Pociąg do Canterbury przenosi mnie do zupełnie innej Angli tu odnajduję wczesnośredniowieczne miasto z baśni i legend. Miasto Króla Artura i rycerzy okrągłego stołu, ale też trochę Novigrad z Wiedźmina.

Anglia. Jedno z miejsc, które zawsze chciałem odwiedzić. Nie byłbym sobą gdybym nie połączył tego z zawodami, dlatego wybrałem jeden z cyklu biegów organizowanych w ramach CENTURION RUNNING na dystansie 100 mil. Anglia. Kraj, który znam głównie z literatury i filmu. Bogata historia i literatura sprawiły, że w mojej głowie powstał obraz, który teraz mam okazję porównać z rzeczywistością.

Dochodzi 22:00. Deszcz nawet nieco zelżał. Ustawiamy się. Odliczanie. Strzał startera i w drogę. Zaczęło się. Początek płasko, pętla ulicami Biel. Gwar, muzyka, tłumy wiwatujących. Niesie. Trzeba się bardzo pilnować. 3 km pierwszy punkt. Wolontariusze podają wodę. Wiadukt pod torami i rozpoczyna się podbieg.

Po 15 km zacząłem przyspieszać. Miałem sporo szczęścia. Wszystko sprzyjało, a do tego trafiłem na dwóch biegaczy, którzy cisnęli w podobnym tempie. Zaczęliśmy współpracować ja kolarze na Tour de France. Krótkie zmiany na prowadzeniu pomagały w walce z wiatrem i umożliwiały utrzymanie mocnego tempa. Dopiero na ostatnim kilometrze rozpoczęliśmy ostry finisz i młodsi koledzy nieco mi odeszli. Dla mnie to jeden z najlepszych biegów, a nowa życiówka, poprawiona po 13 latach o ponad 2 minuty 1:25:34 to znacznie więcej niż oczekiwałem.

. Bieg wyjątkowy i niepowtarzalny - 100 km na stulecie odzyskania niepodległości na warszawskim AWF. Akademii utworzonej przez Marszałka Józefa Piłsudskiego. To było dla mnie naprawdę ważne. 11 listopada supportowany przez syna ruszyłem do walki na 2,5 km pętli. Było chłodno, ale przyjemnie. Biegło mi się znakomicie.

Gdy wraz z przyjaciółmi opuszczałem Cisną zrobiło mi się na chwilę smutno. Patrząc z okna samochodu na cudownie wybarwione wzgórza uświadomiłem sobie, że właśnie skończył się jeden z moich najlepszych sezonów. Patrzę na to w kontekście ultramaratonów trailowych, bo w kontekście startowym trudno wyznaczyć granice.

Biała Góra. Piękna, majestatyczna. Wznosi się nad Chamonix wysuwając swój lodowy język w stronę wtulonego w dolinę miasteczka. Choć samego szczytu Mont-Blanc nie widać to otaczające dolinę góry robią niesamowite wrażenie. Organizowany od 2003 roku UTMB, uważany za jeden z najtrudniejszych biegów na świecie, z całą pewnością był najtrudniejszym w jakim miałem okazję brać udział.

Lot do Lwowa był spełnieniem jednego z moich marzeń. Od zawsze chciałem zobaczyć to miasto. Miasto, o którym tak wiele słyszałem, które istniało we wspomnieniach moich bliskich, którego obraz z 1920 roku fascynował mnie od lat.

Zbliża się 8:00. Ustawiamy się i czekamy na sygnał startera. Zawodnicy trzech dystansów 21+, 42+ i 75+ startują jednocześnie. W przypadku dwóch dłuższych dystansów wyboru można dokonać na 34 kilometrze w zależności od samopoczucia. Oczywiście trzeba się zmieścić w określonym dla dłuższego dystansu limicie. To był jeden z powodów, dla których wybrałem ten bieg. Nie mogłem w 100% przewidzieć czy zdążę się zregenerować.

Biegnąc szutrówką w stronę Smereka w pewnym momencie chcąc sprawdzić dystans przewijałem ekrany na zegarku i mój wzrok zarejestrował wysokość 666 m n.p.m. Faktycznie tegoroczna trasa 140 to iście szatański pomysł. Cóż. Po zeszłorocznej narzekaliśmy, że jest trochę nudna to teraz dostaliśmy naprawdę ciekawą. Trudną i wymagającą, ale piękną.