6 Poznań Maraton

poznan2005Do Poznania pojechałem w sobotę. Odebrałem numer i poszedłem do namiotu na makaron. Jak zwykle dużo znajomych i kiermasz z akcesoriami dla biegaczy. Oglądam, rozmawiam, myślę o taktyce na jutrzejszy dzień. Cel czasowy na ten rok już wypełniłem, przyjechałem tu dla przyjemności, szarpać się nie muszę 😉 Tak naprawdę, to zdaję sobie, że szanse na poprawienie wyniku są żadne (i to była trafna ocena). Ale … – nieformalna grupa na 3:10 korci.

Wymyśliłem nowy cel – spróbować pobiec drugą połowę szybciej od pierwszej – jeszcze nigdy mi się to nie udało. Tylko jak zacząć, by dać radę? Decyduję, że pobiegnę pierwsze 10km z Yurem i Robajem na 3:30, a potem będę sukcesywnie przyspieszał. Czas leci szybko. Idę po koszulkę i piwo maratońskie. Potem na nocleg do Areny.

Rano pobudka trochę za wcześnie. W tym roku start jest godzinę później. Jedziemy na Maltę, znów do namiotu. Czas szybko leci, czas się przebierać, jest zimno, ale słonecznie. Przebieram się, oddaje torbę do szatni i biegniemy na start. Do pokonania mamy kilkaset metrów, bo organizatorzy pod wpływem krytyki (zatory na mostku w poprzednich latach) przenieśli start na szeroką ulicę. Spotkało się to z gorącym przyjęciem. To była słuszna decyzja. Mijamy feralny mostek i kierujemy się schodami w górę. Ścieżka przez, las, pod nogami się plącze jakiś przerażony szarak. Wychodzimy na ulicę, przed nami szeroki start z dobrze oznaczonymi strefami na poszczególne czasy.

Pojawiają się z peacemakerzy z balonikami. Robaj i Ydur zbierają grupę gwiżdżąc na gwizdkach. Robią sporo hałasu. Rozmawiamy. Strzał startera i ruszamy. Już po czterdziestupięciu sekundach przekraczamy linię startu. Ta szeroka ulica to naprawdę była konieczność. Biegniemy. Chłopaki z gwizdkami nadają tempo. Zastanawiam się czy wytrzymają tak przez 42 kilometry – wytrzymali. Jest wesoło, biegniemy na luzie. Mija mnie Tatuch. Doganiam go i zamieniam parę słów. On ma ambitniejsze plany, ja grzecznie wracam do grupy. Ydur się śmieje, że wykończą mnie takie interwały – miał rację. Tempo równiutkie 4:57 do 5:01. Mijamy rynek, most i wybiegamy na ul. Warszawską.

10km. Postanawiam przyspieszyć, pomału wyprzedzam kolejnych zawodników, część nie reaguje, część odruchowo przyspiesza ze mną. Dźwięk gwizdków słabnie. Następny kilometr. Dużo za szybko, zwalniam. Skręcamy. Nie mogę złapać rytmu, tak dobrze biegło się z grupą. 12, 13 – nadal za szybko. Zaczynają się górki za ZOO. Dostosowuję tempo do biegnących ze mną. 14, 15 dużo za wolno. Gwizdki słychać ciut głośniej. Przyspieszam, za bardzo. Zaczynam zdawać sobie sprawę, że takie szarpanie mnie wykończy. Nie mogę złapać rytmu. Osiedle – w tym roku też jest garnkowa orkiestra. Agrafka, widzę grupę z balonikami – za bardzo im nie uciekłem. Półmetek 1:43:39 – czas jest dobry, ale czy dam radę szybciej? Przyspieszam, znowu za mocno. Malta, Starówka, Rynek i znowu Warszawska. Ciekawe, dlaczego tu zawsze jest pod wiatr – może, dlatego, że wieje z górki.

30km dużo za wolno. Piątka pomiędzy 25 i 30 była najwolniejsza. Zbieram się w sobie przyspieszam, ale to najtrudniejszy odcinek. Najwięcej górek. Co prawda mniejsze niż rok temu, ale nadal są. Gwizdki słyszę coraz wyraźniej. Wyprzedza mnie kolega poznany na ścieżkach biegowych Nike. Tam go namówiłem na Poznań. Pozdrawia mnie, dziękuje, za dobrą radę – na 35km! Oderwał się od grupy na 3:30, bo lekko mu się biegnie. To mnie mobilizuje, ale mam problem by utrzymać tempo poniżej 5min/km. Niby zmęczony specjalnie nie jestem, ale nogi przypominają o Wachau. Gwizdki stają się wyraźniejsze, oglądam się są już blisko. 37km. Za plecami słyszę ciepły głos Ydura – „witaj z nowu”

Ten sygnał wystarczył do mobilizacji, a może do rozluźnienia. Nie musiałem już martwić się o tempo. Ydur pilnował go za mnie. Zaczęliśmy rozmawiać. W sumie nie byłem zmęczony (średnie tętno 153), tylko bolały łydki. Robaj został nieco z tyłu, bo grupa im się trochę rozciągnęła. Muszę przyznać, że Ydur z Robajem prowadzili na niesamowitym luzie i niewiarygodnie równo. W końcu to dla nich tylko długie wybieganie, na tydzień przed Kaliską Setką. Razem dotarliśmy do mety. Ydur zwolnił, przepuścił podopiecznych.

Nie wykonałem planu, ale dużo się nauczyłem, poza tym było super. Do dziś w uszach słyszę, jak Robaj z Durem gwiżdżą na przemian. Uzyskałem czas 3:28:38 (brutto 3:29:22), na drugiej połówce straciłem tylko minutę i 20 sekund. Jak dotąd najmniej. Gdybym tak z nimi biegł do 35km i nie szarpał, to może byłoby odwrotnie.