Great Stour
Great Stour

The Wind in the Willows

Anglia. Jedno z miejsc, które zawsze chciałem odwiedzić. Nie byłbym sobą gdybym nie połączył tego z zawodami, dlatego wybrałem jeden z cyklu biegów organizowanych w ramach CENTURION RUNNING na dystansie 100 mil. Anglia. Kraj, który znam głównie z literatury i filmu. Bogata historia i literatura sprawiły, że w mojej głowie powstał obraz, który teraz mam okazję porównać z rzeczywistością.

Dokland. Samolot wylądował na maleńkim lotnisku Citi pomiędzy kanałami. Zabudowania, dźwigi i pierwsze zupełnie niespodziewanie skojarzenie – J.M.Jarre i jego słynny koncert. Godzinami go oglądałem na kasecie VHS. Wsiadam do metra i jadę do centrum. Początkowo linie naziemne umożliwiają oglądanie miasta, ale dość szybko metro schodzi pod ziemię. Kolejne przesiadki. Poruszanie ułatwiają kolorowe pasy wskazujące drogę na peron wybranej linii. W końcu docieram do stacji Green Park i wychodzę na powierzchnię.

Park jak park, choć to bardziej ogromna polana, na której właśnie rozkładano kolarskie miasteczko. Nieopodal była zlokalizowana meta mającego się odbyć w najbliższą sobotę wyścigu. Przed wejściem rozbawiła mnie mocno tabliczka z napisem: “Impreza będzie fotografowana i nagrywana, a materiały publikowane. Jeżeli nie życzysz sobie być na filmie lub zdjęciach wybierz inną drogę”. Nie zraziłem się i przeszedłem przez park wraz z tłumem przechodniów.

Po drugiej stronie znajdował się pałac Buckingham, a ja trafiłem akurat na uroczystą zmianę warty. Przyznaję – robi wrażenie, choć nie przebije w tym Koreańczyków. Ponad godzinę spędziłem na placu szukając dogodnych miejsc do obserwacji. Nie spieszyłem się i raczej starałem odpoczywać. Później przez St. James’s Park dotarłem na Trafalgar Square, by wzdłuż Tamizy dojść do Windsoru i na dworzec kolejowy Victoria Station skąd pojechałem do Aldershot.

Aldershot. Małe, urocze miasteczko gdzie nocowałem przed startem. Po południu pojechałem autobusem do sąsiedniego Farnham gdzie znajdowało się biuro zawodów. Wróciłem pieszo, podziwiając typowe dla angielskiej prowincji krajobrazy. Położyłem się dość wcześnie, by ok 4:00 wstać, zjeść coś i dotrzeć przed 5:40 na odprawę.

Farnham - Centurion Running
Farnham – Centurion Running

Po odprawie przeszliśmy z biura zawodów na start znajdujący się w miejscu, gdzie zaczyna się szlak North Downs Way. Sygnał startera i ruszyliśmy wąską ścieżka przez las. Trasa jest bardzo malownicza. Łagodne, zielone wzgórza. Lasy. Pocięte płotami pastwiska i łąki. Konie, krowy, owce i kozy. Co jakiś czas drogę zagradzają bramki tak skonstruowane by człowiek przeszedł bez problemu, a żadne zwierzę nie miałoby szans. Pola żyta, owsa, pszenicy, kukurydzy. I pola pełne golfistów. Przebiegałem nawet koło boiska, na którym rozgrywano mecz krykieta. W pewnym momencie biegnąc leśnym duktem minąłem dwóch eleganckich dżentelmenów pogrążonych w przyjacielskiej dyskusji, którzy spacerując prowadzili leniwie wózki z kijami golfowymi. Ten luz, ta elegancja i uśmiech na twarzach zostaną zawsze w pamięci.

Długi czas biegłem z dziewczyną z Francji, która z pochodzenia była Angielką i nie pierwszy raz tu biegła. Sporo mi opowiadała, a zorientowawszy się, że znam słabo angielski mówiła powoli, wyraźnie i używała prostych słów. Niesamowite, bo jak rozmawiała z innymi Anglikami to nie rozumiałem ani słowa.

W swoich wyobrażeniach szukałem krainy Króla Artura, Hobbitonu, a pierwsze zupełnie niespodziewanie skojarzenia jakie mi się nasunęły to stara baśń pod polskim tytułem „O czym szumią wierzby” i nie mam pojęcia jakim cudem „Ania z Zielonego Wzgórza”. To pewnie przez wzgórza porośnięte bujną zielenią. Ciche, leniwie płynące strumienie nad którymi pochylają się te wierzby, wioski i farmy, na których toczyło się spokojne, radosne życie. W wielu miejscach przy trasie siedzieli kibice. Na kocach z piknikowymi koszami, wygodnych krzesełkach przy zastawionych stolikach. Uśmiechnięci, radośni, pozdrawiali krzycząc do nas “Well done”.

W drodze z Aldershot do Farnham
W drodze z Aldershot do Farnham

Wszystko było pięknie do czasu. Zatrzymuję się na punkcie w Holly Hill, na 65 mili. Czuję się naprawdę kiepsko i postanawiam zrezygnować z dalszej walki – nie zawsze układa się po naszej myśli. Organizatorzy odwożą mnie na metę. Odbieram depozyt i idę na halę sportową by przespać do rana. Tego nie było w planach. Budzą się wielokrotnie i tylko drzemię niespokojnie do rana. Kolejni zawodnicy wbiegają na metę. Kiepsko to na mnie działa i postanawiam wyruszyć do miasta. Przestawić na tryb turystyczny.

Od stadionu do miasta prowadzi ścieżka nad rzeką Great Stour. Wokół pola, zagajniki. Po drodze stadion i boiska klubu piłkarskiego oraz rugby. Przedmieścia z domkami z czerwonej cegły i niska zabudowa centrum Ashford. Wchodzę na śniadanie do Starbucks. Oglądam zabytkowy czołg z okresu I Wojny Światowej “British Mark IV ‘Female’ Tank”. Został on przekazany po wojnie mieszkańcom miasta w uznaniu ich wsparcia w czasie wojny. W drodze na dworzec zajrzałem do kościoła St Mary the Virgin, będącego kwintesencją brytyjskiego kościoła z cmentarzem.