Wings for Life World Run jest wyjątkowy. Trzeba było niezwykłej wyobraźni by wymyślić coś takiego. Meta nie jest zlokalizowana ani w czasie ani w przestrzeni. Wyznacza dodatkowy wymiar. Zgodnie z wyznaczonym algorytmem podąża za zawodnikami. Ściga zawodników. Jednak w moim odczuciu ten bieg jest wyjątkowy pod każdym względem.

Start jest z wody i trzeba dopłynąć do linii, chwilę poczekać. Kładę się na plecach, pianka lekko unosi mnie na powierzchni. Na torze maltańskim jest szeroko, mimo około tysiąca zawodników, jest dość miejsca. Ustawiam się w trzecim, może czwartym rzędzie bliżej środka toru.

Dotąd uważałem, że nie warto pokonywać kilkuset kilometrów by przebiec 10km. Zmęczony zimą i spragniony startów (tak wyszło, że nie startowałem od Chomiczówki), podchwyciłem pomysł Renaty i Darka i postanowiłem pojechać do Poznania.

Do Poznania pojechałem w sobotę. Odebrałem numer i poszedłem do namiotu na makaron. Jak zwykle dużo znajomych i kiermasz z akcesoriami dla biegaczy. Oglądam, rozmawiam, myślę o taktyce na jutrzejszy dzień. Cel czasowy na ten rok już wypełniłem, przyjechałem tu dla przyjemności, szarpać się nie muszę ;-)

Do Poznania przyjechałem dzień wcześniej wieczorem. Zarejestrowałem się i poszedłem na pasta-party. Spotkałem Ojlę i wielu znajomych z forum biegajznami. Potem nocleg w Arenie i 10 października stanąłem na starcie maratonu w Poznaniu.