Ruszam, jest jakoś dziwnie. Czuję, że nie mam sił. Ręce nie chcą ciągnąć, a tętno rośnie jak nigdy. Przechodzę do żabki, próbuję się trochę rozluźnić. Rozglądam się wokół, jestem jednym z ostatnich. To na pływaniu dla mnie nie nowość. Wracam do kraula, próbuje przyspieszyć. Nic z tego. Mija mnie kolejna osoba. Znowu wracam do żabki. Rozglądam się. Ostatnia osoba odpływa w stronę białej boi. Jeszcze raz próbuję popłynąć. Nic z tego, to tak jakbym całkiem utracił siły. Tętno wariuje, a ręce nie chcą współpracować.

Nadchodzi czas startu, w dużej grupie schodzimy do wody i ustawiamy się wzdłuż pomostu. Sygnał sędziego, ruszamy. Tym razem płynę mocniej, już się nie martwię, czuję się pewnie. Trasa przyjemna, prosta, dwie boje mijane z prawej, nawroty o 90° i powrót na metę. Łatwo utrzymać kierunek. Czas w strefie dobry 43:07 i szybka zmiana 2:42 (przynajmniej jak na mnie).

Wskakuję na siodło i jadę. Lekki podjazd, trochę zakrętów i „słynna” kostka brukowa, na zjeździe nieźle telepie, lekko hamuję. Wyjeżdżam z miasta, skręt w prawo, agrafka. Jadę. Lekkie wzniesienia zmieniają rytm. Staram się trzymać prędkość nieco ponad 30 km/h.