Biel/Bienne, Szwajcaria
Biel/Bienne, Szwajcaria

Biel 100

Do Biel poleciałem przez Genewę. Czas oczekiwania na autobus spędziłem podziwiając panoramę miasta z fontanną. Trasa, którą jechałem prowadziła nad jeziorem Genewskim do Lozanny, by po krótkiej przerwie wśród pól powrócić nad wody jezior Lac de Neuchâtel i Bielersee. Widoki są naprawdę piękne. W drodze moją uwagę przykuło miasteczko z ciekawą zabudową i zamkiem górującym nad okolicą. Autobus dowiózł mnie w okolice stadionu Tissot Arena Biel/Bienne skąd ruszyłem przez miasto do hostelu Lago Longe w Nidau. 

Biel/Bienne, Szwajcaria
Biel/Bienne, Szwajcaria – jezioro Bielersee

Po okazaniu rezerwacji dostałem klucz elektroniczny i poszedłem zająć łóżko w 6-osobowym pokoju. Obawiałem się tego trochę, ale noc upłynęła spokojnie. Przespałem 10 godzin (tak bywa gdy rano się wstaje o piątej). Zjadłem śniadanie, szczególnie zachwycając się smakiem szwajcarskiego, twardego sera długodojrzewającego. 

Biel/Bienne, Szwajcaria
Biel/Bienne, Szwajcaria – port w Nidau

Krótki spacer do położonego opodal portu. Tam trochę posiedziałem słuchając muzyki, ale zrobiło się gorąco i wróciłem. Położyłem się, zacząłem czytać i … 

dwie godziny drzemki.

O 16 umówiłem się z Tomkiem przy bramie startowej. W pobliżu zjedliśmy spaghetti z pomidorami i tartym serem. Trochę pogawędziliśmy, poszliśmy odebrać numer i się rozstaliśmy. Wróciłem do leniuchowania. Książka, muzyka, godziny mijają. Nowi współlokatorzy ściągają na noc, a ja się zbieram do wyjścia. Pogoda się bardzo zmieniła. Rozszalał się wiatr, a deszcz rozpadał na dobre. Na szczęście zapowiadana burza poszła inną drogą. 

Biel/Bienne, Szwajcaria
Biel/Bienne, Szwajcaria – miejsce startu i mety

Wychodzę. Docieram do strefy startu. Stoimy stłoczeni w namiocie tuż obok bramy czekając w suchym miejscu do ostatniej chwili. Dochodzi 22:00. Deszcz nawet nieco zelżał. Ustawiamy się. Odliczanie. Strzał startera i w drogę. Zaczęło się. Początek płasko, pętla ulicami Biel. Gwar, muzyka, tłumy wiwatujących. Niesie. Trzeba się bardzo pilnować. 3 km pierwszy punkt. Wolontariusze podają wodę. Wiadukt pod torami i rozpoczyna się podbieg.

Biegniemy wciąż się wspinając. Ciągiem przez miasto choć dawno to nie jest już Biel. Szerokie zamknięte ulice. Szpalery kibiców. Kolejne punkty i kilometry. Mimo dobrego tempa bardzo się ciągnie ten pierwszy podbieg. Siłą rzeczy zwalniam. Czuję, że życie zweryfikuje moje marzenia. Biegnę w grupie z kilkoma osobami na 56 km i ze sztafet. 

Większość trasy prowadzi przez wioski i miasteczka. Niesamowita atmosfera. Ludzie kibicowali przez cały czas. Poza miejscowościami rozbite przy trasie namioty z zastawionymi stołami to standard. Siedzą, bawią się i dopingują. Muzyka, śpiew. Nawierzchnia chyba w połowie asfaltowa, ale sporo też szutru i dróg gruntowych. We wszystkich miejscach gdzie przekraczaliśmy bardziej ruchliwe drogi stali strażacy (a może inne służby), a miejsca te były doskonale oświetlone. Jak nie było stałych latarń to były przenośne specjalnie postawione na bieg, a gdzieś obok cicho buczał generator. 

W polu przy samochodzie z którego grała muzyka trzech facetów śpiewało genialnie na głosy, to znowu gdzieś dalej ktoś rapował przy boomboxie. Niesamowite, gdy biegłem UTMB odniosłem wrażenie, że na szwajcarskim odcinku nikt się biegiem nie interesuje. Tu ludzie wyraźnie żyją tą imprezą. Inny region i zdecydowanie szwajcarski bieg z ponad 60 letnią tradycją.

Biel/Bienne, Szwajcaria
Biel/Bienne, Szwajcaria – Nidau

Organizacja z iście szwajcarską precyzją. Punkty żywieniowe mniej więcej co 5 km. Do picia woda, izotonik, cola, ciepła herbata miętowa i bulion. Do jedzenia banany, pomarańcze, jabłka, rodzynki z różnymi orzechami, różne rodzaje ciast i ciasteczek, chleb, kabanosy i żele. Nie wszystko na każdym z punktów, ale tak to zapamiętałem.

Świt to moja ulubiona pora. Jeszcze nim pojawiły się pierwsze promienie słońca ptaki rozpoczęły swój koncert. Biegłem akurat gruntową drogą przez mokry świerkowy las. Zapach olejków wydobytych przez wilgoć z drzew iglastych roznosił się wokół. Deszcz, a już właściwie lekka mżawka odchodziła wraz nocą. Wschodzące słońce rozproszyło chmury. Zabiegałem akurat ze stoku, gdy roztoczył się przede mną widok na rozległą dolinę rzeki Aare, która wypływa w Nidau kanałem z jeziora Bielersee tuż obok hostelu w którym nocowałem. Dolinę zamykało pasmo górskie którego odległy kraniec górował nad Biel. Choć do mety pozostało jeszcze 25 km widziałem cel, wiedziałem, że jest już w zasięgu. 

Dobiegam do rzeki. Szutrowa droga prowadzi łagodnie falując nad stromym brzegiem. Miasteczko. Kolejny punkt. Rutyna. Żel, woda, pomarańcz, cola i w drogę. 200 m marszu i trucht do kolejnego znacznika. Trasa była fenomenalnie oznakowana. Tabliczki wskazujące kierunek z odblaskami lub lampkami LED. Tablice kierunkowe na skrzyżowaniach wielkości takiej jak drogowe. Nie sposób się zgubić.

Bieg jest również nietypowy z uwagi na support rowerowy. Biegłem jakiś czas koło gościa wspieranego przez żonę. Nawet nie zwalniał na punktach. Ona się zatrzymywała i uzupełniała zapasy, a on pił i jadł w drodze. Ja na punktach traciłem do niego 50, później nawet 100 m i już nie byłem w stanie dotrzymać mu kroku. Ciekawy pomysł. W trakcie biegu przekonałem się, że sporo osób z tego korzysta. 

Biel/Bienne, Szwajcaria
Biel/Bienne, Szwajcaria – Tissot Arena

Podsumowując muszę przyznać, że przeceniłem swoje możliwości nie doceniając tych 480 m przewyższenia. Uznałem, że skoro 480 m to tyle co dwie Falenice, to rozłożone na 100 km nie dadzą się bardzo we znaki. Myliłem się. Ukończyłem w czasie 10:15:26, zajmując 72 miejsce i 6 w kategorii. Wprawdzie nie pobiegłem tak jak chciałem, ale za to przygoda mega.  Oczywiście jestem bardzo zadowolony. Wynik jest niezły. Zaskoczył mnie ten bieg pod wieloma względami, ale pozytywnie. Każdemu ultrasowi polecam start w tym szwajcarskim klasyku.

Genewa
Genewa

W tej podróży najbardziej zaskoczyło mnie to, że tylko raz poproszono mnie o dokument tożsamości – przy odbiorze pakietu na bieg. Poza tym wystarczył QR code wyświetlany na ekranie smartfona. Co za czasy.

Zachód nad Szwajcarią
Zachód nad Szwajcarią

Powrót do Genewy, krótki spacer nabrzeżem, rzut oka na fontannę i przejazd pociągiem na lotnisko. Ponad godzina minut opóźnienia z uwagi na duży ruch lotniczy nad Europą. Zrobił się korek, staliśmy w kolejce do pasa startowego. Gdy samolot wzbijał się przez chmury trzęsło jakbym jechał furmanką po polu, za to powyżej ukazał się piękny zachód słońca.