Szczyrk

BUT rozmiar 90

Tu oczy obróciwszy ku złotemu słońcu
i ku białym obłokom na błękitnym niebie,
można świata zapomnieć i zapomnieć siebie

Fragment wiersza Kazimierza Przerwy Tetmajera umieszczony na granitowej kuli umieszczonej w centrum Szczyrku. Wiersz oczywiście opisuje Tatry, ale ten fragment tu pasuje doskonale. Wprawdzie nie ma tu skalnych piramid, ale wpadające w złote i czerwone barwy jesieni Beskidy należą do najpiękniejszych.

Stoję, patrzę i myślę o jutrzejszym dniu. Gdy stanę na starcie niebo nie będzie błękitne, nie będzie też białych obłoków, za to gdy wybiegniemy na stoki Klimczoka ukarzą się gwiazdy jakich nie uświadczy się w mieście. To jeden z największych uroków nocnego biegania po górach.

Szczyrk
Szczyrk

Trzecia trzydzieści zbieramy się przed wejściem do strefy. Każdy wchodząc musi pokazać losowo wybrane dwa przedmioty z listy obowiązkowych. Jest nas dość dużo, ale idzie sprawnie. Jest chłodno 11 stopni, to znaczy jest idealnie do biegu. Ubrany jestem lekko, koszulka z krótkim rękawkiem, rękawki, wiatrówka, krótkie leginsy. Dopóki stoimy, trzeba się trochę rozgrzewać. Punkt czwarta ruszamy za samochodem. Najpierw deptakiem nad Żylicą, dalej kawałek główną drogą. Samochód zniknął razem z czołówką. Skręcamy. Droga zaczyna się piąć pod górę. Wbiegamy na stok Klimczoka. Droga się pnie leniwie. Mijamy samochód, który nas pilotował i wydostajemy się spod świateł miasta. Niebo staje się rozgwieżdżone. Pomiędzy drzewami widzę konstelację Oriona, która o tej porze pojawia się na niebie. To najbardziej charakterystyczna konstelacja zimowego nieba, zwiastuje nieuchronne jej nadejście. Droga jest komfortowa dlatego mogę bezpiecznie spoglądać w niebo. Nawet nie wiem kiedy minęliśmy schronisko pod Klimczokiem i zaczęliśmy zbiegać w stronę Bielska. Robi się stromiej, czas skupić się na tym co pod nogami. Długi zbieg prowadzi do punktu w Bystrej. Podbieg. Kozia Góra, szlak prowadzi przez teren schroniska. Znów trochę w górę. Wybiegamy na otwarty grzbiet. Odsłania się widok na dolinę tonącą w blasku światła. Bielsko. Wygląda pięknie, ale też uświadamia jak bardzo wpływamy na świat. Znowu do góry. Pomiędzy drzewami widać jakieś liny. Nieco nad nami stacja kolejki na Szyndzielni. Zbieg. Skręcamy w szeroki dukt leśny, który łagodnie się wspina pod górę. Jest już jasno. Zbiega się znacznie lepiej. Kamieniste odcinki w świetle czołówki dają mi się we znaki. Wzrok już nie ten. Oczy szybko się męczą. Dlatego chciałbym zdążyć na metę przed zmierzchem. Wapienica, drugi punkt kontrolny. Mostek, rzut oka na zaporę i w górę. Mozolne, chwilami dość strome podejście na Błatnią. Z polany na szczycie roztacza się piękny widok na pasmo Beskidu Śląskiego. Moje zielono-żółte okulary podkreślają barwy jesieni.

Szczyrk
Szczyrk

Droga w dół po kamieniach sprowadza do Brennej. Z daleka słychać gwar przy amfiteatrze, trzeci punkt. 35 kilometrów za mną. Jest nieźle. Kubek coli, garść daktyli i morele na drogę. Mostek nad Brennicą. Tu trzeba uważać. W prawo, drogą odchodzi trasa BUT 120, a w górę nieco na lewo BUT 90. Strome podejście, wypłaszczenie i znów trochę w górę. Na tym odcinku pojawia się sporo turystów. Rodziny z dziećmi, zielone szkoły. Duży parking. Bramka. Prawie półmetek, 44 kilometr. Przełęcz Salmopol. Tu znów łączą się wszystkie trasy. Ci z BUT 120 nie prędko tu dotrą. Dla nich to będzie 80 kilometr. Tu można podjąć decyzję o skróceniu trasy i być sklasyfikowanym na krótszym dystansie (90->60, 120->90). Ciepły posiłek. Biorę makaron z sosem bolognese. Uzupełniam izotonik. Wypijam dwa kubki coli. Biorę baton i żel. Przede mną najtrudniejszy odcinek. Wspinaczka na Malinowską Skałę i Baranią Górę oraz piętnastokilometrowy zbieg do Węgierskiej Górki. 26 km bez możliwości tankowania. Słoneczko w zenicie.

Szczyrk
Szczyrk, kula fontanna, na niej umieszczono fragment wiersza Tetmajera

Wybiegam z punktu. Na tym odcinku szlaku również jest sporo turystów i zielone szkoły. Starają się robić nam przejście, ale niektóre dzieciaki są tak zajęte swoimi sprawami, że nie słyszą nawoływań opiekunów i idą całą szerokością ścieżki. Normalka, dzieci. Gorzej gdy dorośli zachowują się tak samo. Generalnie ludzie na szlaku są super. Dopingują, wspierają, nie można narzekać. Malinowska Skała. Rozejście tras BUT 120/90 i BUT 60. Tu nie da się pomylić. Przy szlaku siedzi wolontariusz i wskazuje drogę. Podejście na Baranią jest ciężkie. Otwarty teren, słońce przypieka, a masyw osłania przed delikatnymi i niezwykle przyjemnymi podmuchami wiatru. Jest ciepło, ale napieram. Do góry idzie mi się lepiej niż w dół. Na wieży widokowej tłum, wokół wianuszek turystów. Ściągam na chwilę plecak. Zmieniam koszulkę na suchą. Wyciągam żel. I w drogę. Długie zejście do Węgierskiej Górki. Początkowo szlakiem, potem za znakami organizatora korytem wyschniętego potoku do szerokiej szutrowej drogi. Jest tak jak mówiono na odprawie. Droga wygodna, szeroka, łagodnie opada. Nogi same niosą. Stosuję metodę Gallowaya, 3-4 minuty biegu, 30 sekund marszu. Kawałek asfaltu, kamienny bruk i dalej asfalt. Zbiegam. Większą część tego odcinka pokonuję sam , choć mijam się z innymi. Zabrałem z przełęczy dwa litry picia, nie muszę szukać potoczków.

Szczyrk, skocznie
Szczyrk, skocznie

Wreszcie trasa skręca i przez niewielkie wzniesienie sprowadza nas do doliny. Pierwsze zabudowania, kawałek lasu, wysoki mur. Na prawo, w dole duży most. Za mostem na być punkt. Trasa skręca w drogę po lasem. Nie ten most. Po kilkuset metrach mijamy miejsce, gdzie trasa wspina się pod górę. Najpierw musimy zbiec do punktu. Z góry rozpościera się piękny widok. W dole bulwary nad Sołą i przewieszona kładka dla pieszych. Zbiegam alejką z kostki brukowej schodzącą łagodnie nad brzeg. Piąty punkt. 70 kilometr. Tankuję do pełna, bo zbiornik już pusty. Daktyle, morele, cola. Składane kubki to świetny pomysł. Kupiłem taki przed BUT’em. Bukłak to jedno, ale na punktach można wziąć coś innego i popijając wyjść w drogę. Dochodzę do kładki, kończę posiłek i truchtam na drugą stronę. Brukowaną alejką, asfaltem wracam do miejsca gdzie trasa się wspina na Magórkę Radziechowską. Wspominam Beskidy Maraton i naszą wędrówkę z Kaziem. Wydaje się jakby to było wczoraj, a już minęły dwa lata. Długie mozolne podejście. Kawałek polany. Znowu las. Słońce się chyli ku zachodowi. Czas schować okulary. Magórka. Odsłonięty wierzchołek. Teraz zachodzące słońce wydobywa z liści czerwień i złoto. Cudowny widok. Długi, miejscami trudny zbieg do Ostrego. Odcinek asfaltem zdecydowanie mi sprzyja. Taka odmiana. Kawałek twardej, stabilnej nawierzchni. Biegnie mi się naprawdę dobrze. Ostatni punkt. 85 km. Charakterystyczne miejsce. Duży plac. Pętla autobusowa. Miejsce jakby znajome. To chyba tędy biegłem maraton. Ostatni odcinek zaczyna się ostrą wspinaczką. Jacyś turyści schodzą ze Skrzycznego. Napieram. Przynajmniej robię co mogę. Chciałbym najtrudniejsze zejście pokonać przy dziennym świetle. Hala Jaskowa. Po prawej tablica upamiętniająca nadanie praw przez Jana Kazimierza do tej hali Mikołajowi Jaskowi z Lipowej za zasługi w walkach ze Szwedami.

Szczyrk
Szczyrk

Jeszcze kawałek do góry i taśmy wyznaczające trasę BUT opuszczają szlak prowadząc początkowo trawiastą drogą łagodnie schodzącą wśród młodych świerków. Biegnie się super. Niestety to tylko chwila. Stok się gwałtownie obniża. Droga przechodzi w wąską kamienistą ścieżkę w grząskim, trawiastym terenie. Pojawia się coraz więcej wody. Trasa prowadzi potokiem. Trudny, męczący odcinek. Do tego robi się szaro. Potok przekracza drogę, w którą skręcają znaki. Znowu lekko do góry. Wbiegam w las. Droga skręca do góry, taśmy prowadzą w dół, na przełaj niewielkim żlebem pomiędzy drzewami. Dobrze, że jeszcze jest światło. Dno pokrywa gruba warstwa liści. Nogi się ześlizgują. Próbuję zjeżdżać na butach. Podpieram się rękoma. Muszę bardzo uważać by nie nadziać się na jakiś patyk. To na szczęście krótki odcinek. Kolejny dukt. Prowadzi łagodniej. Daje odpocząć. Między drzewami robi się ciemno. Gdy trasa robi się kamienista i bardziej stroma wyciągam czołówkę. Kończy się las.

BUT-90 meta
BUT-90 meta, zdjęcie JKR Ostrowski

Biegnę drogą wyłożoną betonowymi płytami. Pierwsze zabudowania. Asfalt. Mostek. Deptak. Grupka kibiców. Przyspieszam. Skręt w lewo. Do mety jakieś 200 metrów. Z daleka widzę czas na zegarze 14:59:30. Przy gromkim dopingu mknę ile sił by złamać 15 godzin. Gdy mijam metę zegar wskazuje 14:59:48 (14:59:55 w oficjalnych wynikach). Medal, pamiątkowe zdjęcie. Gratulacje. Ktoś wręcza mi piwo. Dziewczyna klęka przede mną by odciąć chipa. Przysiadam przy stole. Proponują mi jedzenie. Dziękuję. Muszę chwilę odpocząć, uspokoić organizm. Dzwonię do żony. Popijam piwo. Robię się głodny. Biorę pieczone ziemniaki z sosem bolońskim. Smakują wyśmienicie. Po żelach, batonach prawdziwe jedzenie.

Wracam do schroniska. Mam łóżko w szesnastoosobowym pokoju. Mogłoby się wydawać, że to koszmar. Nic bardziej złudnego. Tu niema przypadkowych ludzi. Poznaje się takich samych zapaleńców. Jest o czym rozmawiać. Czas płynie szybko. Wszyscy szanują spokój innych. Z ciszą nocną nie było problemu. Przed biegiem pobudka o tej samej porze, a po zawodach wszyscy padają. Niezwykli są też ludzie zaangażowani w organizację zawodów. Pasjonaci. To co robią byś my mogli startować jest niesamowite. Obsługa biura zawodów, mety. Ludzie na trasie i punktach. Uśmiechnięci, radośni, pomocni. Na każdych zawodach zachwycam się ich pracą. Pamiętajmy o nich. Bez nich nie było by nas.