27 SPARTATHLON

Zmęczenie mija, wspomnienia zostają.

Nadszedł długo wyczekiwany dzień. Na lotnisku spotykam Andrzeja i Leszka. Lecimy razem. Samolot spokojnie wychodzi nad chmury, wpatrzony w okno myślę o tym co mnie czeka. Lata marzeń, nieśmiałych myśli, aż w końcu jasno postawiony cel SPARTATHLON. Gdy przebiegłem w 2006 roku Kaliską Setkę w czasie 9:35 ktoś mi powiedział, że minimum na Spartathlon to 100 km w 10 i pół godziny.

Lot z Warszawy do Budapesztu
Lot z Warszawy do Budapesztu

Nie podjąłem wyzwania, wiedziałem, że mnie przerasta.

Marzyłem „że kiedyś, może…?”

Słuchałem opowieści, czytałem w sieci. W 2008 roku za cel postawiłem sobie uzyskanie 200 km w biegu 24 godzinnym. Okazją był II Bieg Lajkonika w Krakowie. Solidne przygotowanie pod okiem mojego trenera Darka Sidora i udało się. Plan zrealizowany z nawiązką. Ponad 209 km i 5 miejsce w Mistrzostwach Polski sprawiły, iż myśl o Grecji powróciła znacznie śmielej. Paradoksalną przeszkodą okazało się powołanie do reprezentacji i start w Seoulu.

Dunaj w okolicach Budapesztu
Dunaj w okolicach Budapesztu

Oczywiście wiedziałem, że Spartatlon nie ucieknie, a start w Korei się nie powtórzy. Nawet przez chwilę nie zastanawiałem się. Z perspektywy czasu wiem, że gdyby problem z kolanem pojawił się na trasie w Grecji nie ukończył bym biegu. W 24 godzinnym wynik był kiepski, ale wytrwałem do końca drepcząc pomału, ale nie schodząc z trasy.

Czas leciał szybko, nawet się nie obejrzałem gdy lądowaliśmy w Budapeszcie.

Grecja to górzysty kraj
Grecja to górzysty kraj

Oczekiwanie na samolot do Aten i znów chmury pod nami, choć coraz mniej. W dole wije się Dunaj. Wracam do swoich myśli. Na wiosnę kolejny start w dobówce, w Bergamo we Włoszech. Trudny, ale bardzo udany start. Trening pod okiem Darka, kilka miesięcy pracy z fizjoterapeutą Kasią Janowską i zwiększenie dbałości o rozciąganie zaowocowało – 225 km 12 miejsce na Świecie i 9 w Europie.

Samolot zawraca nad Zatoką Sarońską i schodzi do lądowania. Wiatr mocno buja maszyną. Lądujemy. Autobus X96 wiezie nas do Glyfady, dzielnicy Aten, w której znajduje się biuro zawodów zlokalizowane w hotelu London.

Ateny - Glyfada od strony Zatoki Sarońskiej
Ateny – Glyfada od strony Zatoki Sarońskiej

Gdy docieramy na miejsce większość naszych już jest. Stajemy w kolejce do rejestracji. Trafiam na drobny problem. Źle odczytałem nadesłane materiały i nie wysłałem potwierdzenia terminu przyjazdu. Grek trochę marudził, ale w końcu zapisał. Odebraliśmy pakiety startowe i poszliśmy się zameldować. W hotelu London nie było już miejsc, we trzech (Andrzej, Leszek i ja) dostaliśmy pokój w hotelu Okeanis w centrum Glyfady. Później odprawa, kolacja i ruszamy w drogę do naszego hotelu. Wieczorem krótki spacer po okolicy, łyk greckiego piwa i zmęczeni idziemy spać.

Po śniadaniu jedziemy (tramwajem około godziny) do centrum Aten na krótki rekonesans.

Rzymska Agora
Rzymska Agora

Stadion Panathinaiko, na którym w 1896r. rozegrano pierwsze igrzyska nowożytnej olimpiady, Świątynia Zeusa Olimpijskiego, Łuk Hadriana, Teatr Dionysosa, Odeon, Akropol.

Brak czasu sprawia, że tylko pobieżnie oglądamy te cuda z zewnątrz.

Świątynia Zeusa Olimpijskiego
Świątynia Zeusa Olimpijskiego

Przysiadamy na chwilę na Aeropagu. Tu 2,5 tysiąca lat temu pod gołym niebem odbywały się posiedzenia najwyższej rady ateńskiej. Widok ze wzgórza zapiera dech w piersiach. Z prawej Akropol, w dole Agora, a z lewej kościół przy skale, na której św. Paweł głosił ewangelię. Ateny ciągną się, aż po horyzont. Czas leci szybko. Trzeba się zbierać.

Idziemy przez Plakę, ogrody Zapionu i znów powrót tramwajem do hotelu. Przyjeżdżamy w ostatniej chwili, a tu niespodzianka, dziś wyjątkowo lunch w hotelu London. Szkoda, że rano wisiała inna informacja. Biegniemy i mimo spóźnienia dostajemy obiad.

Łuk Hadriana
Łuk Hadriana
Odeon
Odeon

Wracamy do siebie, po drodze kupuję czołówkę, to był naprawdę trafiony zakup. Czas goni, szykujemy przepaki na punkty. To trudny dylemat. Gdzie co położyć, jak zaplanować, gdzie wziąć latarkę, gdzie się przebierać. Na dzień prognozy zapowiadają upał, ale w nocy ma padać, mogą przejść burze. Latarkę wysyłam do Nemei (124 km), a kurtkę do bazy pod wejściem na Sangas (160 km).

Widok z Aeropagu na Ateny
Widok z Aeropagu na Ateny

Znów pędzimy do hotelu London, wszystko wkładamy do worków oznaczonych numerami punktów i szybko wracamy do siebie. Pakujemy torby do Sparty, jemy kolację i idziemy spać. Rano śniadanie od 4:30, o 6:00 autobus wjeżdża na start.
Śpię słabo, wciąż się budzę. Myśli kołaczą się po głowie.

Wstajemy o 5:00. Śniadanie, dopakowanie i o 6:00 odjeżdżamy sprzed hotelu na start. Po około 40 minutach dojeżdżamy na miejsce, wysiadamy, torby układamy na chodniku. Jest ciemno, nad nami góruje pięknie oświetlony Akropol. Podjeżdżają kolejne autobusy.

Tuż przed startem
Tuż przed startem

Czas szybko ucieka. Zbieramy się na placu przed Odeonem, zaczyna świtać, robimy ostatnie zdjęcia.

Rozpoczyna się odliczanie:

9,8,7 … 3,2,1 START

Ruszamy. Wąska droga ze śliskich kamiennych płyt, zbiega spokojnie z Akropolu. Dalej ulicę Iera Odos, która poprowadzi nas przez dobre 10km. Biegniemy wydzielonym pasem, na skrzyżowaniach policja wstrzymuje ruch, a stojący w korkach Ateńczycy pozdrawiają nas życzliwie

Wybrzeże Zatoki Sarońskiej
Wybrzeże Zatoki Sarońskiej

Biegnę dość szybko przez miasto, jest przyjemnie, słońce jeszcze nie zaczęło grzać. Ulica pomału wspina się na wzgórze, by łagodnie zejść nad morze w miasteczku Skaramangas.

Biegniemy przez rejon przemysłowy, porty, magazyny, fabryki. Trasa prowadzi wybrzeżem, by od czasu do czasu zagłębić się w większe miasteczka Aspropyrgos, Elefsina. Mijamy rafinerię.

Przemysłowe wybrzeże
Przemysłowe wybrzeże

Niby jest płasko, przynajmniej w porównaniu z tym co nas czeka. Wracamy nad wybrzeże. Skończył się przemysł. Kolejny podbieg, malowniczy klif wcina się stromo w morze. Zbiegamy do Nea Peramos, miejscowości z pięknymi plażami.

Trasa biegu prowadziła drogą nad zatoką
Trasa biegu prowadziła drogą nad zatoką

Droga znów się wspina. Kolejne miasteczko, Megara, tu znajduje się punkt na 42,2 km. Maraton mam już za sobą. Upał się daje we znaki. Duża ilość punktów z piciem i wiatr od morza, łagodzą skutki temperatury.

Za miastem ponownie biegniemy wzdłuż zatoki. Wioski rybackie, stragany z małżami, skaliste klify, przepiękny krajobraz.

Zatoka w pobliżu Koryntu
Zatoka w pobliżu Koryntu

Znów zaczyna się przemysł. Droga oddala się od wybrzeża. Zbliżam się do Koryntu. Ruch staje się większy, na drodze robi się ciasno. Kolejny zakręt i wybiegam na most. Pode mną Kanał Koryncki. Nie czas na podziwianie. Odtąd już jestem na Peloponezie.

Korynt. To pierwszy z kluczowych punktów, tutaj wielu kończy przygodę ze Spartathlonem.

Kanał Koryncki
Kanał Koryncki

Od tego punktu można korzystać ze wsparcia, tu serwowany jest pierwszy „ciepły” posiłek. Ryż z warzywami lub makaron z żółtym serem. Na chwilę się zatrzymuję, mam za sobą ponad 80 km i 7 godzin biegu. Zjadam ryż, popijam herbatą. Wybiegam w dalszą drogę. Sędziowie spisują czas wejścia i wyjścia.

Trasa łagodnie wspina się pod górę, wybiega z miasta i wpada pomiędzy gaje oliwne. Niskie drzewka nie dają cienia. Od czasu do czas tylko rozłożyste figowce zachęcają by usiąść w ich cieniu, odpocząć.

Trasa biegu prowadziła stokami wzgórz pośród winnic.
Trasa biegu prowadziła stokami wzgórz pośród winnic.

Kolejne wioski, miasteczka i pola. Examilia, Soulinari, Antyczny Korynt. Biegniemy szeroką doliną omijając wysokie pasmo. Gaje oliwne wypierają winnice. Zbliżamy się znów do morza, tym razem w oddali widać błękit zatoki Korynckiej. Przebiegamy przez malownicze Assos i kierujemy się na południe. Droga znów pnie się do góry. Czasami asfalt wypierają szutrówki. Wiatru już nie czuć, a na wąskich drogach między winnicami jest duszno. Przejeżdżające samochody wzniecają kurz. Na szczęście słońce już tak nie grzeje, pomału chowa się za górami. Droga staje się coraz bardziej stroma, serpentyny prowadzą do Antycznej Nemeii.

Za Nemeą droga zeszłą w dolinę, by później znów wspiąć się na stoki
Za Nemeą droga zeszłą w dolinę, by później znów wspiąć się na stoki

Przepiękne widoki, cudownie położone miasteczko. To tu według mitologii Herakles zabił lwa nemejskiego. Kolejny kluczowy punkt, znów „ciepły” posiłek, znów biorę ryż, zakładam koszulkę z krótkim rękawem, biorę czołówkę i biegnę dalej. To już półmetek, przynajmniej w dystansie (124km i ponad 12 godzin biegu). Droga znów lekko schodzi w dół. Przy trasie ruiny doryckiej świątyni poświęconej Zeusowi Nemejskiemu.

Szeroką doliną dotarliśmy do podnóża góry Sangas - gdy tędy biegłem było już całkiem ciemno.
Szeroką doliną dotarliśmy do podnóża góry Sangas – gdy tędy biegłem było już całkiem ciemno.

To w górę to w dół. Droga się wije, to schodzi w dolinę to wraca na stoki. Pomału robi się ciemno. Trzeba włączyć czołówkę. Trasa jest dobrze oznakowana. Na każdym skrzyżowaniu namalowane są żółte strzałki. Dobrze widoczne nawet po zmierzchu. W trudniejszych miejscach zielone chemiczne „świetliki” wskazują drogę.

Droga z doliny wychodzi na stok (serpentyny po prawej)
Droga z doliny wychodzi na stok (serpentyny po prawej)

W wielu miasteczkach towarzyszą nam dzieciaki, na nogach lub częściej na rowerach. Witają, odprowadzają do punktu, wskazują dalszą drogę. Punkty stają się coraz ważniejsze. Biegnę praktycznie sam, mijają mnie czasem samochody, a na punktach są ludzie, oklaskują, zachęcają do dalszej walki. Jest już całkiem ciemno. Droga wiedzie doliną. To w górę to w dół, to w lewo, to w prawo. Punktem odniesienia staje się oświetlona nitka autostrady. Widoczna na przemian to z góry to z dołu, to z bliska to znów z daleka. Kolejna duża miejscowość Lyrkia.

Przełęcz Sangas (1200), najwyższy punkt na trasie. Przejście obok słupa wysokiego napięcia.
Przełęcz Sangas (1200), najwyższy punkt na trasie. Przejście obok słupa wysokiego napięcia.

W asyście dzieciaków wpadam na punkt. Próbuję się dowiedzieć jak jest w górach, ile jest stopni na przełęczy, czy jest silny wiatr. Niestety nikt nie wie. Dowiaduję się tylko, że tu i teraz jest 14 stopni. Decyduję się nie zakładać długich spodni, zabieram tylko kurtkę i wyruszam dalej. Szybko robi mi się zbyt ciepło. Przewiązuję kurtkę w pasie. Jak się później przekonam, nie była mi potrzebna, ale trudno to było przewidzieć. Wiem z opowiadań, że w nocy na górze potrafi być tylko kilka stopni. Prognozy mówiły, że w nocy ma padać i może być silny wiatr.

Droga wspina się coraz wyżej. Długie serpentyny prowadzą do bazy pod górami. Z daleka widać oświetloną ścieżkę prowadzącą na przełęcz Sangas (ok.1200 m). Droga dochodzi do autostrady w pobliżu miejsca gdzie ta długim tunelem przebija masyw. Punkt jest usytuowany w miejscu, gdzie trasa biegu wchodzi na górski szlak. Rozpocząłem wspinaczkę w górę. Nie wiem jak radziła sobie czołówka, ale moim zdaniem tu nie da się biec. Ścieżka oświetlona jest rozłożonymi gęsto zielonymi świetlikami, a niebezpieczne miejsca są oznaczone migającymi, czerwonymi diodami. Jest tego mnóstwo.

Autostrada przecina masyw tunelem. My pokonywaliśmy go górą.
Autostrada przecina masyw tunelem. My pokonywaliśmy go górą.

Ścieżka wygląda niesamowicie. Wspinam się w górę. Poniżej widzę światło kolejnego zawodnika. Dotarł do „górskiej bazy”. Ścieżka kręci pomiędzy skałami. Wapienne głazy są dość śliskie, szczęście, że jest sucho. Gdyby popadał deszcz byłoby kiepsko. Doceniam walory mojej czołówki jest naprawdę dobra. Idę. Te mniej więcej dwa kilometry wymagają ogromnej koncentracji i uwagi. Strome uskoki i krawędzie są dodatkowo oznaczone biało czerwonymi taśmami. Coraz bliżej widać przełęcz, a na niej charakterystyczny słup wysokiego napięcia. Osiągam przełęcz, a na niej punkt. Popijam, przekąszam kilka rodzynek. Podsuwają mi krzesło, a widząc, że jestem w krótkim rękawku, ktoś chce mnie okryć kocem. Dziękuję i w drogę.

Zaczynam zbiegać kamienistą drogą. Słyszę okrzyki „slowly”, „slowly?. Droga faktycznie dość niebezpieczna, ale szeroka, a światło czołówki oświetla ją dostatecznie. W dole widzę światełka innych zawodników. Zbiegam wypatrując każdej nierówności. Strome serpentyny szybko sprowadzają mnie w dół, wyprzedzam dwóch zawodników, trzeciego dochodzę na skraju Siagas. Wbiegam do wioski i gubię drogę. Chwila dekoncentracji, nie mogę odnaleźć znaków. Słyszę, jak ktoś mnie woła, to Słowak, Sławomir Lindvai pomógł mi wybrnąć z opresji.

Trasa prowadziła doliną po lewej.
Trasa prowadziła doliną po lewej.

„Najgorsze już za mną” – tak mi się wydawało. Najwyższa przełęcz, pokonane 165km. Wydawało mi się, że dalej pójdzie jak z płatka. Nic bardziej mylnego, ale na razie szło dobrze. Droga znów biegła doliną łagodnie, to w górę to w dół. Kolejne punkty, wioski, miasteczka. Z prawej w dolinie ogromne miasto, to Trypolis. W górach w oddali szaleją burze. Błyskawice raz po raz przeszywają niebo. Szczęście, że przeszły bokiem.

Droga przechodzi nad autostradą, wbiegam do Nestani. To czwarty punkt główny. 172 km, 19 godzin w trasie. Na punktach nie tracę czasu. Piję wodę, colę, izo-drink (gazowany napój o smaku pomarańczowym lub grejpfrutowym) czasami kawę. Nie licząc trzech większych posiłków (zimny ryż z warzywami) pojadam często, ale po trochu. Ciastka, rodzynki, kanapki z miodem, jabłka, banany i pomarańcze. Czuję, że brak mi mikroelementów. Zbyt mało zabrałem magnezu. Próbuję ratować się solą. Chwilowo pomaga. Wciąż jeszcze biegnę.

w rejonie Nestani
w rejonie Nestani

Droga pnie się do góry. Zevgolatio, lekki zbieg daje odetchnąć, zmienić rytm biegu.

Tegea – piąty punkt główny, 195 km, ponad 22 godziny. Zmęczenie narasta. Tną lekkie skurcze. „Dlaczego na ten punkt nie dałem magnezu?”. Wiem, że źle to zaplanowałem. Znowu próbuję ratować się solą. Popełniam kolejny błąd, wybiegam, choć czuję, że przydał by się masaż.

Później z każdym kolejnym kilometrem będę tego żałował. Początkowo idzie dobrze, jest wciąż pod górę, ale tempo do przyjęcia. W 24 godziny przebiegam 208 km. Potem nadszedł kryzys i dalsze 15 km zajęło mi ponad 2 i pół godziny. Odcinek dłużył się bardzo. Kolejni zawodnicy mnie wyprzedzali, a to nie poprawiało nastroju.

Dolina prowadzi do kolejnego pasma, za którym leży Sparta.
Dolina prowadzi do kolejnego pasma, za którym leży Sparta.

Wreszcie dotarłem do szóstego punktu głównego 223 km, ponad 26 i pół godziny. Tu miałem magnez, tu byli masażyści. Masaż naprawdę przyniósł ulgę. Zacząłem trochę podbiegać. Skurcze wróciły. Dotarłem do kolejnego punktu.

Tu niespodzianka. Czekała na mnie Wioletta, Polka mieszkająca w Atenach, która wspierała nas w biegu. Gorący rosołek, kilka ciepłych słów i znów uwierzyłem w siebie. Droga schodziła w dół do Sparty, choć tej nie było jeszcze widać.

Droga schodzi w stronę Sparty.
Droga schodzi w stronę Sparty.

Zacząłem znów biec. Wola i magnez zaczęły działać. Zbiegam. Kolejne punkty, miasteczka i wioski. Mijam jakiegoś zawodnika. Sprawdzam tempo na słupkach kilometrowych. Jest dobrze wychodzi po 5:50 z hakiem. Kolejne zakręty i jakiś podbieg. W oddali widać duże miasto. To musi byś Sparta, Jestem tak blisko. Droga robi się wąska i kręta. Biegnę po lewej, ale trzeba uważać, bo Grecy ścinają zakręty jadąc bardzo blisko barierek. Najgorsze są miejsca, gdzie stok lub skały zasłaniają widok. Po tylu godzinach nie jest łatwo, ale trzeba się skoncentrować, trzeba bardzo uważać.

Mijam kolejnego zawodnika. Zbiegam z gór, a Sparta rośnie w oczach. Na pasie obok podjechał radiowóz. Policjant wstrzymuje ruch i daje mi znać bym przebiegł na drugą stronę. Nie bardzo rozumiem o co chodzi. Zmieniam pas i ruszam dalej. Radiowóz rusza za moimi plecami. Jedzie powoli, blokuje by nikt nie wyprzedzał na ostrych zakrętach.

Sparta - droga zakosami schodzi z gór do miasta.
Sparta – droga zakosami schodzi z gór do miasta.

Przede mną punkt po przeciwnej stronie. Ruch jest dość duży, myślę by zrezygnować, lecz radiowóz blokuje ruch stając pośrodku drogi. Biorę wodę i wracam na swój pas. Kierowcy mnie pozdrawiają. Zaczyna padać. Biegnę, widzę kolejnego zawodnika również w eskorcie policji. Gdy zbliżam się, jego ochrona robi mi miejsce. Wyprzedzam.

Pomnik Leonidasa
Pomnik Leonidasa

W deszczu dobiegam do tabliczki SPARTA. Ostatni punkt i biegnę przez miasto. Jeszcze około 3 km. Emocje rosną. Krok się wydłuża. Nawet nie czuję, że znowu jest podbieg. Przyłączyły się do mnie dzieci na rowerach. Ludzie pozdrawiają, słychać okrzyki i oklaski.

Deszcz się nasilił leje dość mocno. Biegnę, na skrzyżowaniach policja wskazuje mi drogę. Podbieg, skręt w prawo i długa szeroka prosta. Radiowóz już zniknął, obok mnie dzieciaki na rowerach.

W oddali coraz wyraźniej widać sylwetkę Leonidasa. Leje. Ludzie siedzą w kawiarenkach, lecz gdy się zbliżam, wstają, podchodzą do jezdni i dopingują krzycząc i klaszcząc. Wyraźnie widzę już metę. Pomnik Leonidasa jest tuż przede mną.

META - Pomnik Leonidasa
META – Pomnik Leonidasa

Jeszcze kilka schodków, podbiegam pod cokół, nachylam się całuję stopę. Odwracam się i wyciągając ręce w zwycięskim geście zeskakuję z pomnika. W tle wiwatów słychać muzykę „Rydwany Ognia” Vangelisa. Łzy cisną się do oczu. Udało się. Ukończyłem. Emocje, wrażenia i silne wzruszenie, przez chwilę nie wiem co się dzieje. Nic do mnie nie dociera.

Podchodzą trzy dziewczyny – pierwsza podaje mi wodę, druga zakłada wieniec z gałązek oliwnych, a trzecia podaje statuetkę. Gratulacje, zdjęcia i dziewczyna z obsługi medycznej odprowadza mnie do namiotu. Wewnątrz na leżankach kilku zawodników, jeden ma podłączoną kroplówkę. Odwodnienie to największe niebezpieczeństwo.

Trzy gracje
Trzy gracje

Najpierw krótka rozmowa z lekarzem, pyta mnie na co mam ochotę – wina, a może piwa, żartuje. Obsługa medyczna pomaga mi się położyć, zmieniają mi koszulkę, zdejmują buty, myją nogi, sprawdzają w jakim są stanie. Jest mi trochę głupio, ale nie mam wyjścia. Obsługa jest szybka i stanowcza. Okryty kocem dostaję kanapkę i sok. Na nogi wkładają mi kapcie. Leże i myślę, gdzie są następni, jak im idzie. Myślę o rodzinie i przyjaciołach. Na pewno śledzili wyniki, może już wiedzą, że ukończyłem. W Warszawie trwa festiwal biegowy. Właśnie rozgrywany jest Ekiden – sztafeta maratońska. Ciekawe jak im idzie?

Czuję się dobrze, ale wiem, że po takim biegu trzeba trochę poleżeć, uspokoić organizm. Przyprowadzają kolejnych zawodników, a poprzednicy opuszczają namiot.

Moi przyjaciele z aleTEMPO w Warszawie po Ekidenie i wręczaniu nagród w Pucharze Maratonu Warszawskiego. W czasie gdy ja odpoczywałem Sparcie.
Moi przyjaciele z aleTEMPO w Warszawie po Ekidenie i wręczaniu nagród w Pucharze Maratonu Warszawskiego. W czasie gdy ja odpoczywałem Sparcie.

Pani doktor decyduje, że przyszła moja kolej. Taksówka i do hotelu. Próbuję wytłumaczyć, że chciałbym zostać przy mecie, poczekać na innych. Nie ma dyskusji. Taksówka i do hotelu. Posłusznie wstaję. Odprowadzają mnie do taksówki i jadę. Wciąż pada. Taksówkarz wysiada, otwiera mi drzwi pomaga wysiąść, oprowadza do drzwi i podaje worki z rzeczami z mety. W jednym buty, w drugim koszulki, a w trzecim trofea.

Podchodzę do recepcji, dostaję pokój, odnajduję swoje rzeczy wyciągam telefon i dzwonię do domu. Dwa dni nie rozmawiałem z żoną, to nam się zdarza naprawdę rzadko. Przeglądam sms’y – ciągle nadchodzą. Miło jest zbierać gratulacje. Trochę się zasiedziałem, idę do windy. W pokoju zastaję Jaremę, który niedawno został tu przywieziony z trasy. Jest podłamany tym, że nie ukończył, ale myśli tylko o tym, że chce tu wrócić, że chce spróbować następny raz. Chce ukończyć.

Jest coś magicznego w tym biegu i jego atmosferze. Już biegnąc ulicami Sparty myślałem o tym, że chciałbym to przebiec jeszcze raz. Jeszcze raz przeżyć ten bieg.

Schodzimy na obiad. Udziec barani smakuje jak nigdy. Zmęczenia nie czuję, są tylko emocje.

Usłyszeliśmy, że nasi zbliżają się do mety i postanawiamy wyjść im naprzeciw. Trochę błądząc odnajdujemy plac z pomnikiem Leonidasa.

Darek Strychalski na mecie
Darek Strychalski na mecie

Kolejni zawodnicy wpadają na metę w asyście wiwatów i oklasków. Każdy kto dotknie stóp Leonidasa jest bohaterem. Czekamy chłonąc atmosferę mety. Każdy ma tutaj swoją chwilę, chwilę triumfu i wielkości. Ukończenie tego biegu to wielki wyczyn i widać jak Grecy to doceniają. Dla nich to święto, to ich historia i tradycja.

Kolejna fala braw i wiwatów oznacza, że zbliża się następny zawodnik. To Darek Strychalski, nasz największy bohater. Chłopak niepełnosprawny, który ukończył Spartatlon. Podziwiam go. Wykazał się niesamowitym hartem ducha, wytrzymałością i sprawnością.

Leszek Rzeszótko, Andrzej Burek, Andrzej Urbaniak, Stanisław Olbryś
Leszek Rzeszótko, Andrzej Burek, Andrzej Urbaniak, Stanisław Olbryś

Następne wiwaty, dekoracje, zawodnicy wpadają na metę, na ogół samotnie, czasami w większych grupkach. Czas leci szybko.

Znów wrzawa i owacje. To biegnie czterech naszych, czterech biało-czerwonych. Spotkali się na ostatnich kilkudziesięciu kilometrach i postanowili razem dotrzeć do mety. Zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi. Dekoracja, krótka chwila dla reporterów i służby medyczne odprowadzają chłopaków do namiotu medycznego.

Zbieramy się i wracamy pomału do hotelu, koledzy pojadą taksówką.

Uroczyste zakończenie na rynku w Sparcie
Uroczyste zakończenie na rynku w Sparcie

Po kolacji idziemy na zakończenie. Na szczęście przestało padać. Uroczystość zorganizowana na rynku z dużym rozmachem. Wokół estrady zgromadzony tłum mieszkańców Sparty. Zajęte są wszystkie ogródki w restauracjach i kawiarniach, skąd również można obserwować scenę. Spiker wyczytuje nazwiska tych, którzy ukończyli Spartatlon. Później dekoracja zwycięzców i część artystyczna. Szczególnie wrył mi się w pamięć fenomenalny występ bębniarzy ze skrzypaczką. Nowoczesna muzyka z motywami Greckimi zrobiła na mnie duże wrażenie. Imprezę zakończono długim pokazem sztucznych ogni. Czas wracać, emocje nieco opadły i nadeszło zmęczenie.

Przed pomnikiem Leonidasa
Przed pomnikiem Leonidasa

Niedzielny poranek przywitał nas deszczem. Po śniadaniu wybieramy się na pożegnalny spacer po Sparcie. Ostatnie zdjęcia przy pomniku Leonidasa, pośpieszne zwiedzanie pozostałości antycznej Sparty i powrót do hotelu, bo o 11 wyjazd do Aten. Pakujemy bagaże, wychodzimy przed hotel i ponad godzinę czekamy na odjazd. Grecy żyją spokojnym rytmem.

Ruiny Antycznej Sparty
Ruiny Antycznej Sparty
Ruiny Spartańskiego Akropolu
Ruiny Spartańskiego Akropolu

Z Andrzejem i Leszkiem odjeżdżamy ostatnim autokarem, który jedzie do hotelu Okeanis. Po krótkiej podróży zatrzymujemy się przed tawerną na obiad.

Do naszego stolika przysiadło się kilku Japończyków. Czas upływa nam na konwersacji. Dowiadujemy się między innymi o ciekawych biegach ultra organizowanych w Japonii.

Grecka Tawerna, obiad w drodze ze Sparty
Grecka Tawerna, obiad w drodze ze Sparty

Przystawki, kilka dań, delikatne różowe wino. Grecka kuchnia zachwyca swoimi specjałami. Jak zwykle wszystko jest tylko chwilą. Wracamy do autokarów i w drogę.

Leszek, Andrzej, koledzy z Japonii i ja
Leszek, Andrzej, koledzy z Japonii i ja

Jedziemy autostradą, tą która w nocy była jasną wstęgą. W drodze powrotnej robię zdjęcia starając się uchwycić fragmenty trasy, którą biegliśmy. Masyw z przełęczą Sangas pokonujemy tunelem. Rozpogadza się. Im bliżej Aten tym więcej słońca. Na krótki odpoczynek zatrzymujemy się przy Kanale Korynckim. Idę na most, robię kilka zdjęć. Kanał wygląda niesamowicie.

Kanał Koryncki - z zawodnikami z Korei
Kanał Koryncki – z zawodnikami z Korei

Do Aten dojeżdżamy pod wieczór. Lokujemy się w pokoju i wyruszamy nad morze zażyć kąpieli w solance. Chłodna kąpiel w naprawdę słonej wodzie przyniosła ulgę.

Zachód nad Zatoką Sarońską
Zachód nad Zatoką Sarońską

W poniedziałek śpimy nieco dłużej, śniadanie i wypad do Aten. Najpierw przy parlamencie oglądamy zmianę warty, a potem idziemy na Plakę.

Zmiana warty
Zmiana warty

Spacerując uliczkami wśród barwnych straganów spotykamy znajomych Japończyków, którzy przedstawiają nas zwycięzcom tegorocznego Spartathlonu Sumie Inagaki (27:39:49) i Ryoichi Sekiya (23:48:24).

z Sumie Inagaki
z Sumie Inagaki
z Ryoichi Sekiya
z Ryoichi Sekiya

Wracamy do hotelu na obiad, chwilę odpoczywamy i idziemy na plażę wykąpać się w Zatoce Sarońskiej. Wieczorem jedziemy na uroczyste zakończenie.

Ateny - Glyfada plaża nad Zatoką Sarońską
Ateny – Glyfada plaża nad Zatoką Sarońską
Ateny - Glyfada
Ateny – Glyfada
Ateny - Glyfada ruiny Bazyliki z V wieku
Ateny – Glyfada ruiny Bazyliki z V wieku
Główna ulica Glyfady
Główna ulica Glyfady
Leszek i Andrzej
Leszek i Andrzej
Ateny - Glyfada port jachtowy
Ateny – Glyfada port jachtowy
Uroczyste zakończenie w hotelu Tytania
Uroczyste zakończenie w hotelu Tytania

Impreza zorganizowana była w sali bankietowej hotelu Tytania w centrum Aten. Oprócz zawodników i wsparcia technicznego jest wielu zaproszonych gości. Uroczystość rozpoczyna się od krótkich przemówień i wręczania poszczególnym zawodnikom medali i dyplomów

Wręczenie medalu przez konsula RP Andrzeja Kępińskiego
Wręczenie medalu przez konsula RP Andrzeja Kępińskiego

Polakom medale wręczał przedstawiciel polskiej ambasady konsul Andrzej Kępiński.

Największą, stojącą owację otrzymał Darek Strychalski, wszyscy byli pod wrażeniem jego wyczynu. Po części oficjalnej rozpoczął się poczęstunek. Na jedzeniu i rozmowach upłynął nam cały wieczór i koło północy trzeba było wracać do autobusów, które odwiozły nas do hotelu.

 

  • Konrad Różycki – 29:10:43 (20),
  • Piotr Kuryło – 30:16:59 (31),
  • Zbigniew Malinowski – 31:44:16 (38),
  • Dariusz Strychalski – 34:35:44 (81),
  • Leszek Rzeszótko, Andrzej Burek, Andrzej Urbaniak, Stanisław Olbryś – 34:47:07 (87-90)

Rano wstaliśmy nieco później, spakowaliśmy się i poszliśmy do autobusu, który odwiózł nas na lotnisko. Wracaliśmy również przez Budapeszt. Tam skończyła się ładna pogoda i niebo zasnuły ciężkie szare chmury.

Lotnisko Okęcie - z Kasią i Kaziem
Lotnisko Okęcie – z Kasią i Kaziem

W Warszawie na lotnisku spotkała mnie przemiła niespodzianka – przyjaciele z aleTEMPO. Tak skończyła się jedna z moich najwspanialszych przygód. To był z pewnością najtrudniejszy bieg, ale od chwili gdy wbiegłem do Sparty wiem, że chciałbym go kiedyś powtórzyć.

Nie wyobrażam sobie bym był w stanie przygotować się do tego biegu bez ścisłej współpracy z trenerem, fizjoterapeutą, bez wsparcia rodziny i przyjaciół. Tylko praca zespołowa może przynieść efekty. Dziękuję za okazaną mi pomoc i wyrozumiałość.

medale
medale