Borówno-Bydgoszcz

226111211 – magiczna liczba

Do Bydgoszczy jadę można rzec tradycyjnie pociągiem. Tym razem to trochę bardziej skomplikowane logistycznie. Koła startowe nie nadają się do tego by na nich powiesić rower. Karbonowe ranty raczej by tego nie wytrzymały. Muszę zabrać dwie pary kół. Koła startowe podróżują w pokrowcach powieszone na siodełku. W sumie nie jest źle. Wysiadam na dworcu głównym i idę do hotelu. Melduję się. Proszę o pokój położony jak najdalej od restauracji. To sobota będzie wesele. Będzie się działo. Będzie radośnie. Ja jednak mam w planach się wyspać. Pokój jest fajny, duży, z dużą łazienką.

Czasu mam sporo. Zostawiam sprzęt i idę po pakiet. Chwilę się kręcę po okolicy, oglądam expo i strefę zmian. Wracam do hotelu, zjadam obiad i przygotowuję sprzęt. Do worka w T2 buty, czapkę, żele. Do T1 tylko wstawię rower. Reszta rano. Wymieniam koła. Dopompowuję i w drogę. W T2 przy stadionie zostawiam worek na bieg. Jadę przez wiadukt i w lewo przez las by dalej pojechać przez Myślęcinek tak jak prowadziła stara trasa. Wspominam rok 2009 gdy pierwszy raz jechałem tą drogą. Wtedy mieszkałem w Borównie i wiozłem cały bagaż. Mijam Niemcz, Żołędowo, Neklę. Wtedy jechałem skrótem przez las i Augustowo. To była zaleta „górala”. Mijam wjazd do już nie czynnego ośrodka”Żagiel” i jadę na plażę miejską w Borównie. To zmiana, którą wymusił los. Zostawiam rower, idę na plażę. Przyglądam się jak zorganizowano strefę, start i wyjście z wody. Woda jest ciepła, plaża szeroka, przyjemny jasny piasek. Spotykam znajomych. Rozmawiamy. O startach, o planach, o doświadczeniach. Do szosy wracam z Markiem, kolegą z Saskiej Kępy. Oglądamy trasę wybiegu ze strefy. Jest dobrze przygotowany, wyłożony. To dla mnie ważne, bo ma zamiar biec na bosaka. Marek podwozi mnie do Bydgoszczy. Idę na pasta party i do hotelu. Jestem zmęczony. Wcześnie zasypiam. Śpię wyjątkowo dobrze. Wesela prawie nie słychać. To brzmi jak radio grające cicho za ścianą.

Borówno-BydgoszczBudzę się przed czwartą, dużo przed budzikiem. Nie mogę już zasnąć. Wstaję. Krzątam się leniwe. Zjadam lekkie śniadanie. Wychodzę dziesięć po piątej. Autobus odjeżdża 5:30. Chwilę po szóstej jestem w T1. Szykuję rower. Bidon, batony i żele. Koła pompuję do 8,5. Buty spinam w pedały. Kask, numer ręcznik wieszam w worku. Zapinam chip. Zabieram czepek, piankę, okulary. Resztę oddaję do depozytu. Wciskam się w piankę, jest jakoś łatwiej. 67 kg zrobiło swoje. Każdy kilogram ma znaczenie. Nie tylko przy piance. Krótkie rozpływanie. Otwarcie zawodów z hymnem i wciągnięciem flagi na maszt. Czuć atmosferę Mistrzostw Polski.

Schodzę nad wodę. Przechodzę przez matę. Ustawiam się na linii, trochę z boku. Ostatnie komunikaty, odliczanie i start. W biegamy do wody. Kika kroków i zaczynam płynąć. Jest ciasno, ale miałem szczęście i ustawiłem się obok osób, które płyną podobnym tempem. Nie przeszkadzamy sobie, Nie wpadamy na siebie. Płynę mając przed sobą lekko z prawej jakiegoś zawodnika. Wiem, że w nogach płynie się łatwiej, a że ta forma draftingu jest dozwolona staram się to wykorzystać. Dopływamy do boi. Skręt w prawo. Udaje mi się utrzymać za poprzednikiem. Tak dopływamy do drugiej boi i do brzegu. Tu robi się nieco ciaśniej. Wybiegam na brzeg, obiegam balon. Patrzę na czas, rewelacja niewiele ponad 20 minut. Znów płynę. Mam nadzieję, że za tym samym zawodnikiem. Zastanawiam się czy nie za szybko. Odrzucam myśl i skupiam się na pływaniu. Wciąż trzymam tempo. Poprzednik dobrze nawiguje, więc nie muszę się tym przejmować. Takie podejście może być zgubne, ale po pierwszej pętli postanowiłem zaufać. To sporo daje. Mogę się skupić na kraulu. Może kiedyś uda mi się wyrobić automatyzm i nie będę musiał cały czas kontrolować stylu. Ale póki co … Nawrotka, prosta do plaży. Tempo dla mnie za mocne. Już trochę tracę. Korzyści z draftingu gdzieś odpływają. Obiegam balon. Jest nieco wolniej ponad 21 minut. Teraz już muszę sam sobie radzić. Kolejne pętle 22, 23, minuty. Słabnę, ale to już bez znaczenia wybiegam z wody w czasie 1:27:02 o wiele lepszym niż się spodziewałem. Z pianki uwalniam się dość sprawnie. Odwieszam worek. Kask, numer i okulary zakładam w drodze do roweru. To jest zaleta systemu workowego. Zdejmuję rower i wybiegam ze strefy.

Borówno-Bydgoszcz
maratomania.pl

Buty mam wpięte w pedały. Mijam belkę wsiadam na rower. Rozpędzam się lekko trzymając stopy na butach. Po chwili wsuwam nogi do butów zaciągam rzepy. Poszło całkiem sprawnie. To mój pierwszy raz. Dotąd zmieniałem buty w strefie i w nich wybiegałem. Tak jest zdecydowanie wygodniej. Zresztą po zmianie butów i pedałów z MTB na szosowe nie da się inaczej. Przynajmniej moim zdaniem. Jadę. Układam się na lemodce i rozkręcam tempo. Założyłem sobie, że będę utrzymać średnią tuż powyżej 31km/h. Mijam parking przy „Żaglu”. Wyciągam baton energetyczny, przegryzam. Trzeba po pływaniu uzupełnić energię. Mijam działki. Skręcam na Dobrcz. Zbierają się chmury. Prawie nie wieje. Nawrotka. Jest bardzo wąsko. Trochę źle oceniłem i przednie koło zsuwa się w piach. W ostatniej chwili zdążyłem się wypiąć i podeprzeć nogą. Ktoś z obsługi mnie podtrzymuje. Wracam na szosę i nabieram tempa. Później już będę bardziej ostrożny. W prawo w Tęczową do szosy. Jedzie mi się bardzo dobrze. Niewielkie wzniesienia urozmaicają drogę. Wymuszają zmianę rytmu. Skręt na Kotomierz i długa prosta. Druga nawrotka. Zaczyna się jazda do Bydgoszczy. Mijam drogę skręcającą do Borówna i wjeżdżam w las. Bardzo lubię ten odcinek. Łagodny zjazd, szpaler drzew. Jadę ok 40km/h. Gdy będę wracał będzie pod górę. Po 5i50 w Warszawie postanowiłem jechać bardziej łagodnie. Nie napierać na podjazdach bo to się potem odbija na biegu. Za na zjazdach wyciskać ile się da. Przez Neklę, Żołędowo do Niemcza. Na rondzie skręt w lewo w drugi zjazd. Gdy startowałem poprzednio na starej trasie tu skręcało się w prawo. Dotąd znam dobrze i bardzo ją lubię. Teraz wjeżdżam w nowe rejony. Kolejne dwa ronda na wprost. Na czwartym rondzie szerokim łukiem zjeżdżamy w ulicę Jeździecką, którą dojeżdżamy do Gdańskiej. Trasa jest świetnie zabezpieczona. Strażacy, policja, wolontariusze. Sporo osób dba o nasze bezpieczeństwo. Gdańska opada w dół do Myślęcinka. W tym miejscu da się pojechać. Szeroko. Świetny asfalt. Rozpędzam rower aż kończą się biegi. Kilkaset metrów w ostrym tempie. Wypłaszczenie. Lekki podjazd. Prędkość szybko spada. Wiadukt nad torami. Nawrotka. Punkt żywieniowy. Omijam bokiem w bidonie mam jeszcze sporo picia. Za wiaduktem kończę baton i skupiam się na trasie. Pół pętli za mną. Przede mną cztery. W tą stronę górka jest mniej przyjemna. Jadę miękko, redukuję biegi. Pamiętam co było po Konwiktorskiej, a tu jest znacznie trudniejszy podjazd. W trzech czwartych górki ktoś dopinguje. Zachęca do walki. Nie daję się ponieść. Mam jeszcze bardzo dużo przed sobą. Znów cztery ronda. Niemcz, Żołędowo. Za Neklą przejazd przez las i skręt w prawo do Borówna. Wygodna nawrotka alejką przez parking. Tu jest drugi punkt odświeżania. Też go omijam. Pierwsza pełna pętla. Po nawrotce zauważam przed sobą ołowiane chmury.

Borówno-Bydgoszcz
maratomania.pl

Jest po dziewiątej. Wygląda na to, że prognozy się sprawdzą i to z dużą dokładnością. Zaczyna padać. Pierwsza nawrotka. Asfalt mokry. Jestem bardzo ostrożny. Zawijam tuż przy pachołku. Jadę. Kolejne kilometry. Pola kukurydzy. Las. Ronda. Zjazd do Myślęcinka. Leje. Staram się tym nie przejmować. Jest ciepło. Szerokie drogi. Łagodne zakręty. Świetna nawierzchnia. Koła trzymają się nawierzchni, to ja trzymam tempo. Po doświadczeniach z Tour de Pologne nie boje się jazdy w deszczu. Mam więcej pewności i zaufania do opon. A tu warunki są dużo lepsze. Nawrotka w Bydgoszczy. Biorę bidon. Z nów podjazd, ronda. Deszcz nie ustępuje. Nawrót w Borównie. Robi się ciaśniej. Co jakiś czas wyprzedzają mnie zawodnicy z połówki. Jadą szybciej. Pilnuję swojego średniego tempa. Na razie nieznacznie za wolno. Gdzieś na powrocie zgubiłem minuty. Nie ma się co przejmować. Zauważyłem, że na odcinku Borówno – Bydgoszcz jadę szybciej niż z powrotem. Tych szybszych odcinków jest o jeden więcej. Dobrcz. Kotomierz. Nekla. Żołędowo. Niemcz. Cztery Ronda. Szybki zjazd. Pomimo warunków jadę odważnie. Na dole mam blisko sześć dych na godzinę. I tak są tacy co mnie wyprzedzają. Kolejne dwie pętle. Deszcz ciągle pada. Chwilami słabnie, ale na krótko. Ostania prosta. Wiadukt. Odpinam rzepy. Omijam nawrotkę i skręcam w prawo. Przez tory tramwajowe. Wąska alejka prowadzi do strefy. Nie bardzo widzę gdzie jest belka. Sędziowie są czujni. Trochę za późno i niezdarnie wyciągam stopy z butów. Zeskakuję tuż przed belką. Trochę za późno i się zachwiałem. Nic to.

Borówno-Bydgoszcz
zdjęcia: Daniel

Czas 7 godzin, 17 minut, jest bardzo dobrze. Rower odbiera wolontariusz. W Bydgoszczy taki zwyczaj nie trzeba się zajmować odwieszaniem. Ja biegnąc do worków zdejmuję kask. Zakładam buty na bieg i czapkę. Odwieszam worek. Numer przesuwam na przód. Wybiegam ze strefy. Wiem, że złamanie 12 godzin, o którym marzyłem jest formalnością. Myślę by złamać 11:30. To niesie. Podrywa do biegu. Adrenalina wypełnia żyły. Pamiętam jednak, że jest jeden drobiazg. Trzeba ukończyć maraton. Planowałem biec na cztery godziny. Staram się złapać tempo. Nie jest to łatwe bo nie ma oznakowanych kilometrów, a ja nie używam GPS na zawodach. Kiedyś używałem, ale bardziej mi przeszkadzał. Wolę polegać na samopoczuciu. Przestało padać. Ścieżka pod lasem prowadzi w głąb Myślęcinka. Obok na szosie jadą kolarze. Kilka zakrętów. Bieg wzdłuż jeziorka. Zjadam żel. Mostek i podbieg do punktu odświeżania obok pola do minigolfa. Polewam się wodą, popijam izotonik. Musiało przestać padać akurat na biegu. Skręt w lewo, w dół. Do Różopola. Dawniej równolegle się tędy wracało na rowerach do Borówna. Zmianę trasy rowerowej oceniam zdecydowanie na lepsze. Jest szybsza, bezpieczna. Biegnę. Trasa przyjemna. Lubię tu biegać. Wiadukt. Przebiegam koło mety i bramą na stadion. 400m okrążenia, punkt odświeżania i bramą wybiegam na drugą pętlę. Niestety trudno ocenić tempo. Nie ma co kalkulować. Trzeba polegać na samopoczuciu i doświadczeniu. Biegnę. Druga, trzecia pętla. Robi się trochę duszno. Na szczęście nogi podają.

Borówno-Bydgoszcz
zdjęcia: Daniel

Czas całkiem dobry. Połówka ok 1:52. Słyszę znajomy głos. Daniel, kolega z pracy przyszedł z rodziną pokibicować. To mi dodaje skrzydeł. Nie doceni mocy dopingu kibiców, zwłaszcza znajomych ten, kto sam tego nie doświadczył. Zobaczyć znajomą twarz, uśmiechniętą, nie zmęczoną – bezcenne. Ostatnia połówka. Kolejna pętla ok, potem przychodzi zmęczenie. Zostało niewiele. Staram się wycisnąć ile mogę. Tempo słabnie. Wiem, że jest świetnie. To też pomaga. Ostatnie okrążenie stadionu, ostatnia pętla. Udaje się trochę odgonić znużenie. Liczę, że może się uda połamać 11:15. Nie mogę tylko zwolnić muszę utrzymać tempo. W końcówce nawet udaje mi się przyspieszyć. Podnoszę ręce przebiegam przez metę. Zegar wskazuje 11:12:11. Z radością i satysfakcją odbieram medal.

Chwila wytchnienia. Coś przegryzam. Popijam. Wychodzę ze strefy po chodach na taras przy stadionie. Na górze spotykam Daniela. Zamieniamy kilka słów. Idę się umyć. Nogi mam w kiepskim stanie. Bieganie bez skarpet to był kiepski pomysł. W prawdzie w biegu w ogóle tego nie czułem, ale bardzo obtarłem stopy. Zwłaszcza poniżej kostek. Na butach widać czerwoną obwódkę. Nauczka na przyszłość. Na bieg skarpety. Przebieram się idę na ciepły posiłek. Spotykam Bożenę z Bogdanem, to jego debiut na 1/2. Wymieniamy wrażenia, sprawdzamy wyniki. Kategorie są nasze. Bożena wygrała, Bogdan był drugi, a ja stanąłem na trzecim miejscu. Odbieramy rowery, idziemy do hoteli. Spotkamy się znowu na zakończeniu. Rower zanoszę do pokoju i wstawiam do łazienki. Czyszczę go trochę z błota i piasku. Dobrze, że mam pokój z naprawdę dużą łazienką. Biorę porządny prysznic i kładę się chwilę odpocząć. Zjadam kolację. Idę na zakończenie.

Borówno-Bydgoszcz
maratomania.pl

Jest po 21. Siedzę na leżaku, patrzę jak wbiegają ostatni zawodnicy witani gromkimi brawami. Na scenie trwają przygotowania do dekoracji. Ostatni zawodnik, chwila przerwy i dekoracje. Jedną z nagród, którą był rower przekazano wolontariuszowi, który od lat bardzo aktywnie uczestniczył przy organizowaniu imprezy. To bardzo dobry pomysł i ważny sygnał. Wszelkie masowe imprezy sportowe nie mogłyby się odbywać bez wolontariuszy. Bez ludzi, który wspierają zawodników na punktach, pilnują bezpieczeństwa na drogach, np. siedząc przez wiele godzin w strugach deszczu przy leśnej drodze by zareagować gdyby ktoś chciał wyjechać na trasę. Trudno nie doceniać ich pracy. Chociaż czasami można jej nie zauważyć. Przy tej okazji dołączam się do podziękowań, które płynęły ze sceny od organizatorów.W poniedziałek pakuję sprzęt i idę na dworzec. Udało się zrealizować marzenie. Pokonać kolejne bariery. Liczyłem, na to że poprawię życiówkę, że złamię 12 godzin. Jednak nie liczyłem na czas poniżej 11:30. Taki mi wychodził z połówki. Ale to było rok temu, w tym roku połówki nie ukończyłem, a czas z 5i50 nie dawał takich nadziei. Musiałem polegać na doświadczeniu, wsłuchiwać się w siebie.

Liczba w tytule to dystans 226 km i czas 11:12:11. Magiczna dlatego, że to był magiczny dzień. Czasami są takie dni gdy wszystko wychodzi, gdy szczęście sprzyja i wszystko pomaga. Pływak, który holował mnie przez dwie pętle. Rower który się trzymał szosy jak nigdy. Kolega, kibic dodający wiary na ostatnich kilometrach. Nawet deszcz. Pamiętam, że taki dzień trafiłem też w Bergamo. Oj ciężko to będzie poprawić.