od dłuższego czasu biegnę w towarzystwie zawodników, którzy wyglądają na moją kategorię. Trochę za wcześnie by myśleć o walce. Trzeba robić swoje. Zauważyłem, że choć na odcinkach są nieco szybsi to na punktach tracą więcej czasu. Minimalizowanie czasu na punkcie to taktyka, którą stosuję od dłuższego czasu. Lepiej po zatankowaniu wziąć kubeczek picia, garść suszonych owoców, słonych orzeszków i iść pojadając niż stać w miejscu. Oczywiście używam składanego, wielorazowego kubeczka. W ogóle przydatne jest posiadanie kilku pojemników. Dawniej biegałem z 2,5 litrowym bukłakiem i miałem tylko izotonik. Teraz mam 1,5 litrowy bukłak, który przed startem napełniam w ¾ izotonikiem. Traktuję go jako rezerwę i zazwyczaj nie uzupełniam. Podstawą są dwa 0,5 litrowe softfkaski. Jeden zwykle z wodą drugi z izo. Je uzupełniam na wszystkich punktach. Do tego wielorazowy kubeczek, z którego piję na punktach zazwyczaj inne napoje, kawę, colę. Dla mnie to bardzo komfortowe rozwiązanie. I jestem zabezpieczony na ewentualne niespodzianki. Podgryzając krakersy wychodzę z punktu w Solince. 91 km 14:32:53.

Jeden z moich rywali dogania mnie po chwili i szybko wyprzedza. Robię swoje. Jak utrzyma takie tempo to i tak jest poza zasięgiem. Lubię walczyć i zależy mi na miejscu, ale najważniejsze by ukończyć. Szosa łagodnie schodzi. Dobrze przez chwilę pobiegać po asfalcie. Z lewej, wśród traw dostrzegam żółte chorągiewki. Trasa odchodzi w bok, ale mój rywal pobiegł szosą jest dobre 250-300 m z przodu. Upewniam się na zegarku, czy ślad też tu skręca i wołam go by zawrócił. Podziękował mi, gdy później wyprzedzał mnie na podejściu. Dawniej sam nieraz byłem w takiej sytuacji i inni mnie zawracali. Przy takim zmęczeniu bardzo łatwo przeoczyć znaki. Teraz wyposażony w Fenixa nie mam już takich problemów. Najbardziej pomocny okazał się na zeszłorocznym biegu 7 szczytów. Tam drugiej nocy, nad ranem wręcz przysypiałem idąc i gdyby nie alarm z zegarka pogubiłbym się w kilku miejscach. Wspinam się grzbietem pasma granicznego. Kije pracują. Czuję, że się przełamałem. Zaczynam je lubić. Kilka razy dochodzę kolegę z trasy, a on za każdym razem przyspiesza i mi ucieka. Nie daję się w to wciągnąć. Na tym etapie wiem, że jak jest mocniejszy to nic nie poradzę, a jak będę szarpał to może się to źle skończyć. Za kolejnym razem gdy go doszedłem już nie odpowiedział.

Bieg Rzeźnika Ultra
zdjęcie Robert Zabel – Fotografie

Docieram do punktu na przełęczy Nad Roztokami Górnymi. 104 kilometr. 16:33:25. Półtorej godziny do limitu na 140. Spory ruch. Zawodnicy z Rzeźniczka, ze stopiętnaski. Kilku ze stoczterdziestki. Mówią, że mają dość i chcą ukończyć 115. Biorę pieczony ziemniak. Ściągam plecak i wpinam zegarek pod powerbank. Tym razem biegnę na pełnym GPS z alarmem tracku i zostało mi tylko 10%. Bateria krócej trzyma, ale jest dużo dokładniejszy pomiar. Przede mną odcinek prosty nawigacyjnie. Mogę spokojnie go podładować. Mój numer zostaje dodatkowo oznakowany czerwoną taśmą, która oznacza “Uwaga wariat nie skorzystał z ostatniej szansy i zdecydował się pobiec 140”. Rozglądam się by sprawdzić, czy już dotarł któryś z moich rywali. Nie widzę, ale ruch jest spory. Mogłem przeoczyć. Wybiegam na trasę. Raczej wychodzę, bo jest dość stromo. Jest trochę kibiców. Wyszli by dopingować swoich, ale dopingują wszystkich. Okrąglik. Na wierzchołku wolontariusz kieruje mnie na szlak graniczny. Znam dobrze ten odcinek. Biegłem tędy w trakcie klasycznych Rzeźników.

Pasmo graniczne. Trzymam się szlaku. Znaki Rzeźnickie są rzadko, ale tu nie sposób się zgubić. Jakoś bardzo mi się dłuży. Pamiętam, że na Rzeźnikach dużo wcześniej się zbiegało, ale to jest inna trasa. W tym wariancie odcinek graniczny jest dużo dłuższy. Tracę pewność. Wyciągam zegarek i sprawdzam track. Wychodzi, że biegnę dobrze. Widzę, że przez ten czas naładował się do 65%. Już nie muszę się martwić o baterię. Robi się duszno i parno. Zbierają się chmury. Z oddali dochodzą pomruki burzy. Rabia Skała. Najwyższy punkt trasy. 1199 m n.p.m.. Zbiegam w stronę Smerka. Czarna strzałka na pomarańczowym tle wskazuje skręt w lewo. Nie widzę żadnej ścieżki. Tylko wielką jagodową polanę schodzącą w las. Zbiegam kawałek dalej szlakiem. Nie widzę odchodzącej ścieżki. Zegarek uparcie alarmuje. Cofam się do strzałki i jeszcze raz przyglądam jagodowej polanie. Jak mogłem to przeoczyć. Teraz widzę wyraźnie ścieżkę do tego znakomicie oznakowaną żółtymi chorągiewkami. Przy takim zmęczeniu mózg płata figle. Zbiegam. Zanurzam się w las. Świerki górują nade mną. Zaczyna padać. Deszcz jest tak słaby, że korony drzew wyłapują wszystkie krople. Zbiegam. Droga się robi coraz szersza, aż dociera do szutrówki. To tak zwana droga Mirka, tyle że w górnym biegu. Swoją drogę Mirek wyznaczył by ominąć odcinek bardzo ruchliwej szosy w rejonie Smereka, którą prowadził szlak. Tym razem droga jest dużo dłuższa. Wije się wzdłuż potoku. Bardzo się ciągnie. Bieg przeplatam marszem. Mijam piece do wypalania węgla drzewnego.

Bieg Rzeźnika Ultra
zdjęcie Julita Chudko Photography

Znowu zaczyna padać. Tym razem znacznie intensywniej. Chłodzi. Jest całkiem przyjemnie. Znów pada krótko. W końcu docieram do punktu. 124 km 20:23:54. Uzupełniam picie. Biorę banana. Głośny huk pioruna i zrywa się wiatr, by po chwili uderzyć ścianą deszczu. Dobiega kolejny zawodnik. Osłaniany przez wolontariuszkę parasolką w pośpiechu zakładam kurtkę. Robi się zimno. Wybiegam. Czekanie nic mi nie da. Po chwili dobiegam do skrętu z szosy. Droga zaczyna się wspinać. Muszę zdjąć kurtkę by wyciągnąć kijki. To był błąd. Zakładając kurtkę na plecak, zapomniałem o kijach. Plecak, którego używam tak fajnie układa się na grzbiecie, że kurtka mieści się na nim bez problemu. Kijki idealnie wpasowały się do kompletu.

Wyprzedza mnie zawodnik, którego spotkałem na punkcie. Wydaje się, że jest z młodszej kategorii i widać, że ma więcej sił. Nie próbuję go gonić. Podchodzę. Pioruny walą jak oszalałe. Pocieszam się, że las mnie ochroni. Ściana deszczu. Schodzący w dół turyści. Potok płynący całą szerokością drogi. Wiatr miota świerkami. Chwilami po głowie tłucze grad. Napieram. Tak mi się przynajmniej wydaje. Bo z analizy zapisu wyszło, że mocno zwolniłem. Na podejściu słyszę jak ktoś mnie woła. Doszedł mnie rywal z kategorii z jakimś młodym chłopakiem. To mnie mobilizuje. Staram się trochę przycisnąć. Pamiętam, że na płaskich i łagodnych zbiegach byłem sporo wolniejszy. Muszę trochę nadrobić zanim osiągniemy Okrąglik. Nic z tego. Gdy tylko zaczął się grzbiet mój rywal przycisnął i wyszedł na prowadzenie. Staram się zanim utrzymać, jednocześnie za bardzo nie szarpiąc. Duże Jasło, Szczawik, Małe Jasło. Tracę 50 – 60 metrów.

Bieg Rzeźnika Ultra
zdjęcie Julita Chudko Photography

Zaczyna się stromy zbieg. Przestało już padać. Jest ślisko. Na wysuszonej ziemi zrobiła się cienka warstwa luźnego błota. Na szczęście bieżnik w moich butach daje radę. Na tym odcinku widzę swoją szansę. Zbiegam odważnie asekurując się kijkami. Po raz pierwszy mi to wychodzi. Wyprzedzam i łapię trochę dystansu. Chwilami między drzewami widzę z przodu zawodników. Chyba jakiś chłopak, a przed nim dziewczyna. Biegnie w folii NRC. Dziwię się. Nie wzięła kurtki. Folie nie są po to by zastąpić kurtkę przeciwdeszczową. Mają chronić w sytuacjach awaryjnych. Gdy np. skręcimy kostkę i czekamy na pomoc siedząc w strugach deszczu. Kurtka ma nas zabezpieczyć i ogrzać gdy biegniemy. Jak nie możemy biec i musimy czekać na pomoc zatrzymany organizm błyskawicznie się wychładza. W takiej sytuacji folia jako dodatkowa ochrona może uratować. Są trochę szybsi i na krętej drodze znikają między drzewami. Biegnę. Na krzaku widzę porzuconą folię. Sto metrów niżej jeszcze kilka. Traktowanie ich jako płaszczy przeciwdeszczowych i wyrzucanie w lesie bo już nie pada to dla mnie skrajny brak poczucia przyzwoitości. W zeszłym roku na DFBG obowiązkowe wyposażenie sprawdzano w Kudowie. Dla mnie to był przepak, ale dla wielu meta. Brak foli na mecie oznaczałby dyskwalifikację. Jak widzę czasami leżące opakowanie po żelu to jeszcze sobie wmawiam, że komuś niechcący wypadło, ale nie da się zgubić folii NRC. Biegnę szerokim duktem. Z dołu dociera gwar mety. Oglądam się. Nie widać nikogo. Z przodu w oddali minęła dziewczyna z chłopakiem. Folia już na niej nie połyskiwała. Chciałbym powiedzieć co o tym myślę, ale nie miałem szans by ich dogonić.

Trasa dociera do szerszego duktu. Tu zawsze było pełno błota. Trawersując za żółtymi taśmami omijam najgorszy odcinek. Zbiegam nad potok Żwir, dopływ Solinki. Kiedyś trzeba było go przeskakiwać. Teraz trasa prowadzi wzdłuż niego by tuż przed ujściem potoku wyjść po drewnianych schodkach na stok i doprowadzić do mostka nad Solinką. Wydaje się trochę niepewny. Zwalniam i trzymam się liny, która robi za poręcz. Kilka kroków by wspiąć się na brzeg i wybiegam za sceną rozstawioną przy mecie. Przyspieszam niesiony dopingiem. Oglądam się czy nikt mnie nie goni. Nie chciałbym tu stracić pozycji. Łagodny zakręt o 180° i finisz. Gorący doping. Ktoś woła mnie po imieniu. Ostatnio sekundy i meta. 23:39:14. Medal, piwo, pierogi. Rozmowy ze znajomymi. Zmęczenie. Euforia.

Bieg Rzeźnika Ultra
zdjęcie UltraLovers – Jacek Deneka

Łatwo dopatrzeć się niedociągnięć i mieć pretensje do organizatorów. Jednak to są górskie biegi ultra. Ci co w nich uczestniczą powinni być przygotowani na wszystko. Nie można ograniczać wagi wyposażenia do absolutnego minimum. Startując mam dwa kilogramy płynu, kurtkę, koszulę z długim rękawem lub same rękawki. PowerBank. Dwie czołówki, zapasowa słabsza, ale za to mała i lekka. Do tego batony, żele, folia NRC, bandaż elastyczny i jakieś opatrunki. Jestem przygotowany na awaryjne sytuacje. 

Coraz większym problemem staje się kwestia śmiecenia. Muszę przyznać, że widzę iż jest coraz gorzej. Dotyczy to niestety wszystkich biegów. Nie bez przyczyny wielu organizatorów zaczyna wymagać by wszelkie żele i batony były podpisywane numerem startowym i wprowadza kary czasowe lub dyskwalifikacje. Opakowanie niestety łatwo zgubić. Wypracowałem sobie na to prostą metodę. Trzeba jedną, koniecznie zapinaną kieszonkę przeznaczyć na śmieci. Ważne jest by z niej nic nie wyjmować, a tylko dokładać. Gdy chowamy opakowania do tej samej kieszeni, w której mamy żele czy batony to wyjmując z niej cokolwiek łatwo można zgubić śmieci. Zużyłem w trasie 4 batony, 8 żeli i 4 opakowania magnezu. Wszystkie śmierci zmieściły mi się w małej zapinanej na suwak kieszonce w spodenkach. Gdyby za bardzo mi ciążyły mógłbym je wyrzucać na punktach. Biegamy w najpiękniejszych i najdzikszych rejonach. Dbajmy by takimi pozostały.

Cisna 2018
Bieg Rzeźnika Ultra

Ostatnio pojawiło się wiele głosów, że zbyt duża liczba drużyn nie ukończyła Rzeźnika i pytania, czy nie powinno się wprowadzić jakiś wymagań kwalifikacyjnych. Zastanawiałem się nad tym, ale doszedłem do wniosku, że gdyby były jakieś wymogi to nie miałbym szans wystartować w moim pierwszym Rzeźniku. W tej kwestii zgadzam się z Mirkiem. Rzeźnik był moim pierwszym ultra i pierwszym biegiem górskim. Uważam, że Rzeźnik ze swoją drużynową formułą jest do tego idealny. Można spróbować swoich sił licząc na współpracę i pomoc partnera. W tej formule jest jednak niebezpieczna pułapka. Drużyna musi od początku biec dostosowując tempo i oczekiwania do możliwości słabszego. Czasami łatwo przewidzieć kto jest teoretycznie słabszy, a potem przychodzi jakiś kryzys, zły dzień i role się odwracają. Najważniejsze jest zaufanie i elastyczne dostosowanie do sytuacji. Widziałem wielokrotnie jak mocniejszy z partnerów wywierał presję, wybiegał naprzód, poganiał. Partner starał się nadganiać i kończyło się kiepsko. Nie oceniam nikogo, ale ja bym nie zostawił partnera i kontynuował. Po prostu jak chcę biec samemu to nie wybieram biegu drużynowego. W moim odczuciu ten bieg jest znakomity na debiut, a jeżeli ktoś zejdzie wcześniej lub nie zmieści się w limicie na jakimś punkcie to trudno. Należy się nie przejmować tylko, wyciągnąć wnioski na przyszłość. Jest to znakomita okazja do zdobycia doświadczenia. Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego Rzeźnika, w trakcie którego Bogdan wprowadził mnie w świat Ultra. Doświadczony partner może być nieoceniony, a zgrana drużyna wspierać się i motywować. Jak dobrze wiadomo ultra biega się głównie głową. Nie widzę niczego złego w nieukończeniu. Często jest to efekt mądrej i trudnej decyzji. Kilka razy w swojej karierze podjąłem taką decyzję. Zawsze pozostają wątpliwości. Nie należy żałować, bo gdybanie nic nie wnosi.

Cisna 2018
Cisna

Dziwi mnie też stosowanie pojęcia “prawdziwe ultra”. Dla mnie każdy dystans ponad 42,195 km to prawdziwe Ultra przez duże U. Wiem co mówię, bo biegałem ultra od 50 km po ponad 240 km. To zupełnie różne biegi. Nieporównywalne, bo jak porównać 50 km na 400 m bieżni w Rudzie Śląskiej i 53 km w Górach Stołowych (GUR) lub 246 km Spartathlonu i 240 km w Biegu 7 Szczytów. Jedyne co łączy te biegi to to, że są one ultra. Ciekawym przykładem jest Wings For Life. Dla jednych to będzie piętnastka, dla innych półmaraton, a dla niektórych ultra.

Cisna 2018
Troll

Uważam, że każdy sam powinien być odpowiedzialny i decydować o sobie. Takie jest moje zdanie. Kogoś kto biegł Rzeźnika siedmiokrotnie. Przeżyłem upały, ulewy, grad, a nawet śnieg na Połoninach. Taki jest Rzeźnik i dla mnie takim powinien pozostać. Ma być ekstremalnie ciężki. W końcu to mnie się wyrwało w Ustrzykach po pierwszym Hardcore, że “Każdy jest Rzeźnikiem własnego losu.”