W tym roku sierpień zarezerwowałem sobie na Tatry i okolice. W niedzielę 30 lipca przyjechałem do Poronina i już tego dnia wybrałem się na trening. Pobiegłem do Murzasichla, gdzie spotkałem się z kolegą z pracy Danielem i razem zrobiliśmy pętelkę po okolicznych pagórkach.

Staram się jak najdłużej utrzymać wysoką kadencję. Oszczędzam siły na najbardziej strome miejsce. Przede mną wyrasta skała z na w pół wystającym rowerem. Tu się zaczyna ostra wspinaczka. Jadę powoli, dosłownie na granicy utrzymania równowagi.

Sędziowie wypuszczają zawodników grupami. Kolorowy tłum pnie się spokojnie pod górę. Nikt się nie spieszy to start honorowy. Najpierw podjazd na Klin, potem zjazd do Poronina. Dopiero tam będzie start ostry. Wyjeżdżam spokojnie pod górę. Skręt w lewo na Klinie i zjazd. To dla mnie całkowita nowość. Nigdy nie jechałem w peletonie. To jeszcze nie wyścig. Zjeżdża zwarta grupa. Kolarz przy kolarzu. Koło przy kole. Nigdy tak nie jechałem. Poronin. Zatrzymujemy się. Czekamy. Właśnie startuje poprzednia grupa. Chwila przerwy.