Dwieście

O Sporcie, rozrywko bogów, esencjo życia objawiona nagle pośród karczowiska daremnych trudów dnia dzisiejszego (…).

Pierre de Coubertin, motto ze strony Dariusza Sidora – im226

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce żył sobie spokojnie przeciętny facet. Nazwijmy go panem K. Sytuację miał stabilną i uporządkowaną, kochającą żonę, nastoletnie dzieci , dobrą pracę, przyjaciół z którymi od czasu do czasu wyjeżdżał w góry. Nic nie wskazywało na to, że nadejdą ciężkie czasy. Właśnie przekroczył czterdziestkę i 100kg wagi, gdy los go rzucił na studia……czasy się zmieniły, wymagania wzrosły, trzeba było podnieść kwalifikacje. Na studiach szczęśliwym trafem spotkał rówieśników, z którymi mógł wspólnie zakuwać do egzaminów. Szło całkiem znośnie, minął rok pierwszy, a biedak nic nie podejrzewając zaprzyjaźnił się z jednym takim, co biega. Wspólna nauka, biesiady, opowiadania Marka snute o bieganiu, pocie i trudzie, bólu, zmęczeniu, radości, euforii. O maratończykach (jak się później wydało przyjaciel też był maratończykiem) ludziach, którzy nie bojąc się żadnego trudu, nie pomni na własne słabości, dążą do celu walcząc ze sobą i z przeciwnościami. Słowa te wryły się mocno w pamięć K i tak zmanipulowały biedaka, że nie mógł przestać już myśleć o bieganiu.

Krakowskie Błonia - przed startem
Krakowskie Błonia – przed startem

I nadszedł dzień przełomu – 23 marca 2003 roku, dzień po którym spokojne życie pana K legło w gruzach.

„Tego dnia, tak bez przyczyny, postanowiłem trochę pobiegać. Pobiegłem do końca drogi, …” – no bez przesady to raczej był marsz i krótkie próby truchtania, a droga naprawdę była króciutka. Tak minął tydzień, a nasz bohater potrafił już przebiec 3km (bez przerw). Gdy się pochwalił przyjacielowi, ten podstępnik chcąc sobie zadrwić, przysłał mu plan do maratonu. Plan był dobry, profesjonalny (stworzony przez Jurka Skarżyńskiego), do Maratonu Warszawskiego, stworzony tak sprytnie by wciągnąć spokojnych, przeciętnych ludzi w wir biegowego szaleństwa. Plan jak narkotyk małymi rosnącymi dawkami zwiększał uzależnienie.

I tak mijały kolejne tygodnie, pękła pierwsza w życiu bariera, (10km bez marszu w 72 minuty). Radość i satysfakcja przepełniła serce biedaka i brnął tak dalej, nie zdając sobie sprawy, w jakie wpadł sidła. Do tego podstępna sieć Internetem zwana wciągnęła go w swoje wirtualne macki.

„… a kiedy tam dotarłem, pomyślałem, że pobiegnę na koniec miasta.” – dobrze, że biedaczek nie mieszkał w centrum, na kraniec miasta nie było daleko.

„A kiedy tam dotarłem, pomyślałem sobie, że przebiegnę przez hrabstwo Greenbow.” – tak trafił na ścieżki poligonu w Zielonce. Gorąco przyjęty do grona „Lechitów” wciąż biegał, więcej, więcej i więcej. Wspólne treningi, pierwsze zawody – 7, 10, 15, 21 – wciąż biegał, więcej, więcej i więcej. Nadeszła jesień i wielka próba 42,195. Gorączka startowa, opieka kolegów i ich przestrogi, czas jakby na chwilę zatrzymał się w miejscu. Spokojny bieg, udany debiut, nasz biedak został maratończykiem.

Stopień uzależnienia osiągnął pułap, z którego nie już było odwrotu. Jesień, zima, wiosna … wciąż więcej startów, w tym maratonów (Wiedeń, Białystok, Warszawa, Poznań), kolejny rok, kolejna wiosna.

Krakowskie Błonia - przed biegem
Krakowskie Błonia – przed biegem

„A skoro dotarłem aż tak daleko, dlaczego miałbym nie przebiec przez cały stan Alabama?” – zielone wzgórza, falujące trawy na oceanie Połonin, przestrzeń i wolność – to stało się udziałem naszego pana K, gdy wraz z Bogdanem, swym biegowym Guru przemierzał trasę z Komańczy do Ustrzyk. Ten Bieg Rzeźnika był pułapką, zastawioną przez podstępnych twardzieli na biednego pana K.

„Tak właśnie zrobiłem. Przebiegłem przez Alabamę. Bez żadnego powodu. Po prostu biegłem dalej. Dobiegłem do oceanu. Pomyślałem, że skoro przebiegłem taki szmat drogi, to równie dobrze mógłbym zawrócić i biec dalej.” – Boguszów-Gorce, kolejna pułapka, nowi przyjaciele (poznani wcześniej w Internecie), noc i dzień, góra i dół, deszcz i słońce, kolejne punkty i piękne widoki, stado jeleni przecinające drogę, wolność swoboda i piękno natury. W Sudetach wpadł już po uszy, uwierzył, że może, da radę, że chce i pragnie – żądza kilometrów stała się obsesją.

Na szczęście pojawił się głos rozsądku, dobry duch Dariusz Sidor – trener, opiekun, który czuwał by obsesja nie zniszczyła naszego bohatera, a jego truchtanie dawało efekty.

„Kiedy dotarłem do drugiego oceanu pomyślałem, że skoro jestem aż tutaj, to mógłbym równie dobrze zawrócić i biec z powrotem…” – i tak mijały kolejne lata, kolejne maratony, Biegi Rzeźnika, Kaliska Setka i … czas przyhamować i chwilę odpocząć.

Rok 2007 był rokiem wymuszonego odpoczynku, ból Achillesa, później przepuklina, najlepszą chwilą był Bieg Rzeźnika (trzeci z kolei) tym razem z Basią najtwardszą z najdelikatniejszych, najmocniejszą dziewczyną Bieszczad, co już nie raz udowodniła…, ale po kolei. Rzeźnik 2006 rozegrany w ciężkich warunkach pogodowych, rozbił drużynę „Lechitów” i pozbawił biedaka partnera, który z bólem kolana dzielnie towarzyszył mu, aż do Ustrzyk, lecz dalej już nie mógł. Wizja Hard-Cor´e nie pozwalała K się zatrzymać, chciał biec dalej, brnąć w deszcz i wichurę, do przodu we mgle. Na szczęście na mecie, znaleźli się tacy dla których nie ważne dokąd, ważne „Byledobiec” i dzięki nim nasz K dotarł do Wołosatego.

Krakowskie Błonia - w biegu
Krakowskie Błonia – w biegu

Jesienny Supermaraton Kalisia wzmógł tylko rządzę kilometrów i zwiększył uzależnienie. W Kaliszu poznał Basię, zapragnął z nią pobiec w kolejnym Rzeźniku. Nie dała się długo namawiać i wkrótce (tzn. na wiosnę 2007) ruszyli razem z Komańczy. Najpierw spokojnie, gdzieś z tyłu, ale na mecie byli w czołówce, a Basia wygrała ustanawiając nowy rekord kobiet. Szczęśliwa, oszołomiona chciała biec dalej do Wołosatego, lecz w nim, może po raz ostatni odezwał się głos rozsądku. Zostali by snuć marzenia i obiecali sobie, że zrobią to w przyszłym roku.Potem Bydgoski maraton pokory (4:23) , odskocznia w Triatlon i przerwa wymuszona łataniem obudowy. Dni bez biegania były koszmarem, który rozwiewała nadzieja na przyszłe bieganie. Radość czerpał K z obserwacji innych, jak biegną, jak walczą, jak wygrywają. Maraton Warszawski z aparatem oraz wspomnienia z wiosennego Jubileuszowego Biegu Lechitów w Zielonce, złagodziły nieco ból spowodowany niemożnością startu w 30 Biegu Lechitów w Gnieźnie.

Z dnia na dzień forma wracała. K znów mógł pochłaniać kilometry, jak na początku 10, 15, 21. Półmaraton Andrzejkowy przywrócił nadzieję, rozpalił żądze (kilometrów), a w myślach rosło nowe marzenie 24, 24, 24… 200, 200, 200… te liczby jak fatum zawisły nad nieszczęśnikiem, opanowały jego wolę i umysł, stały się prawdziwą obsesją.

Krakowskie Błonia - w biegu
Krakowskie Błonia – w biegu

Szczęśliwie dobry duch – wirtualny, choć rzeczywisty opiekun i trener znów wziął go pod skrzydła i pomógł mu dalej brnąć w to bezpiecznie, czuwając by los nie zepchnął go z obranej ścieżki. Mijały tygodnie, miesiące, łagodna zima, choć lepsza dla wielu sprawiła K nieco problemów ze zdrowiem (wirusy, bakterie też miały się lepiej).

Znów wiosna, Dębno, wielkie święto biegania, Mistrzostwa Polski, kwalifikacje Olimpijskie. K miał swoje marzenia, ruszył dość ostro (w granicach rozsądku), szło całkiem dobrze, lecz słońce, podbiegi i duże ambicje, zmęczenie, kryzysy i prysły marzenia.

Kolejny maraton przypadł na Kraków. Tym razem spokojny, kontrolowany. Tutaj za miesiąc K miał podjąć walkę z magicznymi liczbami. Pętelka na Błoniach, Rynek, Wawel, Wisła i bieg do Nowej Huty. Nawrót, znów Wisła, mijając Wawel K zobaczył w oddali Kopiec Kościuszki. Nie wiedział jeszcze jak bardzo ten widok zapadnie w jego pamięci. Na Błoniach serce zabiło mu mocniej, przyspieszył, a myśli poszybowały w przyszłość i rozpłynęły się w mglistych marzeniach.

Maj był dość ciężki, lecz tego nie czuł. Dzień i noc, rano, wieczorem, o świecie i zmierzchu. Każdy kilometr, każda godzina, każda chwila przybliżała ten dzień, dzień sądu, dzień próby, dzień przeznaczenia (24, 24, …)

Krakowskie Błonia - w biegu
Krakowskie Błonia – w biegu

Najlepsze chwile to bieg z dziewczynami, udzielał mu się ich spokój, determinacja i poświecenie. Gdy z Basią znów biegł przez Bieszczady, poczuł się mocny i zbudowany. Widział jak ona, tak delikatna i tak zmęczona w szalonym pędzie szusuje do Ustrzyk, by potem ruszyć ku przeznaczeniu. Szczęśliwie, nie byli sami. Przez Połoniny biegł z nimi Bartek – młody, silny, pełen wigoru, a potem, gdy nadeszła najcięższa próba – Szroki Wierch, Halicz, Rozsypaniec wspierał ich Michał – debiutant na trasie.

Ten bieg był kluczowy, dla K to czwarty Rzeźnik i drugi Hard-Cor´e. Widział jak Basia walczy, jak brnie do celu, pierwsza kobieta podjęła wyzwanie. Pierwsza, lecz w dniu tym nie jedyna. Poczuł się mocny i myślał o celu (24, 24,…).

Kolejne dni mijały szybko. Ostatni sprawdzian w „Truskawce” z Marzenką – tempo ustabilizowało się na dobrym poziomie. Czuł, że jest dobrze, wiedział, że nic już się nie da poprawić.

Piątkowe popołudnie. IC do Krakowa. Trzech panów zajętych czytaniem, rozmową, na chwilę ktoś przyśnie, czasem gdzieś się przejdzie. Drobne spóźnienie, rejestracja, odprawa, hotel, kolacja, rozmowa przy piwie. Spokój i opanowanie nie zdradzają ich myśli. Śmieją się, żartują, jakby zapomnieli.
Po co tu są?
Co ich jutro czeka?

(24, 24, … )

Krakowskie Błonia - w biegu
Krakowskie Błonia – w biegu

K spał spokojnie jak na obce miejsce. Przebudził się rano dopiero o 7. Mycie, śniadanie, przypięcie numerów. Wraz z przyjaciółmi wyruszył na Błonia. z pozoru spokój. Biegaczy wciąż więcej, trwają ostatnie przygotowania. Kolejna odprawa. II Bieg Lajkonika i I Mistrzostwa Polski w biegu 24-godzinnym, są rozgrywane w ramach Kwietnego Biegu. Bieg jest sztafetą dookoła Polski, biegiem solidarności z osobami niepełnosprawnymi, a jego celem jest pokonanie przez ochotników 1000 okrążeń dookoła Błoń. Czas leci szybko. Rośnie miasteczko namiotowe, stoliki, krzesełka, tu każdy ma miejsce, miejsce z własnym numerem.

11:00 – ruszyli. Jedni mocno inni ostrożnie. Każdy z własnym planem, marzeniem, taktyką.

K ruszył z Grześkiem, doświadczonym UltraLechitą. To on namówił K by wyrobił licencję. Biegli spokojnie. Marek ciut został, a Bogdan powoli znikał gdzieś z przodu. I tak mijały pierwsze pętelki. 1, 2, 3, 4, … ciepły głos sędziny odlicza kolejne kółeczka. Znów widok na Wawel, na Kościół Mariacki, stadiony Juvenii, Cracovii i Wisły, Skała Papieska i Kopiec Kościuszki.

Tę trasę K powtarzał jak mantrę, a punkty odżywcze rytm wyznaczały. Kanapka, bananik, cytrynka, ciasteczko i nade wszystko kubeczki z piciem. Upływały godziny, przybywało kilometrów. Dzień mijał powoli. Biegli. Krótka pętelka (3530m) sprawiała, że często spotykał znajomych. Stawka dość mocno się rozciągnęła. Ktoś kogoś wyprzedzał i był wyprzedzany. Rozmowy w drodze, starzy znajomi – gudos, treborus, AnKa i Mirza, dodają otuchy, wspierają słowem.

Krakowskie Błonia - w biegu
Krakowskie Błonia – w biegu

K zauważył, pewną nietypową cechę tego biegu i z zainteresowaniem obserwował przypadkowych ludzi. Błonia to miejsce wypoczynku Krakowian, spacerowicze, rolkarze, rowerzyści, trenujący biegacze i zawodnicy Kwietnego Biegu. Wielu nawet nie miało pojęcia, że tuż obok nich toczy się walka w Mistrzostwach Polski. Jeździli, spacerowali, truchtali spokojnie, lub biegli mocno, ktoś nawet robił interwały. Życie toczyło się obok swym stałym nieprzerwanym rytmem.

Pomimo deszczu, przelotnych opadów tłum tętnił życiem do późnej nocy. Grześ został z tyłu, Marek gdzieś zniknął, a Bogdan pojawił się za plecami.

K wiedział, że czasu jest bardzo dużo, a sił? Jak wiele? Czy starczy do rana?

Ciepła kolacja – gorący rosołek spędził z powiek rosnące zmęczenie. K starał się kontrolować tempo dozując odcinki w spokojnym marszu. Zrobiło się ciemno. Nad Cracovią pojawiły się fajerwerki, a do uszu K dotarły strzępy jakieś muzyki. Miał już za sobą 100km, czas był dobry (11h) i zgodnie z planem musiał odpocząć. Odpoczywał w marszu, idąc po 3-4 odcinki 400m na pętli. Czas leciał do przodu. Grześ widząc jak K mocno zwolnił, pocieszał go, mówił że będzie dobrze, że może nie 200, lecz może być blisko. Nie wiedział, że taka była taktyka. Kolejne godziny. K ubrał się cieplej i w biegu przyspieszył, zresztą już skończył odpoczynek. Biegł coraz pewniej, a w głowie huczało (200, 200,…)

Noc chłodna, deszczowa, zniknął punkt z wodą. K czuł, że jest dobrze, że może się udać i tylko strach mu podpowiadał, jeszcze się nie ciesz, jeszcze daleko. K biegnie równo, wpadł w dobry rytm. z monotonii wybija go bartezzzzz – brakujące ogniwo pomiędzy światem realnym i wirtualnym – łącznik z siecią – człowiek z matrixa. Przekazane pozdrowienia od syna, od Basi, od przyjaciół, świadomość, że są, że śledzą, trzymają kciuki do końca pozostały w głowie K, sprawiły, że walczył, że wytrwał do końca.

Krakowskie Błonia - w biegu
Krakowskie Błonia – w biegu

Poranek, śniadanie (kurczak w warzywach z makaronem) i powrót punktu z wodą, sprawiły K ogromną radość. Znów mógł powrócić do rytmu z początku, do czasu, gdy dwa punkty nadawały rytm. Zrobiło się jasno, a słońce przebijając się przez chmury grzało coraz mocniej.

Znów spotykał Grzesia, a ten mu mówi, że już jest siódmy, a może … Grześ się zawahał … może są szanse nawet na piąte. K nie myśli o miejscu. Radość, obawy, niepokój. Nikt nie zna granic swych możliwości, nikt nie wie, kiedy nadejdzie kryzys. Nieważne czy się wygrywa, ważne, że się walczy. K biegnie równo, wielu wyprzedza. Mijani koledzy wspierają, ciepłymi słowami, uśmiechem, gestem. Tu nie ma zawiści , tu każdy walczy ze sobą.

Radość przepełniła K, gdy sobie policzył, że do 200 brakuje mu kilkunastu kilometrów i trzy godziny w zapasie. Biegł równo, z radością, a punkty odżywcze …

„Kiedy się zmęczyłem, szedłem (spać)*. Kiedy zgłodniałem, jadłem. Kiedy musiałem pójść do… no wie pani… to szedłem.” – *spać – nie, po prostu szedł. Punkty odżywcze na takim biegu to miejsca azylu, chwili wytchnienia. Obsługa na nogach, gotowi by pomóc, z radością, z uśmiechem i poświęceniem. I punkt sędziowski i głos spikera. Ciepły głos sędziny potwierdzający kolejne okrążenia tętni w uszach K miarowym rytmem 51, 52, 53, 54…. K ciągle biegnie, jak to możliwe, wciąż biegnie i biegnie, już nie odpoczywa. 55, 56, 57… i ciepły głos sędziny potwierdził spełnienie. K sobie wyliczył, że na początku 58 okrążenia pokona 200 i padnie jedna z magicznych cyfr. Trochę się pomylił, ale nie łatwo się mnoży przez 3530.

Radość, radość, radość – wiedział, że nic mu już tego nie odbierze. Biegł dalej, już śmiało, na luzie, bez stresu, a w jego żyłach płynęła chyba czysta adrenalina. Czas już się kończy. K już wie, że to ostatnie okrążenie. Dziękuje obsłudze na punkcie z wodą i gna do mety.

59 – ostatni raz zabrzmiał ciepły głos sędziny. Zwolnił, przeszedł w marsz jak zawsze przy punkcie odżywczym. Głośny krzyk Naprzód! Masz 9 minut! Grzej ile wlezie! – poderwał K po raz ostatni. Ruszył by stoczyć swą walkę do końca. Biegł bardzo skupiony, wypatrywał znaczników na asfalcie 100, 200, 300 – odliczał każde 100 metrów. 500, 800, 1000. Wpatrzony w zegarek by nie przeoczyć mety (meta pojęcie czasoprzestrzenne może być wyznaczona jako punkt w przestrzeni lub w czasie) dobijał ostatnie metry. Stadion Juvenii, ostatni podbieg – gwizdek sędziego i … koniec biegu – magiczne cyfry 24 / 200

Krakowskie Błonia - meta, w oczekiwaniu na sędziego
Krakowskie Błonia – meta, w oczekiwaniu na sędziego

Czekając na sędziego, K usiadł na murku. Nie czuł zmęczenia, nie mógł uwierzyć, że się udało. Przepełniła go radość, uczucie spełnienia. Szczęście sprzyjało mu tego dnia. Wszystko ułożyło się dla niego pomyślnie. Pogoda, trasa, buty, ubranie, jedzenie, taktyka, przygotowanie – tak wiele czynników i wszystkie zagrały. Wiedział, że swój sukces zawdzięcza wielu. Głos sędziego wyrwał go z błogich myśli, a propozycja podwiezienia samochodem była czymś, o czym K nawet nie marzył.

Krakowskie Błonia - po biegu
Krakowskie Błonia – po biegu

Po kilku minutach, znów znalazł się w gronie przyjaciół. Wzajemne gratulacje, ciepłe słowa. Zmęczenie zaczęło dawać znać. Telefon, do domu i do trenera, no i do Basi – od niej sms´y płynęły, jak rzeka. Wiedziała, że K nie biegnie z telefonem, ale wiedziała, że on wie, że ona je śle. Dwa łyki piwa, ostra reakcja żołądka, cóż tak też bywa. K się położył, nie zasnął, organizm po woli dochodził do siebie. Nie skorzystał z możliwości podwiezienia do Wisły, gdzie były prysznice i obiad. Leżał z nogami na krześle. Czas mijał, wracały siły. Woda i banan, jakiś batonik. Leżąc, cieszył się swoim sukcesem. Rozmyślał o tym jak tutaj dotarł, jak wielu wspaniałych ludzi spotkał na swojej drodze, pomocnych, życzliwych. Pomyślał o domu o żonie i dzieciach. O przyjaciołach i latach biegania.

Krakowskie Błonia - podium
Krakowskie Błonia – podium

Wstał, umył się pod kranem stojącym przy namiocie, przebrał. Siły wróciły, lecz mięśnie przeszywał ból. Znał to. Pamiętał, bywało gorzej. Pomału wracali zawodnicy z obiadu, ktoś przyniósł wyniki. K nie mógł uwierzyć – był piąty, pokonał dystans 209km i 720m. Dwóch pierwszych zawodników poprawiło poprzedni rekord kraju.

Robiło się późno. Grześ pojechał na dworzec przesunąć bilety, K z Markiem i Bogdanem czekali na dekoracje. Hymn grany na żywo, wręczenie pucharów. K stanął przy podium, gratulacje, nagroda, wzruszenie – te chwile na zawsze wryją się mu w pamięć.

Koniec przygody czas wracać do domu. K wraz z przyjaciółmi jadą na dworzec. Zmęczenie bierze górę, lecz nawet rytmiczny stukot kół nie przynosi snu. Znów sprzyja mu szczęście, Ula córka Marka odwozi K do domu.

W podziękowaniu mojej żonie i wszystkim tym, którzy pomogli mi odnieść ten sukces.

Cytaty z filmu Forrest Gump

Zdjęcia: Antonio i sawyer