28 Maraton Warszawski

W zeszłym roku nie startowałem w Maratonie Warszawskim, z uwagi na kolidujące terminy wybrałem bardziej dla mnie egzotyczny maraton w Austriackiej Dolinie Wachau.

W mojej pamięci pozostał obraz Maratonu Warszawskiego z lat poprzednich, ze startem spod Arkadii i metą na Agrykoli. Wiedziałem, że jest inna trasa i nowa otoczka organizacyjna. Teraz to już duże święto biegowe rozpoczynające się w piątek biegami dla dzieci i młodzieży kontynuowanymi również w sobotnie przedpołudnie. W sobotnie południe odbył się bieg charytatywny z udziałem gwiazd, a o 14:00 wystartował Ekiden (sztafeta maratońska).Biuro zawodów działało sprawnie, więc szybko otrzymałem pakiet startowy. Potem zeszliśmy na dół w okolice mety obserwować zmagania sztafet, w których startowało wielu znajomych. Z każdą godziną napływali nowi zawodnicy, wśród nich wielu znajomych z biegajznami.pl

W niedzielę przyjechałem dość wcześnie – byliśmy z Ojlą tuż po 7:30. Dzięki temu spokojnie się przebrałem, znalazłem czas na pogadanie ze znajomymi i porządną rozgrzewkę. Drużyna Lechitów na starcie zameldowała sie w składzie: Bogdan (BOP), Krzysiek, Marek (Keram), Kuba (Quba) i ja. Tuz przed 9:00 ustawiam się przed linią startu. Stanąłem za plecami – peacemakera w charakterystycznej żółtej koszulce z tabliczką z napisem „3:00”. Mam sporą tremę, wokół sami mocni biegacze – sporo „Rzeźników” – prowadzący grupę Bogdan, Mirek, Sławek i Alek. Taktykę mam prostą, zacząć ostro i postarać się utrzymać tempo jak najdłużej, najlepiej do mety.

Strzał startera, ruszyliśmy – linie startu mijamy po 3 sekundach – nie będzie zapasu. Biegło się dobrze, stawka szybko się rozciągała, nie było tłoku i od razu można było iść własnym tzn. nadawanym przez peacemakera tempem. Bonifraterska, Miodowa skręt w Senatorską – nie zauważyłem pierwszego kilometra. Teatr Wielki i pierwsza grupa kibicujących szkół. Trzymam się z tyłu grupy pilnując by żółta koszulka z napisem „3:00” nie uciekła zbyt daleko. Kolejne zakręty i wybiegamy na Marszałkowską. Pl.Konstytucji i Koszykowa – tędy jeszcze nie biegłem. Pl. Na Rozdrożu i pierwszy punkt z piciem. Wypijam dwa kubki wody trzeci do czapki i na głowę, robi coraz cieplej. Al. Szucha, Pl. Unii Lubelskiej i Bagatela – bardzo podoba mi się ta trasa. Wysokie domy dają cień i chronią przed wiatrem. Al. Ujazdowskie i powrót do centrum. Kolejny punkt odświeżania – teraz są już, co 2,5 km. Chwała orgom za ten pomysł.

na trasie
na trasie

Rondo de Gaulle, Nowy Świat – Warszawa naprawdę jest piękna. Kolejne zakręty – Świętokrzyska, Czackiego, Pl.Piłsudskiego – jakbym to już widział. Wierzbowa, pl.Teatralny – woda i doping kolejnej szkoły. Ten konkurs kibicowania to kolejny strzał w dziesiątkę. Senatorska – tu mi mignęły Isia z Kasią. Pl.Zamkowy, Starówka – uwielbiam ten odcinek, wąskie ulice, Rynek, Barbakan. Kolorowe kamienice na tle błękitnego, bezchmurnego nieba prezentują się fantastycznie. Nowe Miasto – kostka brukowa już trochę mnie męczy, dawniej mi to tak nie przeszkadzało. Grupa marzeń ciut się oddala. Zaczynam podganiać.

Kolejne zakręty i znów Bonifraterska. Tu jest agrafka, drugiej strony pozdrawia mnie KrzysiekP. Mijam bramę startową – czyżby dejavu – na szczęście do mety już tylko niecałe 30km. Nawrót, biegniemy w kierunku mostu Gdańskiego. Patrzę na biegnących z drugiej strony agrafki. Szukam Bogdana (BOP), ale go nie widzę – myślę, że pewnie tak jak we Wrocławiu jest tuż za moimi plecami. Ciągnę za grupą – znów się oddala. Z boku słyszę głos Zenka „spokojnie, wyrównaj, dasz radę”. 14 km czas idealny 59:30, ale wiem, że zwalniam – szybko straciłem sekundy nadrobione na pierwszych kilometrach. Most Gdański – otwarta przestrzeń – słońce zaczyna operować. Zbieg i kolejny punkt odświeżania i kibicowania, doping jak na La Vuelta a Espana.

Punkt na pl.Teartalnym (10km)
Punkt na pl.Teartalnym (10km)

Prosta wzdłuż ZOO i podbieg na most nad kanałem portowym i dalej na Świętokrzyski. Słońce zaczyna przypiekać, zwalniam dość mocno. Grupa marzeń znika gdzieś w tłumie. Koniec zabawy – zaczyna się walka. Teraz już muszę sam się pilnować. Najważniejsze, by bardziej nie zwalniać i biec poniżej 4:30. Zajęcza, Dobra – i znowu woda. Korzystam jak mogę z tego dobrodziejstwa – woda, izotonik, gąbki. Zakręt w Karową – Iśka z Kasią – znów zastrzyk dopingu. Tunel – chwila wytchnienia – słońce nie praży – wiatr trochę osłab, choć słychać pracę wentylatorów. Półmrok – żółte światło. Znajomy głos – to mnie pozdrawia Jacek. Wybieg z tunelu – nie tak męczący jak na wiosennym półmaratonie – może z tej strony jest łagodniejszy. Połówka – 1:30:46 – nieznacznie wolniej niż we Wrocławiu. Marzenie uciekło wraz z żółtą koszulką peacemakera.
Czas na wariant B – poprawić życiówkę, nie stracić więcej niż 10 minut. Biegnę – przede mną długa prosta – pod wiatr, pod słońce, bez cienia – skończyła się malownicza Warszawa. Tak naprawdę lubię Czerniakowską, Powsińską, Wilanów, często tam biegam, jeżdżę rowerem. Tym razem tak bardzo urzekła mnie kręta i urozmaicona trasa ulicami Śródmieścia, że ten długi prosty odcinek wydał mi się bardzo nużący. Mijam Torwar, Szwoleżerów – tu jest krótki wspólny odcinek z trasą powrotu. Czołówka jeszcze tu nie dotarła. Biegnę. Mijam Chełmską – kolejny wspólny odcinek widzę pilota, rowery i prowadzącą dwójkę. Z samochodu pozdrawia mnie Marek – znów zastrzyk dopingu, znów biegnę szybciej. Mijam kolejnych zawodników z czołówki, a wśród nich mistrza Josiah’a Thugwane. Trochę im zazdroszczę – oni są na 34km, a ja dopiero na 25km.

ul.Karowa (19km)
ul.Karowa (19km)

Trasa Siekierkowska – kolejny punkt odświeżania. Biegnę – Powsińska, Fort Czerniaków. Ktoś mnie wybija z monotonni i znużenia wołając po imieniu – to Mariusz podaje mi gąbkę, zamienia słów kilka. Kolejny punkt z wodą – znów w myślach dziękuję orgom za tak gęste punkty – bez tego przy takim słońcu byłoby naprawdę kiepsko. Za punktem kibice ze szkoły z Pacanowa – ich doping wywarł na mnie największe wrażenie, wesołe okrzyki, wymyślne stroje – musiało być im w nich bardzo gorąco. Wiertnicza, w oddali kościół w Wilanowie. Nawrót coraz bliżej – pomału się kończy ta długa prosta, a za nawrotem wiatr będzie w plecy.

30 kilometr czas 2:12:25 – jak skończę w godzinę będzie życiówka – wystarczy biec poniżej 5:00. Łatwo powiedzieć – we Wrocławiu na 30km czas miałem minutę lepszy – skończyłem w 3:18. Punkt odświeżania, wiatr plecy – znów biegnę ok. 4:30. Sobieskiego, Witosa i Czerniakowska, pozdrawia mnie Zula. Wspólny odcinek, ale teraz ja jestem na 34km, a ci z drugiej strony na 25km. Widzę jak biegną, spokojnie wesoło – widać, że biegną dla przyjemności. Myślę o Reni i KrzyśkuP – gdzie oni są? Jak im idzie? A gdzie jest BOP? Jeszcze mnie nie wyprzedził? A może go nie zauważyłem?

Chełmska, Czerska, kolejne picie, zakręty, wąskie ulice, biegnie się trochę lepiej – wolę taką bardziej urozmaiconą trasę. Znów Czerniakowska i skręt w Szwoleżerów, staram się sprężyć, jest coraz ciężej. Znów słyszę głosy – ktoś mnie woła, dodaje otuchy „Już tylko pętelka Młocińska z haczykiem” – to Deck z g0sienką – to świetne hasło, działa na wyobraźnię. 38km. patrzę na zegarek 2:49:57 – ciekawe czy KrzysiekP już dobiegł. Lekko przyspieszam. Rozbrat, Ludna, Dobra. 40km – ostatni punkt odświeżania, ostania dopingująca szkoła. Czas 2:59:24 – grupa marzeń wpada na metę. Skręcam w Karową, znów dejavu, przyspieszam, liczę – może się uda złamać 3:10.

Zasłużony odpoczynek - Marek, Bogdan, Konrad i Kuba
Zasłużony odpoczynek – Marek, Bogdan, Konrad i Kuba

W oddali za mostem – niebieski punkt – przyspieszam. Tabliczka z napisem 41km, czas na stoperze 3:04:07 – powinno się udać, wyciągam krok. Niebieski punkt rośnie, staje się coraz bardziej widoczny. Rozpoznaję przed sobą charakterystyczną koszulkę „Byledobiec Anin”, to Alek, skupiam się na tym by go dogonić – znajomy widok zawsze pomaga. Długi szpaler kibiców, woła mnie Iśka (Kasi nie widzę) – do mety zostało kilkaset metrów. Dochodzę Alka, zamieniam dwa słowa. Alek przyspiesza, nie mogę dotrzymać mu kroku, ale się staram to mi pomaga urwać sekundy.

Nie znam czasu, nie patrzę na stoper by nie tracić rytmu, a cyfry zegara na mecie tak mi się zlewają, że widzę 88:88:88. Mijam kolejnych biegaczy i wpadam na metę. Złapałem czas brutto 3:09:11 Na potwierdzenie muszę poczekać, aż wywieszą listy. Medal, folia, picie, zamieniam słów kilka z Alą i Anią, Bartek się zwija podając folie kolejnym biegaczom. Jestem szczęśliwy – mam życiówkę – złamałem 3:10. Potem jeszcze przez kilka godzin kręcę się wokół mety, tylu znajomych, tyle wrażeń.

Bardzo mi pomógł atut własnego boiska – chyba, co kilometr był koś znajomy. Teraz nie potrafię wymienić wszystkich, a byli też tacy jak Entre, g0sieńka, Iśka i Kasia, którzy pojawiali się w wielu punktach trasy. Pamiętam też Fredzia z Ulą, ale nie mogę sobie przypomnieć gdzie ich widziałem, chyba na Czerniakowskiej. Dziękuję wszystkim za doping.

Zdjęcia: Kasia Zabłocka