Ruszam, jest jakoś dziwnie. Czuję, że nie mam sił. Ręce nie chcą ciągnąć, a tętno rośnie jak nigdy. Przechodzę do żabki, próbuję się trochę rozluźnić. Rozglądam się wokół, jestem jednym z ostatnich. To na pływaniu dla mnie nie nowość. Wracam do kraula, próbuje przyspieszyć. Nic z tego. Mija mnie kolejna osoba. Znowu wracam do żabki. Rozglądam się. Ostatnia osoba odpływa w stronę białej boi. Jeszcze raz próbuję popłynąć. Nic z tego, to tak jakbym całkiem utracił siły. Tętno wariuje, a ręce nie chcą współpracować.

Rozpędzam się. Kładę wygodnie na lemondce. W głowie ustawiam tempomat 35 km/h. Tuż przed Kanałem skręt w lewo. Odcinek prostej, nawrotka. Nieporęt. Skręt w lewo. I szosa wzdłuż Kanału. Szeroko, wygodnie, płasko. Asfalt pierwszej klasy. Podkręcam tempomat. Pamiętam, że jeszcze przede mną podjazd na Konwiktorską. Świetnie mi się jedzie. Wjazd do Warszawy. Płochocińska. Łagodne, zakręty. Wszystkie wyjazdy zabezpieczone. Można się skupiać na kręceniu.