22 Supermaraton Kalisia

Pod koniec poprzedniego sezonu postawiłem przed sobą dwa cele – złamanie 3 godzin w maratonie i 10 godzin na 100km. Do realizacji pierwszego zabrakło mi trochę ponad 9 minut, drugi zrealizowałem ze sporym zapasem.

Supermaraton Kalisia był poprzedzony ponad miesięcznym specjalnym okresem przygotowawczym, który rozpoczął się po Maratonie Warszawskim. Biegałem tempem znacznie wolniejszym niż poprzednio, ale za to znacznie dłuższe dystanse.

Supermaraton Kalisia

W tym okresie pokonałem łącznie 642 km. Zaczęły się naprawdę długie wybiegania. Po drodze dwa starty na Kabatach, Run Warsaw i Poznań Maraton. Lubię długie wybiegania, ale gdy mają one ponad 30 km zaczyna mi doskwierać samotność i staram się, choć część trasy z kimś pobiec, pogadać. Na 15 października miałem w planach ostatnie przed Kaliszem długie wybieganie. Ojla podsunęła mi pomysł bym się wybrał do Poznania. Atmosfera jak zwykle znakomita, organizacja też, do tego pogoda dla mnie znakomita. Na pętle wokół Malty ruszyłem o 8:00. Biegając spotykałem znajomych (i nie tylko) idących na start, którzy dziwili się mojej nieco przydługiej rozgrzewce. Po pięciu pętlach spotkałem Ojlę i razem ruszyliśmy na start, a po 10 minutowej przerwie w dalszą drogę. Biegło mi się znakomicie, cały czas z Ojlą. Przez większą cześć trasy biegł z nami Qbeer i trenującą „bieg na dochodzenie” Mel. To był dla nas bardzo udany maraton. Cała trójka zrobiła życiówki, a ja mogłem sprawdzić stan swoich przygotowań. Obserwacja ich walki, zmęczenia i radości na mecie bardzo mi później pomogła. Po tym treningu postanowiłem pobiec w Kaliszu nieco szybciej niż wcześniej planowałem, po konsultacji z trenerem oczywiście.

Do Kalisza przyjechałem pociągiem ok. 16:30. Z dworca pomalutku przeszedłem do zlokalizowanego na starówce biura zawodów. W biurze zastałem Mirzę, który mimo różnych przeszkód kończył dopinanie wszystkiego na ostatnią agrafkę. Potwierdziłem rejestrację, odebrałem numer. Z każdą chwilą przybywało zawodników, w tym znajomych z całego kraju. Czas leciał szybko. Ok.19 rozpoczęła się pasta party, a sympatyczny kucharz serwował wspaniały makaron z sosem. Po 20 ruszył autokar do Blizanowa. Ja się zabrałem samochodem z Mel i Galernikami – Pierwszym Galem i Anką. Nocleg na sali gimnastycznej. Śpię niespokojnie, często się budzę. To dla mnie normalne przed ważnym biegiem. Rano pobudka o 4:30, na dworze siąpi. Ubieram się, zjadam lekkie śniadanie i w drogę.

Start na rynku w Stawiszynie
Start na rynku w Stawiszynie

Autobus nas wiedzie do Stawiszyna. Przestaje padać. Lekka rozgrzewka i kilka minut po szóstej wspólnie odliczamy sekundy do startu. Ruszamy. Prowadzeni przez rowerzystę okrążamy dwukrotnie rynek w Stawiszynie, by potem się udać na trasę wylotową. Kończą się latarnie jest ciemno i mokro. Na szczęście nie pada. Staram się unikać kałuż, nasłuchuję biegnących przede mną, czasami jakiś plusk, czasami mocne słowo. Biegniemy. Nie mam pojęcia, jakie jest tempo. Na dobiegu kilometry nie są oznakowanie, ale w tych warunkach musiałyby być tablice świetlne. Konsekwentnie trzymam się grupy. Kolejne zabudowania i znowu pola. Biegniemy. Z daleka widzę odblaskowe kamizelki. Biegniemy. Z prawej ktoś krzyczy 5km, 27:48. To dobra wiadomość, tempo właściwe, udało się za bardzo nie wyrwać. Skręcamy w lewo, wbiegamy na pętlę. Kierunek Blizanów. Pomału zaczyna się robić widno. Widzę znaki na asfalcie 12, 11 – na drugim pasie coraz więcej biegaczy, nawrót już blisko. 10km – 56 minut. Nawrót, na punkcie biorę kubek herbaty.

w biegu

Tempo mam dobre, ale to przecież dopiero początek. Przede mną 6 razy Chomiczówka. Znaki na drodze są co kilometr 11, 12, skręt w lewo, strażacy pilnują by nas nikt nie rozjechał. Długa prosta, 13, 14. Z daleka słychać muzykę. Strażacy, skręt w lewo i punkt w Jarantowie. Dzieciaki z herbatą, wodą, kawą i sokiem – tak początkowo nazywały izotonik. 15km tempo zgodne z planem. 16, 17 … kolejne wioski, pola, jeziorko, lasek. Trasa przyjemna, wydaje się, płaska, kolejne pętle to zweryfikują. 18, 19. Burdzew, słychać muzykę i doping dzieciaków, kolejny punkt mijam bez zatrzymania. Tu jest agrafka, wrócę po nawrocie. 20km, widzę kolejnych zawodników jak obiegają stojącego po środku strażaka. Zawracam, zwalniam na punkcie, znów biorę picie. Wciąż biegnę w grupie. 21, 22, Znów pola, lasy, kolejna wioska Jankowskie Górki. 23, skręt na Wygodę. 24 za chwilę Blizanów. Ruch nieco większy, strażak nam każe pobiec chodnikiem. Wzniesienie, zakręt i punkt w Blizanowie.

w biegu

Dzieciaki czytają imiona biegnących. Znowu łyk picia i od nowa. 11, 12, skręt w lewo, 13, 14 znów w lewo Jarantów, 15,16 … 20, Burdzew, agrafka. 21,22 … 24, strażak, Blizanów. Pierwszy posiłek, nie mam ochoty na swoje batony, biorę ciasto drożdżowe, domowy wypiek, z kruszonką, takie uwielbiam. Potem to był mój główny posiłek, na innych punktach ciasta też pyszne. Znów odliczanie 11, 12 – to już 42km, patrzę na zegarek – 3:55 jest dobrze, dubluję. 13 – teraz mnie dubluje zwycięzca. Ależ on pędzi. Jakoś tak wyszło, że biegnę sam. 14, Jarantów, Burdzew … i znowu Blizanów. Dzieciaki na punktach, dzieciaki po drodze – dopingują, pytają, podbiegają, czasami dłużej towarzyszą na rowerach. Gdyby nie one byłbym całkiem sam. Czasami spotykam Suchego i Agę, czasami mijam znajomych.

Supermaraton KalisiaStrasznie się rozpisałem – pisze się szybciej niż biegnie.

55km – kolejna pętla, robi się ciepło, zostawiam kurtkę. Picie jedzenie i w drogę. Jarantów, Burdzew, Blizanów.

Supermaraton Kalisia

70km 6:33:45 – jest dobrze i zgodnie z planem. Na punkcie robię ciut dłuższą przerwę, obmywam twarz, ręce i w drogę. 11, 12, 13, na wprost kombajn szerszy niż droga rozbija na chwilę monotonię. Jarantów, herbata, woda, izo i dalej. Robi się zimno, zebrały się chmury, a wiatr nieco nasilił. Droga do Burdzewa pod górę, pod wiatr, robi się ciężko, zaczynam zwalniać. Agrafka, nawrót, przez chwilę wiatr w plecy. Po dzieciach już widać wyraźnie zmęczenie, wciąż dopingują, wciąż obsługują, ale entuzjazm już nie ten. Po tylu godzinach nic dziwnego. 21, 22 … Blizanów, podbieg, zakręt. Z daleka w moją stronę podbiega KrzysiekP razem z Bartoszem – Brygada Kryzys prawie w komplecie, Daniel gdzieś walczy na trasie. To niesamowite, przyjechali nas dopingować. To bardzo buduje.

zd1d00585km – 8:04:10. Ostatnia pętla. Gdyby tak ktoś, pobiegł ze mną. Jestem zmęczony, samemu trudno utrzymać tempo. Ruszam z Łukaszem, lecz on jest za szybki. 12, znów jestem sam, trzymam się myśli, że to już koniec, czas znakomity – marzenie już prawie w zasięgu ręki. 13 – miłe spotkanie Krzysiek podjechał by dodać mi sił. Jarantów, Łukasz przy kawie i pączkach. Biorę picie, żegnam się z dzieciakami – nie, nie żegnam, lecz mówię do zobaczenia. Spotykam Pierwszego, wymieniam dwa słowa i biegnę dalej. „Przedemną już tylko Kabaty” – ta myśl pomaga przyspieszyć. Jest trochę lepiej biegnę ciut szybciej – 6 minut kilometr. Pozdrawiam strażaków. Burdzew, agrafka i znów pożegnanie – ostatnia piątka. 21, 22 – Krzysiek podjechał, robi mi zdjęcie, kawałek podbiega. Przyspieszam 23, 24 … już tylko kilometr, Blizanów, biegnę, w oddali widzę znajomą postać, to AnKa. Przyspieszam, spróbuję go dogonić. Biegnę zbyt głośno – AnKa przyspiesza, do mety zostało ze 200m metrów. Już go nie dogonię, jest za szybki.

zd1d008Tuż za nim wpadam na metę. Jestem szczęśliwy. Medal, gratulacje, grono znajomych. Wiem, że marzenia się czasem spełniają – 9:35:00 to dużo lepiej niż marzyłem. Chwila oddechów, dziękuję dzieciakom. Bardziej czuję szczęście niż zmęczenie, to endorfiny. Czekamy z Anką na Pierwszego – Galernicy w tym roku rekreacyjnie tylko po 70km. Dowiaduję się, że Mel zaczęła ostatnie okrążenie, niezwykła dziewczyna. Skąd u niej tyle sił, tyle determinacji, tyle odwagi. Raptem rok temu zaczęła biegać, na wiosnę przebiegła pierwszą połówkę i pierwszy maraton, a teraz setka – niezwykły wyczyn.

zd1d010Wypatrujemy kolejnych biegaczy. Czas leci szybko. Przybiega Mel, ze łzami w oczach i szczęściem na twarzy. Wspaniała dziewczyna.

Robi się ciemno wracamy na halę, trzeba się umyć, przebrać, choć chwilę posiedzieć. Ktoś rzuca, że właśnie ostatni zawodnik ma jeszcze kilometr do mety. Wszyscy idziemy by go przywitać. Uroczyste zakończenie, puchary, nagrody. Mirza prowadzi konferansjerkę, przedstawia sponsorów. Kolacja, dyskusje się ciągną do późnej nocy.

zd1a002Znowu śpię dość słabo, często się budzę. Dudnienie deszczu obija się po hali głośnym echem. Za oknem ulewa, jakie to szczęście, że bieg był wczoraj. Wstajemy, zbieramy się pomału. Mel przypomina o zmianie czasu – jakoś się zapomniało. Do domu wracam w miłym towarzystwie, Mel, Pierwszy i Anka zabrali mnie ze sobą.

Wspaniała przygoda, wspaniała impreza, znakomita organizacja. Szczególne podziękowania i gratulacje dla organizatorów Mirzy, IB i wszystkich tych, który pomogli w zorganizowaniu tej wspaniałej imprezy. Dla wspaniałych dzieciaków, które z takim zaangażowaniem trwały przez wiele godzin na punktach, dla nauczycieli i rodziców, którzy im pomagali, dla strażaków, którzy strzegli naszego bezpieczeństwa. Trudno tak daleko planować, ale bardzo bym chciał za rok przebiec, choć najkrótszy dystans.

Zdjęcia: Agnieszka Benecka